myslimy
| 29 maja 2013 ]

Medytacja czy medytacje?

Przeżuwać Imię – cykl o medytacji chrześcijańskiej (3)

Pierwszy raz z medytacją zetknąłem się poza Kościołem. Że i ja, i ona extra Ecclesiam. Może ona jednak bardziej niż ja… Jako wczesny nastolatek interesowałem się astrologią, sporo czytałem, szukałem, drążyłem. Stąd przez reinkarnację niedaleko do buddyzmu, a buddyzm, wiadomo – medytacja. Najpierw wiedzę z książek i artykułów samodzielnie próbowałem wdrażać w swoje pierwsze praktyki. Nawet gimnastyka korekcyjna i lata zajęć wuefu nie zmobilizowały mnie do takich wygibasów jak ambitny cel wykonania kwiatu lotosu ze swoich nóg. Po miesiącu naciągania i wysiadywania cel został osiągnięty. Pamiętam, jaki dumny byłem z siebie. I wreszcie mogłem zabrać się za medytację… No, trochę jeszcze zajęło, zanim ta pozycja stała się wygodna. Byłem ze cztery razy na sesjach medytacji prowadzonych przez buddystów w Gdańsku. To były wymagające wyprawy, bo odległość (100 km – 2,5 godziny) z mojej mieściny musiałem pokonać PKS-em, a to wszystko w totalnej konspiracji przed chyba niczego niepodejrzewającymi rodzicami…

 

Na spotkaniu mogłem szpanować kwiatem lotosu, ale okazało się, że on wcale do medytacji nie jest wymagany. Poza tym ofiarowano mi poduszkę, dzięki której rzeczywiście w tej pozycji dało się wysiedzieć bardzo długo. Jako najmłodszy uczestnik byłem otoczony dużą troską i życzliwością, oprócz poduszki dostawałem też płyty z nagraniami stosownej muzyki, kadzidełka, posiłki… Sam się dziwię, że byłem w stanie z otwartymi ustami chłonąć dwugodzinne wykłady o medytacji i buddyzmie, a potem tak medytować kolejne godziny.

Pewnego lata wylądowałem pierwszy raz na Woodstocku. Tam zafascynowali mnie krysznaici. Nie myślałem o konwersji, bo ten system religijny z reinkarnacją na czele wydał mi się dużo bardziej abstrakcyjny i irracjonalny niż chrześcijaństwo, jednak było tam coś, co ciągnęło. Jakaś egzotyka, muzyka, medytacja właśnie. Medytacja inna niż ta, której się uczyłem u buddystów, przede wszystkim ze względu na mantrę i cel. Inaczej jej doświadczałem z racji woodstockowych okoliczności, ale to mniej istotne. W każdym razie okazało się, że pod słowem „medytacja” ludzie mogą widzieć różne rzeczy.

Wreszcie podczas rozmowy z jakimś księdzem z Przystanku Jezus usłyszałem, że jest też coś takiego jak medytacja chrześcijańska i że bez sensu się wkręcam w te buddyzmy i krysznaizmy, skoro mam to w Kościele. Nie był w stanie opowiedzieć, o co dokładnie chodzi, ale przysłał mi książkę. Ucieszyła mnie, bo była cienka i napisana przez podobno najwybitniejszego katolickiego teologa. „Medytacja chrześcijańska” Hansa Ursa von Balthasara. Pamiętam, z jakim zaciekawieniem i z jakimi nadziejami się za nią zabierałem. Że może rzeczywiście to chrześcijaństwo też ma coś ciekawego do zaoferowania, że może formacja oazowa, katecheza i parafia nie przekazały mi wszystkiego… I pamiętam jak dziś straszny zawód. Ten niby najwybitniejszy katolicki teolog nie ma pojęcia, czym jest medytacja, a tym ważnym dla mnie słowem nazywa sobie jakieś pobożne czytanie Biblii… Kościół z opresji wyratowali później moi buddyści, którzy pokazali, że nawet w Polsce benedyktyni uczą się medytacji od buddyjskich mnichów, podsunęli mi też twórczość Anthony’ego de Mello SJ. Bardzo mnie ucieszyły jego książki, które uspokoiły moje sumienie, pozwalając mi zatopić się w relatywizmie religijnym i świadomości, że najważniejszy jest mój spokój ducha i mój rozwój. Medytacja, jaką opisywał de Mello, tylko treściami mantr zdawała mi się różnić od tego, co widziałem np. u krysznaitów. Opowiastki były równie inspirujące czy „ogłuszające”, co te snute przez mistrzów zen.

