myslimy
| 7 stycznia 2015 ]

Między teologią a psychologią – manowce ojca Szustaka

Część 1

Ojciec Adam Szustak, koryfeusz polskiego kaznodziejstwa, na wygłaszane przez siebie rekolekcje ściąga więcej ludzi niż niejedna drużyna piłkarska na swoje mecze. Tej popularności o. Szustaka wcale się nie dziwię: jest dowcipny, mówi sprawnie, opowiada nie najgłupsze żarty, a przede wszystkim zrywa z tradycyjnym wizerunkiem zdystansowanego, pobożnego zakonnika, który o Bogu wypowiada się wyłącznie za pomocą wyszukanych teologicznych formuł i truchleje na myśl, że mógłby Boga obrazić. Ojciec Szustak nie boi się Boga przekornie i prowokacyjnie ściągnąć do parteru, odbrązowić go i odebrać mu wizerunek strażnika pobożności, a dzięki temu pokazać kluczową cechę Boga chrześcijan: Bóg jest z człowiekiem, jest blisko, nie odwraca głowy od grzesznika. Nie zależy mu na kulcie, miłosierdzia chce, a nie ofiary. Nie uprawia z człowiekiem handlu wymiennego, nie chce wychować grzecznych ludzi, tylko chce pokazać ludziom prawdę o ich możliwościach.

A zatem dobrze się słucha o. Szustaka, bo w jego konferencjach i homiliach Bóg nie jest filozoficzną abstrakcją, ale dobrym psychologiem, rozumie tajemnice ludzkiego losu, zna drugie dno naszych wyborów i motywów. Prześwietla nasze wnętrza, rozplątuje głębokie konflikty, uwalnia od mechanizmów obronnych, od powtarzania nerwicowych schematów. Pozwala na nowo zbudować sobie poczucie własnej wartości, wyjść ze ślepych uliczek, w które nas nierzadko zagonił dom rodzinny. Chciałoby się powiedzieć, że Bóg u o. Szustaka oswaja nas z naszym cieniem, przybliża nam podświadomość i pozwala nam się jej nie bać. Pozwala w marności, którą jesteśmy, odkryć piękno.

Mamy tu zatem do czynienia z psychoanalitycznym wykładem religii. Bóg przychodzi do człowieka jako nauczyciel ludzkiego pokomplikowania, jako mistrz warstw osobowości, jako ktoś, kto pozwala nam żyć na nowo, bo uporał się z naszymi blokadami i pułapkami tkwiącymi z tyłu ludzkiej głowy. Przychodzi jako terapeuta, na którego projektujemy nasze zranienia i bóle, a On je wyprostowuje, pozwala dokonać nowych wyborów.

W takim psychoanalitycznym ujęciu o. Szustak wykłada Pismo Święte: proroków i Ewangelię. Co to znaczy, że interpretuje je psychoanalitycznie? To znaczy, że przedstawionych zdarzeń i atrybutów nie przyjmuje wprost, ale symbolicznie, jako odniesienie do czegoś, co tkwi pod spodem. Tak jak ludzki gest i słowo nie mogą być wzięte dosłownie, ale muszą budzić pytanie o to, co je spowodowało, pytanie o motywy, tak też takie pytanie musi budzić ukazany w Piśmie Świętym obiekt, zjawisko czy osoba. I tak jak to, co widzimy, nie jest często prawdą o danej osobie, bo prawda jest o wiele trudniejsza i zawiła, tak też to, co widzimy w scenach biblijnych, nie jest tym, co widzimy, ale wskazuje na sprawy znacznie bardziej złożone.

Innymi słowy, w mniemaniu o. Szustaka drzewo z historii Mojżesza to sam Mojżesz, który jest duchowo suchy, marny i jałowy. A ogień, którym to drzewo płonie, to wewnętrzny ogień Bożej miłości i Bożego powołania, Bożej obecności, która trwa w Mojżeszu mimo jego małości i uzdatnia go do wielkich czynów. Chodzi tu więc nie o taki obrazek, że drzewo płonie, nie to realnie istnieje, ale to, że w Mojżeszu są obecne pokłady siły i wolności, których się nawet nie spodziewał.

W taki sposób traktuje o. Szustak inne postaci biblijne. Bardzo chętnie odnosi zdarzenia z Pisma Świętego do losów swoich i tych ludzi, którym głosi kazania. Pokazuje im postaci biblijne i mówi, że są skonstruowane podobnie do nas, mają podobne lęki, kryzysy i blokady, a potem, na skutek różnych perturbacji i spotkań, przechodzą określone przewartościowanie, uczą się wolności, zmieniają postrzeganie Boga, którego przestają się bać i który przestaje już być surowym wzorem. Takie słowa o niskim poczuciu własnej wartości i o skrępowaniu obrazem groźnego Boga docierają oczywiście do młodych ludzi w lot i utrwalają renomę o. Szustaka.

