myslimy
| 22 kwietnia 2013 ]

Matka Boska Garażowa

Mat­ka Boska Czę­sto­chow­ska (i jej Syn) obja­wi­ła się na tyle gara­żu na czę­sto­chow­skim Osie­dlu Tysiąc­le­cia. Obok: wul­gar­ne graf­fi­ti i nie­czy­tel­ne boho­ma­zy. Syf, brud i udrę­ka. Bar­dzo jest podob­na do tej jasno­gór­skiej – tyl­ko tło ma inne. Two­rzą je cha­rak­te­ry­stycz­ne kolo­ro­we trój­ką­ty – znak roz­po­znaw­czy mala­rza, Rober­ta Jabłoń­skie­go. Szyb­ko do Mat­ki (i jej Syna) zaczę­ły przy­cho­dzić jej dzie­ci: poja­wi­ły się zni­cze i kwia­ty. Mogła się poczuć u sie­bie. I one się czu­ły u sie­bie.

Fot. Robert Jabłoń­ski

Metro­po­li­ta czę­sto­chow­ski, arcy­bi­skup Wacław Depo, miał inne zda­nie. Obraz uznał za „pro­wo­ka­cję, któ­ra dzie­li” i zawo­łał za Wyspiań­skim, by „Świę­to­ści nie szar­gać, bo trza, żeby świę­te były”. Trze­ba przy­znać: potęż­ne dzia­ła wycią­gnął prze­ciw­ko gara­żo­we­mu obra­zo­wi. Czy tak­że prze­ciw­ko samej Mat­ce (i jej Syno­wi)? Nie ze złej woli, to na pew­no. Chciał­by prze­cież, by dzie­ci odwie­dza­ły swą Mat­kę (i jej Syna). Prze­ko­nu­je, że to Jasna Góra jest „naj­wła­ściw­szym miej­scem kul­tu Cudow­nej Iko­ny”. Zapra­sza, jak sądzi, do domu. Ale prze­cież pouczał nas sam Bóg, że „lisy mają nory i pta­ki powietrz­ne − gniaz­da, lecz Syn Czło­wie­czy nie ma miej­sca, gdzie by gło­wę mógł oprzeć”. A wraz z nim Jego Mat­ka, rodzą­ca w sta­jen­ce, Mat­ka, co „ubo­ga była, rąbek z gło­wy zdję­ła”.

Mar­twią się nie­któ­rzy, że nie przy­stoi, by Mat­ka (i jej Syn) sąsia­do­wa­ła z prze­kleń­stwa­mi i bazgro­ła­mi. Może nawet sąsia­du­je z pro­sty­tut­ka­mi, cel­ni­ka­mi i łotra­mi, któ­rzy przy­cho­dzą pod garaż? Inni trosz­czą się, czy aby ktoś małe­go Jezu­sa nie oplu­je, nie ulży pęche­rzo­wi na Jego obli­cze, nie rzu­ci czymś i nie doma­lu­je mu cze­goś per­fid­nie. Nie­wy­klu­czo­ne. Może Go nawet ubi­czu­ją, wyszy­dzą, cier­niem uko­ro­nu­ją i na koniec ukrzy­żu­ją. A On będzie się pocił krwią na myśl o tym, co Go cze­ka, ale się nie cof­nie. Emma­nu­el – Bóg z nami. Wła­śnie wte­dy naj­bli­żej nas.

Wszy­scy już zna­my te sło­wa. Jesz­cze jako biskup Buenos Aires kar­dy­nał Jor­ge Ber­go­glio powie­dział: „mając do wybo­ru Kościół ule­ga­ją­cy wypad­kom, któ­ry wycho­dzi na uli­cę, i Kościół cho­ry na zapa­trze­nie w sie­bie, wybie­ram ten pierw­szy”. Ale łatwiej zapro­sić kogoś do nas, na Jasną Górę, do „świą­ty­ni, gdzie dusz­pa­ste­rze chro­nią świę­te wize­run­ki przed zbez­czesz­cze­niem”. Że Jezus robił ina­czej, że uczył nie tyl­ko w świą­ty­ni (co tak­że waż­ne), ale rów­nież na polach, po domach, na uli­cy? Może nie wie­dział, co czy­ni.

Może do obra­zu na tyle gara­żu przyj­dzie ktoś, kto na Jasnej Górze nie czu­je się u sie­bie, bo kie­dyś usły­szał to strasz­ne kłam­stwo, że Bóg będzie go roz­li­czał z każ­de­go czy­nu. Bo sądzi, że nikt go tam nie chce – z jego sła­bo­ścią, z bło­tem na butach, z ręka­mi czło­wie­ka pra­cy, ze spo­co­nym czo­łem. Bo za mało w życiu usły­szał o sła­bo­ści Boga, o tym, że Jezus był czło­wie­kiem pra­cy, że jest zawsze po jego stro­nie, choć­by był roz­wod­ni­kiem, zło­dzie­jem, mor­der­cą. Pro­sty­tut­ką, cel­ni­kiem, łotrem. Że też miał ubru­dzo­ne ręce i spo­co­ne czo­ło. Że też nie czuł się u sie­bie w tłu­mie ludzi, że tak czę­sto odcho­dził „na bok, osob­no”.

Pod obraz na tyłach gara­żu nikt nie będzie wsty­dził się przyjść. Bez stra­chu sta­nie przed Mat­ką (i jej Synem). Może zapa­li papie­ro­sa, wal­nie sobie bro­wa­ra, prze­klnie parę razy, odle­je się w pobli­skich krza­kach. Będzie prze­cież u sie­bie: u Mat­ki (i jej Syna). I mógł­bym z nim zapa­lić tego papie­ro­sa (choć od daw­na nie palę), wypić to piwo i nie prze­bie­rać w sło­wach. A nuż usły­szy­my głos: „pójdź za mną”? I pój­dzie­my – nie­ko­niecz­nie na Jasną Górę.

Tego same­go dnia, gdy prze­czy­ta­łem o Mat­ce Boskiej na tyle gara­żu, moją uwa­gę zwró­ci­ła też infor­ma­cja o cią­gle z roku na rok nara­sta­ją­cym sza­leń­stwie pierw­szo­ko­mu­nij­nym. O tym, że „rodzi­ce chrzest­ni czę­sto wyda­dzą nawet ponad tysiąc zło­tych na pre­zent” i że to liczy się przede wszyst­kim. Aż chciał­bym zakrzyk­nąć, by „Świę­to­ści nie szar­gać, bo trza, żeby świę­te były”. Księ­że bisku­pie, zakrzyk­nie ksiądz ze mną?