myslimy
| 22 listopada 2013 ]

Łaska niepewności

Jest bowiem błogosławieństwem i łaską pojąć Boga jako to, co niepojmowalne, jako chwałę niewypowiedzialną przez wszystkie nasze wypowiedzi. Jest to łaska, choć płaci się za nią – jak to kazał wyryć na swym nagrobku wielki Newman – „melancholią błądzenia wśród cieni i podobizn”.

Karl Rahner

Myślenie nie staje się religijne przez to, że (…) usprawiedliwia wiarę w oczach krytycznego rozumu.

Józef Tischner

Jakiś czas temu dyskutowałem z pewnym duchownym na temat świadomości religijnej polskich katolików. Mój rozmówca bardzo narzekał na pozostawiający wiele do życzenia stan wiedzy wśród naszych rodzimych współwyznawców w zakresie prawd wiary, znajomości Biblii i katechizmu. Generalnie byliśmy zgodni w tym, że przedmurzu chrześcijaństwa przydałaby się dziś powtórna chrystianizacja, przy czym nie chodziło wcale o osoby niewierzące czy indyferentne wyznaniowo, ale właśnie o siostry i braci z Kościoła rzymskokatolickiego. W naszym na pozór zgodnym dialogu było wszakże coś, co zrazu niezbyt widoczne, z czasem zaczęło coraz wyraźniej różnicować nasze stanowiska. Otóż ja gotów byłem za ów pożałowania godny stan świadomości religijnej znacznej części Polaków-katolików winić nie tylko ich gnuśność i uleganie pokusom doczesności, ale także niedostatki języka, jakim Kościół przemawia dziś do wiernych. Mój rozmówca natomiast był przekonany, że istota rzeczy tkwi głównie w nieprzyswojeniu sobie przez nich prawd systemu teologicznego, który jest spójny, logiczny i każdego, kto się z nim zapozna, uczyni człowiekiem wolnym od wątpliwości w zakresie spraw wiary. Na nic zdały się sugestie, że jednak ostatecznie Bóg jest Tajemnicą i wszelkie twierdzenia doktrynalne mogą człowieka do Niej jedynie nieśmiało zbliżać. Mój adwersarz był bowiem nieprzejednany – uważał, że odpowiednie przeszkolenie katechetyczne jest najlepszym lekiem na wszelkie wątpliwości. Ta banalna w gruncie rzeczy rozmowa nie byłaby warta wspomnienia, gdyby nie fakt, iż w moim odczuciu dość dobrze – choć w sposób uproszczony – obrazuje ona dzisiejszy spór o kształt Kościoła i myślenia o wierze. Jak rozumiem ową paralelę?

Otóż pojmuję ją jako ilustrację zróżnicowanego stosunku do prawdy oraz warunków umożliwiających jej poznanie. Ujmując rzecz w dużym skrócie, rzekłbym, iż obie zarysowane powyżej postawy różni przede wszystkim stopień pewności co do sposobów oraz możliwości poznania tego, co człowiekowi niezbędne, by zbliżyć się do Boga. Owa opozycja nie powinna być jednak odbierana jako proste przeciwstawienie rozumu i intuicji (tudzież uczucia czy przeżycia duchowego). Wolałbym potraktować ją w sposób bardziej zniuansowany: chodzi raczej o proporcję, w jakiej oba te elementy pozostają względem siebie. Myślę też, że ma to zasadnicze znaczenie dla zrozumienia istoty sporu dotyczącego pojmowania religii, a toczącego się nie tylko wśród polskich katolików, lecz obejmującego także niesnaski na linii wierzący–niewierzący.

Truizmem będzie stwierdzenie, że paradygmat poznawczy nowoczesnego świata jest zdominowany przez nauki empiryczne oraz że ukoronowaniem tego modelu myślenia jest niezaprzeczalny rozwój techniki, która od ponad dwóch stuleci gruntownie przeobraża ziemską rzeczywistość. Podstawę tego modelu myślenia/działania stanowi założenie o możliwości weryfikacji hipotez stawianych przez człowieka i konsekwentne odrzucanie twierdzeń niezgodnych z wyjściowym kryterium prawdy, polegającym na doświadczalnym sprawdzeniu słuszności założeń wyjściowych. Są to fakty powszechnie znane i niejako wpisane w nasz sposób percypowania rzeczywistości. Paradygmat ten, najogólniej rzecz przedstawiając, opiera się na efektywności i przekonaniu o permanentnym rozwoju wiedzy, który jest rezultatem właściwie opracowanych metod poznawczych. Nie jest wszakże tajemnicą, że ten powszechny model myślenia – choć na pozór trudny do obalenia z powodu swych racjonalnych założeń i bezdyskusyjnych osiągnięć – jest ufundowany, jak wszelka ludzka wiedza, na podstawach, które nie są ani doskonale przejrzyste, ani też niepodważalne. O aporiach empirycznego paradygmatu pisał choćby Leszek Kołakowski w Obecności mitu, przekonując, iż nie istnieje wiedza bezzałożeniowa, pozbawiona swego rodzaju epistemologicznej ślepej plamki, a więc taka wiedza, która pozwalałaby na ufundowanie nawet najbardziej sceptycznego i rygorystycznego systemu w bezpiecznym środowisku transparentności i oczywistości.