Są to bardzo ciekawe interpretacje i nawet w jakimś sensie mogę się pod nimi podpisać, ale z drugiej strony zdaję sobie sprawę z tego, że taka psychoanalityczna wykładnia Pisma Świętego może prowadzić na manowce. Bo naturalnie rodzi się tutaj pytanie: czy dla o. Szustaka to drzewo z historii Mojżesza tylko coś znakuje, jest psychoanalityczną metaforą, czy może rzeczywiście Mojżesz przed takim drzewem stał? A zatem jest to wyłącznie literatura przeznaczona do interpretacji czy opis faktu? Ja mam to drzewo sobie jakoś wyjaśniać, szukać głębszych sensów, czy uznać, że Mojżesz miał po prostu w drzewie konkretne, empiryczne objawienie głosu Bożego? Pytając jeszcze inaczej: czy Mojżesz doświadczył niezwykłej epifanii, czegoś, co innym nie jest dane, czy to tylko taka uniwersalna, będąca grą toposów psychoanalityczna historyjka dla wszystkich?

Idąc dalej: czy Szaweł pod Damaszkiem rzeczywiście spotkał Jezusa, czy to tylko symboliczna historia o przebudzeniu duchowym? Czy usłyszał − własnym uchem, a więc rozumiany jako konkretne fale dźwiękowe − głos Jezusa, czy tylko w swoim wnętrzu poczuł jakąś inspirację do odmiany życia, a potem, już ex post, nałożył na to odpowiednią siatkę pojęć, powołał się na Jezusa i dla potomnych wyrażono to w takiej, a nie innej religijnej scenografii?

I w tym miejscu należy o. Szustakowi przedstawić poważny zarzut: moim zdaniem, zaciera granice pomiędzy zupełnie zewnętrznymi, wymiernymi scenami biblijnymi, ich dosłownym znaczeniem, a metodami psychoanalizy, która nie głosi wydarzeń biblijnych jako takich, ale szuka w nich zawsze uniwersalnych znaczeń oderwanych od konkretnej faktografii. Dla o. Szustaka biblijne sceny zawsze są „o czymś więcej, niż jest napisane”, i to na tym „czymś” koncentruje się uwaga kaznodziei, jego podejście do Biblii jest podejściem do tekstu literatury pięknej. U dominikanina nie występuje w ogóle problem realności i historyczności wydarzeń biblijnych, u niego występuje wyłącznie zagadnienie możliwości kaznodziejskiego wykorzystania tych wydarzeń. Przede wszystkim interesuje go ich potencjał metaforyczny, przeniesienie biblijnej historii na grunt egzystencji tych ludzi, przed którymi stoi i którym ma pomóc rekolekcjami.

Takie przeniesienie jest oczywiście możliwe, jeśli zostaniemy na poziomie symbolu i psychoanalitycznych wzorów. Sęk w tym, że nie taka jest wiara Kościoła. Kościół nie wierzy w to – pozostanę przy przykładzie Szawła – że Szaweł wykonał pracę duchową, dokonał wglądu w siebie, zrozumiał swój los, pojął swoją niedolę i słabość, a potem zmienił sobie obraz Boga na taki, który tej słabości nie potępił, co dało Szawłowi wolność, co Szawła uczyniło Pawłem, lecz przecież Szaweł spotkał realnego Jezusa, usłyszał jego głos, dostał konkretne wskazówki, usłyszał konkretne pytanie i poradę. Miał doświadczenie, którego my nie mamy.

Ta wiara Kościoła, że droga do Damaszku nie była metaforą, ale fizycznym faktem, sprawia, że doświadczenie Szawła jest raczej trudne do przeniesienia na nasz grunt. Droga Szawła jest drogą Szawła, jego spotkanie z Jezusem jest niepowtarzalne, wierzący takiego spotkania mieć nie będą. Dla wierzących pozostaje Kościół i sakramenty, a nie olśnienia. I to rodzi swoistą przepaść między nami a Szawłem, Mojżeszem czy innymi bohaterami Biblii. I jakby się o. Szustak nie starał, jakby daleko nie poszedł w uniwersalizowaniu doświadczeń biblijnych, to tego problemu nie przeskoczy. Mojżesz może być dla niego niezwykle podobny do nas, ale jest to jednak człowiek, do którego Bóg przemówił w drzewie. To w gruncie rzeczy zrywa wszelkie podobieństwa.

