dzialamy
| 23 czerwca 2014 ]

Ludzie piszą, ognisko goreje dalej

Na portalu „Christianitas” ukazał się dziś artykuł pt. „«Pobożność ludowa – reaktywacja» czyli o zbożnych zabawach intelektualistów”, którego autor, Tomasz Dekert, pisze o swoim osłupieniu wywołanym przez hurraentuzjazm i samozachwyt m.in. środowiska „Dywizu”. A rzecz tyczy się organizowanych przez nas przy warszawskich kapliczkach nabożeństw majowych („Ucieczka grzesznych”) i czerwcowych („Gorejące ognisko”). Ponieważ obficie komentowane są w tym artykule moje słowa, pomyślałam, że nie od rzeczy byłoby napisać zdań kilka.

Nabożeństwo czerwcowe na podwórku kamienicy przy ul. Emilii Plater. Fot. Marcin Kiedio

Mogłabym pomyśleć, że znalazłam nareszcie swojego Wyspiańskiego (na własną miarę i na miarę swoich czasów) − człowieka, który zechciał natrudzić się, by wybić mnie z komizmu chłopomanii i przypomnieć, że aby pojąć głębię myślenia ludu, nie wystarczy założyć portki z parzenicami (a w przypadku kobiet nie wystarczy inspirować się teledyskiem Donatana).

Tymczasem ani chłopomanii nie ma, ani nie trzeba nowego Wyspiańskiego. W ogóle chyba nawet nie ma sporu, może tylko jakiś fantom moich domniemanych poglądów, z którym prowadzi się polemikę. Zgadzam się bowiem z Tomaszem Dekertem, że w pobożność wiejską trzeba by wrosnąć, a nie opowiadać z perspektywy miasta o jakiejś jej reaktywacji. Rzecz jednak w tym, że my wcale nie zajmujemy się wskrzeszaniem pobożności wiejskiej. Doszło chyba jednak do nieporozumienia, może pomieszano moje słowa z cudzym komentarzem, bo właściwie myśmy się po prostu chcieli modlić i zaprosiliśmy na tę modlitwę innych ludzi.

„Jedyne, co Państwo zrobiliście, to wyjście z nimi [z nabożeństwami] poza budynek kościoła, pod kaplicę czy krzyż, rzecz, którą zresztą kiedyś również w miastach praktykowano” − pisze Tomasz Dekert. Tak, to prawda. Właśnie o to nam chodziło. O wiele większych ambicji nie miałam.

Pisze dalej Tomasz Dekert: „Trudno też wyobrazić sobie coś bardziej nienaturalnego dla pobożności wiejskiej czy chłopskiej niż «robienie przewrotu»”. Pewnie prawda, ale my nie jesteśmy na wsi, tylko w mieście. I oczywiście nie wskrzeszamy pobożności wiejskiej, tylko szukamy formy dla pobożności miejskiej i patrzymy, czym możemy się w tym inspirować. Jeśli mówię o przewrocie, to chyba w tym mniej więcej sensie, co Tomasz Dekert, gdy pisze o typie myślenia i o praktykach, które stały się „niedostępne i w wielu swoich wymiarach skandaliczne”. Przewrót, gdyby miał miejsce, polegałby na przywróceniu do normy tego, co w tej chwili jest skandalem.

Nie pamiętam, żebym ja akurat w którejś z moich wypowiedzi o majowych i czerwcowych użyła słowa „reaktywacja”. W każdym razie reaktywować pobożności wiejskiej nie zamierzałam, bo jest to dla mnie rzeczywistość, jak słusznie zauważył Tomasz Dekert, obca i mało znana. Nie żyję w niej. Żyję w mieście i jeśli już miałabym mówić o reaktywacji jakiejś pobożności, to pobożności miejskiej, bo przecież tu także odbywały się nabożeństwa, modlono się przy kapliczkach w podwórkach. W tej chwili podobno też w niektórych miejscach to się dzieje, ale jest w zaniku. A jeśli mówię o „odkryciu”, to nie o odkryciu w ogóle (tak jakby było to coś zupełnie umarłego), tylko o odkryciu dla siebie i może też dla tych, którzy zechcą się z nami w Warszawie modlić.

Okazja do kolejnej wspólnej modlitwy będzie w środę 25 czerwca, o godz. 20. Spotykamy się tym razem w podwórku kamienicy przy Al. Jerozolimskich 49.

Materiały powiązane: