myslimy
| 9 listopada 2012 ]

Lekcja samodzielności

„Z pol­ską teo­lo­gią jest jak z naszą pił­ką noż­ną: są sta­dio­ny, pił­ka­rze, tre­ne­rzy, ale nie ma suk­ce­sów” pisze Robert Ryn­kow­ski. Chcia­ło­by się za auto­rem dopo­wie­dzieć, że podob­nie jak z naro­do­wym spor­tem Pola­ków, w teo­lo­gii lubi­my roz­pa­mię­ty­wać osią­gnię­cia minio­ne. Uspo­ka­ja­ją nas fasa­do­we osią­gnię­cia, set­ki absol­wen­tów świę­tej teo­lo­gii co roku pro­du­ko­wa­ni przez poboż­ne wydzia­ły, czy wciąż znacz­ny odse­tek uczest­ni­czą­cych w nie­dziel­nych mszach. To wszyst­ko pięk­ne rze­czy; Ryn­kow­ski zada­je jed­nak istot­ne choć nie­wy­god­ne i mar­gi­na­li­zo­wa­ne pyta­nie: co się sta­ło, że chrze­ści­ja­nie w Pol­sce nie potra­fią lub nie widzą sen­su w sta­wa­niu się teo­lo­ga­mi. Nie cho­dzi rzecz jasna o to, by maso­wo bro­nić pra­ce magi­ster­skie na temat teo­lo­gii rodzi­ny w świe­tle adhor­ta­cji „Fami­lia­ris con­sor­tio”, lecz by życie ducho­we uzu­peł­nić o racjo­nal­ną roz­mo­wę z Bogiem i o Bogu. Dla­cze­go teo­lo­gia jest dla wie­lu abs­trak­cją lub obcia­chem?

Tym­cza­sem Ryn­kow­ski przy­po­mi­na rzecz pod­sta­wo­wą - każ­dy chrze­ści­ja­nin jest powo­ła­ny do bycia teo­lo­giem. Rozu­mieć ją tu jed­nak nale­ży nie tyl­ko jako aka­de­mic­ki dys­kurs lub zawód, lecz jako doświad­cze­nie ducho­we czy wręcz egzy­sten­cjal­ne. Tak rozu­mia­na teo­lo­gia sta­je się służ­bą Kościo­ło­wi i tym, któ­rzy sto­ją w jego przed­sion­kach .

Robert M. Ryn­kow­ski, któ­ry sam jest dok­to­rem dogma­ty­ki, zapra­sza chrze­ści­jan do odro­bie­nia lek­cji samo­dziel­no­ści, któ­rą rozu­miem jako reali­zo­wa­ną przez teo­lo­gów we wspól­no­cie wie­rzą­cych posłu­gę myśle­nia. Wie­rzą­cy teo­log (czy może ist­nieć teo­log nie­wie­rzą­cy, to inna kwe­stia, tak­że pod­nie­sio­na przez auto­ra) sta­je przed zobo­wią­za­niem pro­wa­dze­nia do rozum­nej wia­ry nie tyl­ko sie­bie, lecz przede wszyst­kim bliź­nich. Wia­ra bowiem, rodząc się we wspól­no­cie, do niej pro­wa­dzi, teo­log reali­zu­je więc swą funk­cję raczej w kate­go­rii powo­ła­nia niż wybo­ru. Tym samym teo­lo­gia znaj­du­je się w cen­trum życia Kościo­ła i dale­ko jej do pozba­wio­ne­go ogra­ni­czeń i powin­no­ści ana­li­zo­wa­nia sacrum, bez wcho­dze­nia w oso­bo­wą rela­cję z Tym, któ­re­go się pozna­je.

Może war­to przy­po­mnieć rzecz banal­ną - w teo­lo­gii cho­dzi przede wszyst­kim o Boga. Tru­izm ten jest jed­nak, jak sądzę, na miej­scu, mam bowiem wra­że­nie, że na naszym pol­skim podwór­ku poprze­sta­wia­ły nam się akcen­ty, przez co nie tyl­ko postron­ni obser­wa­to­rzy kościel­ne­go życia mają pro­blem ze zro­zu­mie­niem, o co tak napraw­dę i przede wszyst­kim Kościo­ło­wi cho­dzi. Głów­ny dys­kurs toczo­ny jest w spra­wach istot­nych, choć dru­go­rzęd­nych, a gło­wy teo­lo­gów i zawo­do­wych kato­li­ków roz­pa­la­ją spo­ry o Kościół - bo prze­cież nie ekle­zjo­lo­gicz­ne - jego miej­sce w świe­cie poli­tycz­nej bie­żącz­ki lub medial­ne prze­py­chan­ki kościel­nych frak­cji. Nie two­rzy to obra­zu jed­no­ści wie­rzą­cych, a trud­no uciec od wra­że­nia, że nie­rzad­ko tej jed­no­ści istot­nie nie ma.

Mów­my więc o Bogu. Daje do myśle­nia fakt, że pol­ska teo­lo­gia nie toczy żad­nych poważ­nych dys­ku­sji na zasad­ni­cze tema­ty wia­ry. Teo­lo­go­wie nie roz­ma­wia­ją już o nadziei powszech­ne­go zba­wie­nia, zaj­mu­ją się za to „ekle­zjo­lo­gią nega­tyw­ną”, co raz to orze­ka­jąc, kto w Koście­le nie jest, kto nie jest praw­dzi­wym kato­li­kiem i gdzie znaj­du­ją się gra­ni­ce nie tyl­ko Kościo­ła, lecz i dzia­ła­nia Boga pośród nas. Taka teo­lo­gia nie tyl­ko nie może być pocią­ga­ją­ca, ale i nie sta­nie się uni­wer­sal­na i inspi­ru­ją­ca dla naszych następ­ców.

Być może więc kolej­nym zada­niem teo­lo­gów będzie pró­ba doko­na­nia zwro­tu od prak­ty­ko­wa­nej ekle­zjo­lo­gii nega­tyw­nej do teo­lo­gii wspól­no­ty, szu­ka­nia nie tego, co nas dzie­li, lecz co nas osta­tecz­nie spa­ja i czy­ni jed­nym wobec Boga. Róż­ni­ce są inspi­ru­ją­ce i koniecz­ne, lecz nie war­to się na nich zatrzy­my­wać, a taki obraz wyła­nia się z kościel­nych spo­rów. Teo­lo­gia powin­na być zatem nie tyl­ko posłu­gą rozu­mu wobec bliź­nich, ale i posłu­gą jed­no­ści wobec świa­ta.

Sądzę, że tak rozu­mia­na teo­lo­gia ma sens nie tyl­ko aka­de­mic­ki, ale i głę­bo­ko prak­tycz­ny, umo­co­wa­ny w prak­ty­ce życia wspól­no­to­we­go, ale i co nie mniej waż­ne ducho­we­go. Sta­je się powo­ła­niem, dro­gą do Boga i z Bogiem. Takim teo­lo­giem war­to być. Co wię­cej, takich teo­lo­gów potrze­ba (tego, że są, dowo­dzi w swej książ­ce Ryn­kow­ski), bo para­fra­zu­jąc Kar­la Rah­ne­ra - chrze­ści­ja­nin XXI wie­ku albo będzie misty­kiem i teo­lo­giem, albo nie będzie go wca­le.