Mam wrażenie, że dominikanin w ogóle tego nie zauważa. Jego kazania, homilie i rekolekcje to system, w którym pojawia się zadziwiająco duża liczba znaków równości pomiędzy światem bliblijnym a naszym. U o. Szustaka to, co spotyka bliblijnych ludzi, daje się sprowadzić do − możliwych w naszym świecie dzięki psychoanalizie, duszpasterstwu, różnym duchowym technikom poznawania siebie − zmian myślenia o sobie samym. Ojciec Szustak uczy swoich słuchaczy lepszego kontaktu z własnym wnętrzem, zmiany postrzegania Boga, zmiany perspektyw w modlitwie, a oni wierzą, że spotka ich dzięki temu przemiana typowa dla biblijnych postaci. Audytorium o. Szustaka chce myśleć, że rekolekcje u niego i ich owoce równają się usłyszeniu Bożego głosu w czasie drogi do Damaszku. A przecież się nie równają. Usłyszeć głos Boga na własne uszy a przejść jakąś drogę duchowego rozwoju to dwie zupełnie różne jakości.

Jest więc sporą zagadką filozoficzną i teologiczną, jak to możliwe, że Bóg wybiera tak skrajnie różne sposoby wpływu na świat. Jednym pokazuje wyraźne znaki nadprzyrodzone, mówi do nich wprost, a innym każe się domyślać swojego istnienia, zostawiając jakieś pośrednie, często mętne, nieweryfikowalne świadectwa. Z tego napięcia rodzi się pytanie, czy to wszystko jest w ogóle sensowne i spójne, czy w ogóle jest Bóg.

U o. Szustaka tej filozoficzno-teologicznej zagwozdki brakuje, jego kazania zdominowało psychologizowanie. Słuchacze zdają się tego nie zauważać. Nie stawiają krytycznych pytań, które filozofia i teologia podsuwają. Wierzą Szustakowi, że ich los, ich przemiana życiowa ma ten sam wymiar, co droga Mojżesza, Szawła czy innych biblijnych herosów. A tymczasem nie ma, co wyżej starałem się nakreślić, i umysł filozoficzny przeżywać tutaj musi spory dyskomfort.

Przyznam, że – czytając komentarze internautów albo rozmawiając z ludźmi o ojcu Szustaku – jestem bardzo zdziwiony, że w ogóle się nie orientują, że o. Szustak jest człowiekiem określonej metody. Że tę metodę – nazwijmy ją psychoanalizowaniem treści religijnych − można kwestionować, czynić jej zarzuty, a nawet obalać. W mniemaniu entuzjastów o. Szustak wygłasza sądy obiektywne, jak małe dzieci wierzą w te jego porównania i symbole, w to wywodzenie podobieństwa między obrazami biblijnymi a ich życiem. Nie widzą, że to tylko pewien paradygmat, że wystarczy paradygmat zmienić i cała metoda upada.

Ten paradygmat o. Szustaka łatwo rozbić pytaniem o zmartwychwstanie. Tutaj każde psychoanalityczne podejście do religii napotyka przeszkodę nie do sforsowania. Kościół wierzy, że Jezus wyszedł z grobu realnie i realnie się spotykał z uczniami. Widzieli go, słyszeli, a jeden nawet włożył ręce w jego rany. To dla wiary Kościoła fakt o znaczeniu historycznym. W tym miejscu mam pytanie do ojca Szustaka: czy on kiedykolwiek widział Zmartwychwstałego w taki sposób? Jeśli nie, to już nie wolno czynić mu prostych, psychologicznych analogii między doświadczeniem ówczesnych uczniów a doświadczeniem dzisiejszych wierzących. A może o. Szustak będzie próbował wykazywać, że zmartwychwstanie to tylko skomplikowana metafora zmian w ludzkim życiu? Że Chrystusowe przejście od śmierci do życia to tylko symbol transgresji?

Nie zadaję tych pytań dla czczego czepialstwa, nie chcę też ojca Szustaka – którego nota bene słucham z przyjemnością i wiem, że wielu ludziom realnie pomógł – stawiać pod ścianą, brać w ogień pytań i tropić jego ewentualne herezje. Chcę tylko – bardziej może jego fanom niż jemu samemu – pokazać, że pójście za o. Szustakiem jest wyłącznie pójściem za jakimś modelem prawdy. Modelem, który rodzi mnóstwo wątpliwości, mnóstwo filozoficznych pytań o tożsamość religijnego doświadczenia. Jeśli w kimś takich pytań nie rodzi, to znaczy, że zrobił sobie z ojca Szustaka bożka.

Tekstem Jarosława Dudycza rozpoczynamy dyskusję na temat metody głoszenia przyjętej przez o. Adama Szustaka. Poglądy autora nie reprezentują opinii redakcji. Artykuły kolejnych autorów ukażą się w najbliższych dniach. Dotychczas opublikowaliśmy: