myslimy
| 26 maja 2014 ]

Małżeństwo − przebicia z Innego Świata

Uczciwie informujemy, że autor recenzji i autorka opisywanej książki znają się dobrze i przyjaźnią, co może obniżać o kilka punktów stopień obiektywizmu (jeśli coś takiego istnieje). Nie jest to oczywiście rzecz bezprecedensowa w przypadku recenzji. Niewiele precedensów ma jednak informowanie czytelników o takim stanie rzeczy.

Moje wra­że­nie po prze­czy­ta­niu pierw­szych frag­men­tów małej ksią­żecz­ki, jaką są „Oso­bli­we skut­ki mał­żeń­stwa” Ewy Kie­dio, było nie­co podob­ne do tego, któ­re znam z dzie­ciń­stwa, gdy w śro­do­we wie­czo­ry koń­czy­łem oglą­dać kolej­ny odci­nek seria­lu – czy ktoś go jesz­cze pamię­ta? – „Zawód: poli­cjant” i znów posta­na­wia­łem zostać poli­cjan­tem. Podob­nie książ­ka ta spra­wia, że chce się, by to, o czym opo­wia­da, było naszym udzia­łem. Że chce się po pro­stu wycho­dzić za mąż i żenić. Tak więc może szko­da, że czy­tać będą ją pew­nie głów­nie ci, któ­rzy już się pobra­li.

Ale nawet jeśli uka­zy­wa­nie, w świe­ży spo­sób, pozy­tyw­nej stro­ny mał­żeń­stwa to spra­wa nie­ba­ga­tel­na, książ­ka ta się do niej nie ogra­ni­cza. Może ujmę to tak: zamiast „Oso­bli­we skut­ki mał­żeń­stwa” mogła­by ona nosić nie­co bar­dziej „total­ny” tytuł „Oso­bli­we skut­ki chrze­ści­jań­skich dogma­tów” – oczy­wi­ście gdy­by nie gwa­ran­to­wa­ło to już na wstę­pie ryn­ko­wej poraż­ki. Pod­czas lek­tu­ry myśla­łem sobie z pew­nym zawsty­dze­niem: prze­cież wie­rzę i sta­ram się pamię­tać o Bogu, ale żeby patrzeć na świat tak, jak patrzy Ewa Kie­dio, to rzad­ko, jeśli w ogó­le, mi się zda­rza, no może w więk­sze świę­ta. Patrzeć – że pozwo­lę sobie na to angiel­skie wyra­że­nie – as if Chri­stia­ni­ty mat­te­red, jak gdy­by chrze­ści­jań­skie praw­dy wia­ry były wła­śnie tym: praw­da­mi, i były w mocy zmie­nić nasze świec­kie przy­zwy­cza­je­nia poznaw­cze, na nowo nauczyć nas czy­tać świat i rozu­mieć samych sie­bie. Oso­bli­we skut­ki prawd wia­ry się­ga­ją bowiem dość dale­ko, obej­mu­jąc nie tyl­ko to, co po tam­tej stro­nie, lecz tak­że całą docze­sność i wszyst­kie, naj­zwy­klej­sze nawet spra­wy.

Jeśli – jak mówi cyto­wa­ny przez autor­kę Jan Paweł II – „[cia­ło] zosta­ło stwo­rzo­ne po to, aby prze­no­sić w widzial­ną rze­czy­wi­stość świa­ta ukry­tą w Bogu odwiecz­nie tajem­ni­cę” i – jak ten sam papież, w pew­nym sen­sie (choć nie wiem, czy autor­ka by się ze mną cał­kiem zgo­dzi­ła) patron tej książ­ki, lubił powta­rzać – dopie­ro Chry­stus, Bóg, któ­ry stał się czło­wie­kiem „obja­wia w peł­ni czło­wie­ka same­mu czło­wie­ko­wi”, to ten nasz zwy­kły świat nie jest tak zwy­kły, jak się cza­sem wyda­je. Raczej prze­bi­ja z nie­go na każ­dym kro­ku ów Inny Świat, o któ­rym – Ewa Kie­dio nam te wer­sy przy­po­mi­na – pięk­nie śpie­wa­ła Anto­ni­na Krzysz­toń, że nie jest „za lasa­mi tam”, lecz raczej „gdzieś tu (…) Wystar­czy tyl­ko spoj­rzeć”. Rów­nież mał­żeń­stwo widzia­ne przez pry­zmat tej praw­dzi­wie chrze­ści­jań­skiej antro­po­lo­gii róż­ni się zarów­no od świec­kich jego ujęć, jak i od tych kon­cep­cji reli­gij­nych, na któ­rych cią­ży zbyt­ni roz­dział spraw Bożych i spraw docze­snych. Moż­na by dodać, że książ­ka Ewy Kie­dio dobrze dopeł­nia się pod tym wzglę­dem z 52. nume­rem kwar­tal­ni­ka „Chri­stia­ni­tas”, zawie­ra­ją­cym wie­le cie­ka­wych tek­stów na temat „odcie­le­śnie­nia” współ­cze­sne­go chrze­ści­jań­stwa.

