widzimy
| 30 lipca 2012 ]

Miauczeniem odpowiadam

Tek­stów o kotach powsta­ło już tyle, że śmia­ło moż­na by zada­wać mło­dzie­ży wypra­co­wa­nia z tym moty­wem w roli głów­nej. Tomasz Tro­ja­now­ski w lite­ra­tu­rze dzie­cię­cej, Szym­bor­ska – kla­sycz­nie, dla ambit­niej­szych – stycz­nio­wa „Więź” z tek­stem Jerze­go Sosnow­skie­go. Sto­sow­ne pozy­cje dopi­sać, nie­po­trzeb­ne skre­ślić. Chcia­ła­bym tu jed­nak o kocie i meta­mor­fo­zach.

Nie lubię zwie­rząt. Zwie­rząt w ogó­le, ale futer­ko­wych w szcze­gól­no­ści. Zosta­wia­ją kła­ki, śmier­dzą, wydzie­la­ją z sie­bie cie­kłe róż­no­ści, dra­pią, uczu­la­ją. O przy­pa­dło­ści z gatun­ku: „roz­wio­dłam się z mężem, lada­co, ale kotek jedy­ny mnie rozu­mie”, nie wspo­mnę, bo to już nie zwie­rząt spraw­ka. Kil­ka razy usły­sza­łam, że zły czło­wiek jestem, bo jak­że takich stwo­rzeń nie kochać. Trud­no.

Aż tu nagle nie­spo­dzian­ka. Za spra­wą współ­miesz­kan­ki w naszym domu zja­wił się kot. Naj­pierw zamknię­ty w poko­ju, z któ­re­go miał nie wycho­dzić, kupio­ne dla mnie z tro­ską leki zosta­wio­ne na pół­ce w kuch­ni, do śnia­da­nia. I stu­dia nad aler­ge­na­mi. Sie­dząc w pra­cy, dosta­ję ese­me­sa: „Wyczy­ta­łam, że uczu­la śli­na. Będę codzien­nie myć kota”. Wzru­sze­nie nad zaan­ga­żo­wa­niem, by wilk był syty i kot cały.

Puszek, bo tak wyglą­da nasz loka­tor na dzi­ko, jest per­sem. Per­sy podob­no głów­nie leżą i wyglą­da­ją. Nasz salo­no­wiec nie bywa w mie­ście, jeśli nie wyle­gu­je się na para­pe­cie, snu­je się po miesz­ka­niu, a cza­sem podzi­wia świat przez okno. Panicz­nie boi się obcych, więc gdy ktoś mnie odwie­dza, sza­leń­czo cho­wa się w zaka­mar­kach, sta­je nie­ru­cho­mo lub czoł­ga po pod­ło­dze, roz­cią­ga­jąc się na dłu­gość bli­sko metra i myśląc chy­ba, że nikt go teraz nie widzi. Nie roz­tkli­wiam się nad jego uro­dą i pociesz­no­ścią – dale­ko mi do Elmir­ki z „Anim­ków”. Nie zre­du­ko­wa­łam tak­że z powo­du jego nad­wraż­li­wo­ści decy­be­li moje­go śmie­chu, tupa­nia obca­sa­mi, gdy mio­tam się, zbie­ra­jąc do wyj­ścia. Bywa więc, że ucie­ka wystra­szo­ny. Nie­mniej jed­nak ten brak ado­ra­cji kom­plet­nie mu nie prze­szka­dza. Wita mnie, gdy wra­cam. Przy­cho­dzi, gdy pra­cu­ję, ocie­ra się, zacze­pia łapą, stu­ka gło­wą w ramię, by zwró­cić na sie­bie uwa­gę. Mało go obcho­dzi, że wła­śnie coś piszę lub czy­tam – jestem zaję­ta. Pora zaba­wy i koniec. On zna swo­je potrze­by i nie waha się upo­mnieć o ich zaspo­ko­je­nie. Wycią­gam więc nie­chęt­nie jed­ną rękę i nie patrząc, gła­skam po pucha­tym łeb­ku. Źle, nie­wła­ści­wie. Odgi­na się, macha ogo­nem, zmie­nia miej­sce, patrzy na mnie błęd­nym wzro­kiem i wyda­je dźwię­ki zbli­żo­ne bar­dziej do łka­nia niż miau­cze­nia. Miau­cze­niem odpo­wia­dam, a on dalej swo­je. W skraj­nych przy­pad­kach sia­da na kla­wia­tu­rze – co bym nie mia­ła wąt­pli­wo­ści, kto tu jest teraz naj­waż­niej­szy.

Pyta­na, czy kot ma być wywie­zio­ny do miej­sca, z któ­re­go na tym­cza­so­wy pobyt do nas przy­był, bez waha­nia odpo­wia­dam, że abso­lut­nie nie. I chwi­la­mi zamien­nie trwo­żę się i dzi­wię. Wiem, że dzień roz­sta­nia kie­dyś musi nadejść. Wiem też, że sko­ro w ogó­le o nim piszę, zaszła zmia­na, któ­rej nie rozu­miem. Każ­de z nas wal­czy o swo­je i ustę­po­wać nie chce. Każ­de ocze­ku­je, wyma­ga, a na koniec się obra­ża. Jed­nak gdzieś się spo­ty­ka­my w tym okre­so­wym bra­ku mel­dun­ku, sku­pie­niu na sobie, umie­jęt­no­ści (i nie) nazy­wa­nia i wyra­ża­nia potrzeb, wyczu­lo­nym sły­sze­niu dźwię­ków, od któ­rych chcie­li­by­śmy uciec, i zapo­trze­bo­wa­niu na zaan­ga­żo­wa­ną (acz dys­kret­ną), uważ­ną bli­skość. I jak­by mniej kicham ostat­nio? A kot pry­cha uro­kli­wie. Uczu­lił się, bie­da­czek.