widzimy
| 4 lipca 2016 ]

Lawina Życia w papierowej czapce

Z okazji pielgrzymki do Polski relikwii Pier Giorgia Frassatiego, nieoficjalnego patrona Dywizu, przypominamy, co napisał o nim Marcin Suskiewicz:

Mógłbym zacząć tak, że Pier Giorgio Frassati, choć zaliczony w dostojny poczet błogosławionych Kościoła katolickiego, był normalnym młodym człowiekiem, któremu średnio szło na studiach, który lubił za to chodzić po górach, pić wino i palić fajkę. I taki początek w duchu fejsbukowej strony „Czy katolik może?” byłby być może wskazany, bo postać Frassatiego próbuje się czasem cenzurować. Gdy 20 maja 1990 r. Jan Paweł II ogłaszał go błogosławionym, oczom zgromadzonych na placu św. Piotra wiernych ukazał się wizerunek młodego człowieka w stroju alpinisty stojącego na skale pośród wysokich gór, wizerunek oparty na znanej fotografii z 1923 r. wykonanej w okolicach szczytu Mon Viso, różniący się jednak od niej jednym ważnym szczegółem: brakiem fajki w ustach błogosławionego, którą – jak to ujął ks. Boniecki – „pobożnie wyretuszowano”. Ciekawe, co szacowne osoby przygotowujące portrety na beatyfikacje i kanonizacje powiedziałyby na mniej znane zdjęcie przedstawiające Frassatiego w papierowej czapce na głowie, biesiadującego z czterema przyjaciółmi przy stole zastawionym butelkami wina.

Pier Giorgio Frassati z przyjaciółmi ze „Stowarzyszenia Ciemnych Typów” (Societa Tipi Loschi), 1923 r.

Mógłbym więc zacząć właśnie tak, ale nie wiem, czy istnieje coś takiego jak ideał normalności, w dodatku na tyle odległy od ideału świętości, że bycie normalnym i świętym jednocześnie zasługiwałoby na szczególną wzmiankę. Zresztą byłaby to tylko część prawdy o Frassatim. Gdy moja mama jakiś czas temu znalazła u mnie na półce jego biografię i zaczęła ją czytać, stwierdziła coś wręcz przeciwnego: że był on „nawiedzony”. Pier Giorgio bowiem czasem odstawiał kieliszek i cygaro i szedł na mszę (codziennie rano) lub adorację (w nocy), poza tym bez przerwy się modlił, pisał nieco egzaltowane – choć, trzeba przyznać, nierzadko również dowcipne – listy o religijnej treści i ostentacyjnie demonstrował swoją wiarę, np. wykonując znak krzyża przed każdym mijanym kościołem. Gdy 28 maja 1922 r. wstąpił do trzeciego zakonu św. Dominika, za patrona wziął sobie fanatycznego Savonarolę.

Może lepiej więc następująca scena. Sobota, 4 lipca 1925 r. Pier Giorgio umiera w wieku 24 lat na chorobę Heinego-Medina, którą prawdopodobnie zaraził się podczas jednej ze swoich wypraw do turyńskich dzielnic nędzy. Wieść o śmierci młodego syna Alfredo Frassatiego, lewicowego polityka i dziennikarza, założyciela dziennika „La Stampa”, szybko obiega miasto. Do domu Frassatich nagle zaczynają ściągać tłumy nieznajomych. Wszyscy chcą podejść jak najbliżej ciała zmarłego, dotknąć go. Początkowo rodzina próbuje ich zatrzymać, ale w końcu ulega. „To od tych nieznajomych ludzi otrzymaliśmy naszą najważniejszą lekcję” – pisała po latach Luciana, siostra Pier Giorgia. Sytuacja ta trwa nieprzerwanie do dnia pogrzebu, który jest prawdziwą erupcją emocji. Wśród tłumów idących za trumną są nędzarze i chorzy, których – jak się okazało – Frassati regularnie odwiedzał i którym pomagał, są też turyńskie osobistości, np. wybitny socjalista Giovanni Amendola, tego dnia cały we łzach.

* * *

Postać Frassatiego obecna jest w polskiej świadomości już od 1925 r., kiedy to w Rzymie odbył się kongres „Pax Romana”, organizacji skupiającej akademickie stowarzyszenia katolickie z całej Europy. Na kongresie tym – podczas którego głośno było o śmierci Frassatiego, posiadającego, wśród licznych swoich wcieleń, także to niezwykle popularnego działacza organizacji katolickich – obecni byli reprezentanci polskiego „Odrodzenia”, m.in. ks. Władysław Korniłowicz i Stefan Swieżawski.

Frassati jest związany z Polską także przez siostrę Lucianę, która wyszła za dyplomatę Jana Gawrońskiego i miała z nim sześcioro dzieci. Luciana, dzięki bratu mająca dobre koneksje w Watykanie, dzięki ojcu zaś – w sferach dyplomatycznych i dziennikarskich, pomagała Polakom i Żydom w czasie wojny, m.in. zabiegała u Mussoliniego o uwolnienie profesorów Uniwersytetu Jagiellońskiego. W rzymskim domu jej córki, Wandy Gawrońskiej zatrzymywał się i spotykał ze znajomymi wybitny redaktor-założyciel „Tygodnika Powszechnego”, Jerzy Turowicz. „Pamiętam Twój entuzjazm i «nocne Polaków rozmowy», w których udział brali Henri de Lubac, Jean Danielou, Roger Schutz [brat Roger z Taizé], Max Thurian i cała rzesza innych uczestników soborowych obrad” – wspominała po jego śmierci Gawrońska, siostrzenica Frassatiego.

* * *

Właśnie Jerzy Turowicz opublikował w 1976 r., na długo przed beatyfikacją Frassatiego, artykuł pt. „Pier Giorgio Frassati, czyli o świętości” (przedrukowany następnie w zbiorze „Kościół nie jest łodzią podwodną”). Artykuł ten – w zasadzie esej o istocie świętości – ma według mnie jedną wadę. Opiera się na założeniu, że w postaciach świętych można odróżnić to, co uwarunkowane przez klimat epoki i środowisko życia, od tego, co zawsze aktualne; że np. u Frassatiego można odróżnić anachroniczne religianctwo od nadzwyczajnej wrażliwości społecznej. W sumie jest to pewnie prawda. Ale dziś chyba w większym stopniu niż kiedyś zdajemy sobie sprawę, że nie tylko przeszłość, ale także teraźniejszość, także nasze dzisiejsze, postępowe poglądy ukształtowane są przez „klimat epoki” i „środowisko życia”, nie jesteśmy więc w stanie obiektywnie ocenić, co jest relatywne, a co ponadczasowe; przedrzeć się przez to, co „historyczne”, do niezmiennej „istoty” chrześcijaństwa. Po dwudziesto- i dwudziestopierwszowiecznych katastrofach, po obyczajowych i filozoficznych rewolucjach to właśnie dziwaczne, paradoksalne życiorysy świętych – tych, którzy zostawili wszystko i poszli za Chrystusem – pozostają jako jedyne stałe „normy”. Brakuje „naukowych” kryteriów, według których można oceniać różne postawy; to święci okazują się jedynymi „sędziami tego świata” (1 Kor 6,2).

* * *

Czy da się znaleźć jakiś wspólny mianownik dla różnych wcieleń Frassatiego? Czy da się znaleźć wspólny mianownik dla różnych jego fotografii, których tak wiele zachowało się do dziś: tej, na której stoi, promiennie uśmiechnięty, obok księdza na jakimś katolickim zjeździe; tej z gór, na której napisał własnoręcznie wieloznaczne „Verso l’alto”, czyli „W górę”; tej, na której, sztubacko roześmiany, ciągnie z przyjaciółmi wielką beczkę wina? Ks. Mieczysław Puzewicz przywołuje na swoim blogu sformułowanie, jakim określił Frassatiego któryś z przyjaciół: Valanga di Vita, Lawina Życia. „Lawina Życia. Tak właśnie chyba trzeba żyć. Nieważne, co się robi, byleby robić to na sto procent, do końca. I to chyba oznacza, że po Bożemu. Po Bożemu można palić fajkę i cygara i poświęcać się chorym z najuboższych ulic miasta. Po Bożemu, to trochę inaczej niż normalnie i przyzwoicie. U nas bywa tak, że zamiast Lawiny Życia mamy takie łagodne bagienko z pobożnym rechotem rozleniwionych żabek. I spokojną taflę sadzawki”. Czy tak u nas rzeczywiście jest, nie wiem. Ale Pier Giorgio Frassati, Lawina Życia, pozostaje wzorem zawsze aktualnym.


 

Wspomnienie liturgiczne Pier Giorgia Frassatiego obchodzone jest 4 lipca.

O Frassatim pisze na stronie Dywizu także Michał Buczek w tekście „Przejrzystość”.

Aby poznać lepiej Pier Giorgia Frassatiego, warto sięgnąć po książki:

Pier Giorgio Frassati, „Listy do przyjaciół”

Luciana Frassati, „Pier Giorgio Frassati. Człowiek ośmiu błogosławieństw”

Luciana Frassati, „Mój brat Pier Giorgio”

Robert Claude SJ, „Pier Giorgio Frassati. Pośród nas”