Na szczęście Pan Bóg zlitował się nade mną – po omacku szukającym Prawdy, bardziej lub mniej świadomie odpychającym Go. Pewnego woodstockowego wieczora spotkałem w eucharystycznym Chlebie Tego, który przychodzi mimo drzwi zamkniętych. To doświadczenie rozpoczęło we mnie proces ponownego odkrywania Kościoła i siebie w nim. Z czasem znów zacząłem przekonywać się do – odrzuconej ze względu na wschodnie skojarzenia – medytacji, szukając tej, która jest rzeczywiście chrześcijańska. Chyba pierwszym, który sprawił, że doświadczenie nabyte podczas przygód z niechrześcijańską medytacją zaczęło jawić się jako przydatne w moim chrześcijańskim życiu duchowym, był św. Ignacy Loyola w „Ćwiczeniach duchownych”. Tym, który pokazał mi, że kompletnie nic nie wiem o modlitwie, medytacji, rozwoju duchowym, mimo tylu już przeczytanych książek, formacji oazowej, licznych rekolekcji, a nawet poszukiwania w innych tradycjach religijnych, był wielki Reginald Garrigou-Lagrange OP, autor obowiązkowego dla każdego dzieła „Trzy okresy życia wewnętrznego”.

Okazało się, że medytacja jest jak najbardziej katolicka, tylko różnie w tej tradycji nazywana i różnie praktykowana. Trochę autorytetów za tym stoi, od Ojców Pustyni z Janem Kasjanem na czele, po Teresę z Ávili, Jana od Krzyża czy św. Tomasza. Kolejnym odkryciem był chorał gregoriański, szczególnie z burdonem. Zadziwiające, że te chorałowe tony tak spójnie grają z tekstem i sprawiają, że można zanurzyć się w tym, co jest nie do ogarnięcia, można przez nie wylać z siebie tyle emocji, wreszcie znaleźć w nich ukojenie. Pamiętam, jaki żal miałem do Kościoła, że chorał kojarzył mi się tylko z cienkim śpiewem jakichś mnichów, którego nagrania puszczała nauczycielka muzyki jako ilustrację omawianego materiału. Wreszcie odkryłem tradycyjny śpiew bizantyjski. Tu znów wróciły skojarzenia, szczególnie z mantrami wyśpiewywanymi przez krysznaitów. Zwłaszcza przy hymnach, w których używa się wydzwaniających rytm dzwoneczków. Skojarzenie luźne, bo hinduskie śpiewy nie umywają się do potęgi i głębi chrześcijańskiego Wschodu. Z czasem przyszło rozpoznanie różańca, jako zaawansowanej formy medytacji, i różniących się od niego metodą koronek. Wspólnotowa Liturgia Godzin, lectio divina, śpiewane kanony, proste trwanie ze świadomością obecności mojej i Boga, „marnowanie czasu” dla Niego…

Jestem spokojny o ludzi, którzy po katolicku medytują. Obojętnie, czy dojrzeli już do różańca, czy chwytają za pobożne teksty lub szukają w hezychazmie. „Rutyna” medytacji sprzyja rozwojowi duchowemu i zdrowiu psychicznemu. W chwilach trudnych pozwala trzymać się Tego, na którego można zrzucić wszystkie ciężary. Pomaga wybrzmieć wewnątrz temu, co wynosi się z liturgii (szczególnie tradycyjnej rzymskiej, z naturalnym milczeniem i ciszą). Przestrzegam tylko przed wszelkimi formami synkretyzmu religijnego i relatywizmu. Należy pamiętać, że medytacja katolicka zdecydowanie różni się od praktyk innych religii wschodnich, przede wszystkim celem.

Przepraszam Czytelników, że pozwoliłem sobie na taką luźną, raczej skojarzeniowo-autobiograficzną formę zamiast merytorycznego opracowania zagadnienia. Ze znalezieniem tego ostatniego w sieci nie powinno być problemu.

W cyklu „Przeżuwać Imię” ukazały się teksty: