widzimy
| 2 listopada 2013 ]

Męska muzyka o śmierci

Czarna płyta, czarna książeczka, czarny pocisk, czarna karawana, mrok… – oj, czarno to widzę, Panowie.

Są płyty, które po prostu się kupuje – niezależnie od stanu konta, nastroju i innych detali. Można je nabyć niemal w ciemno. Do takich na pewno należy płyta Waglewskiego, Fisza i Emade „Matka. Syn. Bóg”. 13 utworów to muzyczna rzecz o sprawach fundamentalnych.

Chodź, posłuchaj o przemijaniu, śmierci i życiu. Oto sprawy i potrzeby: przebaczenia i kolejnej szansy (nawet gdy ksiądz stawia na kimś krzyżyk), rozmowy i bycia ze sobą (po prostu zwykłej ludzkiej gadki), testamentu i opieki aż po śmierć (zaopiekuj się nawet trupem, niedługo nim będziesz), ojcostwa (dziecko inne od wyobrażeń), własnej drogi (z dala od bezmyślnego tłumu, uciekaj od rzeczywistości), „żałoby” po zmarłym (po trupach też można zaistnieć medialnie), Boga („bez Ciebie trudno mi zrozumieć / bez Ciebie wciąż się miotam”), wiedzy o kresie życia (kiedy będzie, ile jeszcze czasu zostało), przemijania i trwania (bo coraz więcej pogrzebów i pragnienie zestarzenia się z tą, która wiesza pranie), żółtych butów (można z każdym taktem zmierzać do śmierci, prawda?), matki (czekającej i niepokojącej się cały czas), nocnym dostawcy marzeń (gdy wszystko zamarłe, oni czekają na towar zamknięci w budynkach), pracy (wolno żyć tylko w niedzielę, bo kołowrotek w tygodniu zabija)… Tematycznie tylko czerń?

Nie! Kolory kwiatów na trumnie, turkusowa suknia na drogę do nieba, śniegowa niewinność narodzin (później zamieniona na trzymanie się życia jak śnieg ziemi), czyste białe światło, światło czystej zimnej wody, biała mgła, żółty but, migające światła. A przede wszystkim męska muzyka. Ona żyje, pulsuje, kołysze, ożywia, zamiera, uwodzi, prowadzi…

W istocie ta płyta jest czarno-biała. Dobra jak cenne zdjęcia sprzed lat. Zatrzymująca to, co najważniejsze. W 13 melodyjnych muzycznych obrazkach. Na szczęście, słowa mają sens i dywizowo łączą śmierć i życie.