Jak nazwać for­mę, któ­rą nada­ła tej książ­ce autor­ka? Z pew­no­ścią nie jest to porad­nik w ame­ry­kań­skim sty­lu, dają­cy nie­za­stą­pio­ne recep­ty na szczę­śli­we życie. W takim kie­run­ku – chy­ba moż­na dodać: nie­ste­ty – czę­ścio­wo zmie­rza kato­lic­kie myśle­nie o sek­su­al­no­ści, ale Ewa Kie­dio podej­mu­je spo­koj­niej­szą reflek­sję. Jest to więc raczej zbiór (trzech) ese­jów, czy traf­niej jesz­cze – medy­ta­cji. Medy­ta­cji, któ­re kar­mią się róż­ny­mi tek­sta­mi, od Pie­śni nad Pie­śnia­mi, poprzez kul­tu­rę popu­lar­ną (np. pio­sen­ki chrze­ści­jań­skich zespo­łów roc­ko­wych), po Wło­dzi­mie­rza Sołow­jo­wa (zwłasz­cza jego „Sens miło­ści”) i powie­ści Fio­do­ra Dosto­jew­skie­go, lecz któ­re osta­tecz­nie mają swo­je źró­dło w umy­śle, czy, nale­ża­ło­by powie­dzieć, ser­cu autor­ki. Książ­ka ta jest bowiem wyraź­nie zro­dzo­na z głę­bo­kiej wewnętrz­nej potrze­by.

Okład­kę „Oso­bli­wych skut­ków …” przy­go­to­wał Mar­cin Kie­dio, mąż autor­ki, mil­czą­co obec­ny w tych medy­ta­cjach. Zdo­bi ją zdję­cie dwóch krze­seł połą­czo­nych ban­da­ża­mi. Jak dowie­dzia­łem się od Ewy, ta enig­ma­tycz­na kom­po­zy­cja – w tym kon­tek­ście chy­ba przy­po­mnie­nie, że chrze­ści­jań­ski sakra­ment mał­żeń­stwa jest szcze­gól­nym dzie­łem tej samej Bożej łaski, któ­ra uzdra­wia ludz­kość z grze­chu pier­wo­rod­ne­go i przy­wra­ca w niej obraz Trój­cy Świę­tej – pocho­dzi z wysta­wy sztu­ki użyt­ko­wej, któ­rą mał­żeń­stwo Kie­diów oglą­da­ło pod­czas wyjaz­du do Wied­nia, gdy zatrzy­ma­li się u niżej pod­pi­sa­ne­go. Na koniec bowiem muszę chy­ba dla przy­zwo­ito­ści zdra­dzić, że mam zaszczyt znać oso­bi­ście autor­kę i jej męża i że przez kró­ciut­ki czas – któ­ry minął im pod zna­kiem dłu­gich spa­ce­rów po mie­ście we dwo­je, lecz tak­że naszych wspól­nych roz­mów wie­czo­ra­mi – mia­łem nawet moż­li­wość miesz­kać z nimi pod jed­nym dachem i doświad­czać na wła­snej skó­rze „oso­bli­wych skut­ków mał­żeń­stwa”. Jed­nym z tych skut­ków jest Boża radość, któ­rą roz­sie­wa­ją wokół sie­bie. Taka też pro­mie­niu­je z tej krót­kiej ksią­żecz­ki, któ­rą każ­de­mu pole­cam.

Książ­ka Ewy Kie­dio „Oso­bli­we skut­ki mał­żeń­stwa” uka­za­ła się nakła­dem Wydaw­nic­twa Więź, www​.wiez​.pl.