Fot. Marcin Kiedio

Ostatecznie wszelkie dotychczasowe wysiłki, mające na celu odnalezienie idealnego punktu wyjścia do stworzenia wiedzy pewnej, spaliły na panewce, o czym dowodnie przekonują choćby losy Husserlowskiej fenomenologii, będącej próbą twórczego przetworzenia Kartezjańskiego metodycznego wątpienia. Z projektem tym jako pierwszy rozprawił się Heidegger, twierdząc, iż ludzkie poznanie ze swej istoty wpisane jest w czasowy horyzont uprzedniości i antycypacji, którego ignorowanie prowadzi do wypaczonego rozumienia warunków, w jakich myśli istniejący w świecie człowiek.

Reasumując, choć dominującym dziś w praktyce modelem myślenia/działania jest wciąż paradygmat empiryczny, to w obszarze metarefleksji filozoficznej królować zdaje się nurt, który najłatwiej określić uogólnionym mianem hermeneutycznego – ukazujący uwikłanie człowieka w czas, historię i tradycję, a co za tym idzie podważający nie tyle możliwość poznania prawdy w ogóle (a przynajmniej nie we wszystkich odłamach tego nurtu), co raczej przeformułowujący kryteria owo poznanie umożliwiające.

Powyższe schematyczne przypomnienie ma na celu robocze zarysowanie sceny, na której toczy się wspomniany na wstępie spór o pryncypia. Otóż sądzę, że współczesny świat cierpi na szczególną epistemologiczną schizofrenię. Z jednej strony bowiem nie ustaje w dość krótkowzrocznej pogoni za mirażem postępu, zaś z drugiej bez przerwy kwestionuje możliwość ufundowania swojego projektu na pewnych, sprawdzonych podstawach gwarantujących jego poprawność en général. Dobrym przykładem takiego stanu rzeczy jest chociażby szczególna konfuzja poznawcza wynikająca z ekonomicznego kryzysu, od kilku lat trapiącego zachodnie społeczeństwa pokładające dotychczas wielką ufność w prawdy objawiane przez specjalistów od dość mechanicystycznie pojmowanej ekonomii, którzy mieli rzekomo posiadać sprawdzone recepty na zrównoważony rozwój gospodarczy. W takim krajobrazie funkcjonuje dziś także religia i wszelkie kościoły czy instytucje ją reprezentujące. Nieuniknione jest zatem, by i Kościół katolicki musiał mierzyć się z tą podwójnością słowników, które używane są przy opisywaniu współczesnego świata (stan ten znakomicie opisuje m.in. Charles Taylor). Problem zasadniczy tkwi jednak, jak przypuszczam, w nieco innym miejscu. Otóż chodzi nie tyle o opowiedzenie się po którejś ze stron w owym starciu konkurencyjnych względem siebie narracji, ile raczej o obranie takiego miejsca w obszarze sporu, które z jednej strony uwzględniałoby specyfikę sytuacji faktycznej, a z drugiej świadczyło o szczególności przesłania, które Kościół ma do przekazania światu.

W czym dokładnie jest rzecz? Myślę, że zasadniczy kłopot polega na przekonaniu, że Kościół może zwycięsko wyjść z konfrontacji ze światem współczesnym, przeciwstawiając mu argumenty pochodzące z tego samego słownika, którym tenże świat się posługuje. Innymi słowy – Kościół nierzadko próbuje udowodnić swoje racje, odwołując się do argumentów racjonalnych, dla których oparcia szuka jednak ostatecznie w twierdzeniach teologii sprzed kilkunastu stuleci. W efekcie – z uwagi na ową schizofreniczność współczesnego dyskursu – wpada często w sidła zastawione przez „niemiłosierny” sceptycyzm, który każe wątpić we wszystko, czym syci się dzisiejszy, dobrze naoliwiony świat technicznej racjonalności. W konfrontacji z cechującą adwersarza bezlitosną ironią Kościół zwykle posługuje się retorycznym fortelem, chwytając się deprecjonującej etykietki relatywizmu, przez co usiłuje wykazać, że jego prawdy wsparte są na fundamencie rozumu nieskażonego zarazą zwątpienia.

Problem w tym, że mariaż religii chrześcijańskiej z racjonalnością jest już dość wiekowy i w tym przypadku przydałoby się odnowienie przysięgi małżeńskiej. Na zwolennikach empiryzmu teologiczne myślenie o średniowiecznej czy wczesnonowoczesnej proweniencji nie robi dziś większego wrażenia, zaś większość sympatyków ponowoczesności widzi w roszczeniach twierdzeń religijnych do prawdy w jej mocnym sensie w najlepszym razie powód do nostalgicznej zadumy nad dawno minionym złotym wiekiem, gdy królową nauk była teologia. Również sytuacja wiernych jest nierzadko nie do pozazdroszczenia. Jakże lud boży ma ze spokojem słuchać o prawdach wiary, gdy z jednej strony czyha nań lekceważenie ze strony doczesnej wydajności, zaś z drugiej bolesny uśmiech besserwissera-ironisty?

Sytuacja ta nie jest jednak bez wyjścia. Wydaje się, że konieczna jest w tym przypadku ponowna interpretacja twierdzenia, iż wiara domaga się rozumienia. Rozumienie to wszakże nie może już dzisiaj wspierać się na wyrobionej protezie triumfującej ratio, która przed wiekami usiłowała uzasadnić w sposób jednoznaczny relacje między sferami ziemską i niebiańską oraz ustanowić dość sztywną hierarchię wartości i zależności. W obecnej sytuacji takie rozwiązanie jest w najlepszym razie intelektualną ekwilibrystyką, której trudno wróżyć długotrwałe powodzenie. Alternatywą dla takiej postawy może być dziś jedynie ponowne odkrycie Tajemnicy, która choć objawiona, to jednak od 2 tysięcy lat pozostaje nieustającym skandalem dla umysłu i ostatecznie nie daje się sprowadzić do żadnych twierdzeń mających pretensje do ostateczności. Prawda wiary zredukowana do zbioru logicznych twierdzeń przestaje być Prawdą, a staje się wytrychem służącym do otwierania już dawno omijanych drzwi.

Czy zatem Kościół jest skazany na irracjonalizm? Nic bardziej mylnego! Rzecz leży raczej w ponownym przemyśleniu granic rozumu – adekwatnie do współczesnego stanu filozoficznej metarefleksji. Próby takie były niejednokrotnie podejmowane w przeszłości, jednak wydaje się, że zasięg ich oddziaływania nie stał się zbyt szeroki. Sądzę jednak, że istnieje duża szansa na ich ponowne odczytanie i przyswojenie, albowiem są one znacznie bliższe rozumieniu doświadczenia religijnego współczesności, w której ślad Boga nie jest już tak oczywisty dla myślenia, jak działo się to przed wiekami. W tym redefiniowaniu roli rozumu w odczytywaniu Objawienia ludzie wiary mogą – paradoksalnie – wiele zyskać od tych, którzy łaski tej nie doświadczają. Jak bowiem przeszło 50 lat temu zauważył Karl Rahner, „nas chrześcijan łączyć może uczucie naprawdę braterskie nie z wojującymi ateistami wprawdzie, lecz z tymi, którzy są ludźmi cierpiącymi na problem Boga: którzy milczą, zamknięci w sobie, nieprzychylni otrąbionym z hałasem pewnościom. (…) Przyznawajmy się otwarcie do niedoli naszej wiary. To nic nie szkodzi. Nie da się już dziś po prostu doświadczać rządów Boga w świecie z taką naiwnością, jak za dawnych czasów. Nie da się nie dlatego, że Bóg umarł, lecz dlatego, że jest większy, bardziej bezimienny, bardziej niepojęty, bardziej poza rzeczami”.

Wydaje mi się, że jeśli Kościół szuka dziś sojuszników w swoich zmaganiach ze współczesnością, to powinien lepiej rozglądać się na manowcach. Istnieje bowiem dużo większe prawdopodobieństwo, że jeśli w pokorze odstąpi innym trochę swojego monopolu na poznanie Prawdy, to wówczas znajdzie więcej sprzymierzeńców na bezdrożach aniżeli wśród zwolenników swojego niegdysiejszego triumfalizmu. Tym pierwszym bowiem brakuje może łaski wiary, lecz potrafią zapewne docenić łaskę niepewności, podczas gdy ci drudzy wciąż marzą o niemożliwym odzyskaniu przeszłości, jakby nie dostrzegając, że zmiana już się dokonała.

Cytaty za:

Karl Rahner, Nauka jako „wyznanie”? [w:] tegoż, O możliwości wiary dzisiaj, Kraków 1965 (w drugim cytacie zmieniłem kolejność przytaczanych zdań, aby lepiej uwydatnić sens, który chciałem wydobyć z tekstu).

Józef Tischner, Kryzys myślenia [w:] Rozmowy w Castel Gandolfo, t. 1, Warszawa–Kraków 2010.