widzimy
| 7 stycznia 2013 ]

Miłość z sekatorem w tle

To nie jest rzecz nowa. Lokal­na pra­sa żyła nią już w roku ubie­głym. Ktoś może uznać, że
temat jest prze­ter­mi­no­wa­ny. Zwra­cam jed­nak uwa­gę, że roz­miar tra­ge­dii wte­dy jesz­cze nie
był tak duży jak dziś. I to trze­ba odno­to­wać, do cze­go przy­stę­pu­ję z miło­snym drże­niem rąk.

Rzecz dzie­je się na kra­kow­skiej kład­ce Ber­nat­ka. Już kil­ka tygo­dni po cere­mo­nii otwar­cia prze­pra­wy łączą­cej dziel­ni­ce Kazi­mierz z Pod­gó­rzem na jej balu­stra­dzie poja­wi­ły się tajem­ni­cze kłód­ki. Wzo­rem innych tzw. mostów miło­ści kład­ka Ber­nat­ka, ku zasko­cze­niu prze­wa­ża­ją­cej czę­ści kra­ko­wian, oka­za­ła się mek­ką zako­cha­nych. Rzecz pole­ga na tym – tłu­ma­czę czy­tel­ni­kom bez roman­tycz­nej fan­ta­zji – że jak już się czło­wiek zako­cha, to o miłość dba i szu­ka jej umoc­nie­nia nie tyl­ko w spra­wach wewnętrz­nych; wpa­da więc na pomysł, że uczu­cie zamknie na kłód­kę, przy­pnie do mostu, a klu­czyk wrzu­ci do rwą­cej rze­ki.

Fot.: Bła­żej Strzel­czyk

Świec­ka tra­dy­cja nie tyl­ko przy­czy­ni­ła się do ocie­ple­nia wize­run­ku kład­ki nie­zbyt lubia­nej przez część miesz­kań­ców, ale rów­nież spo­wo­do­wa­ła oży­wie­nie gospo­dar­cze w Kra­ko­wie.
W mie­ście znacz­nie wzrósł popyt na kłód­ki, co było to dość nie­bez­piecz­nym zja­wi­skiem, bio­rąc pod uwa­gę licz­bę zako­cha­nych i prze­kła­da­jąc to na cię­żar zam­ka. Poja­wi­ły się oba­wy, że kład­ka runie pod tym bala­stem miło­ści. A jak jesz­cze taki ama­tor roman­ty­zmu, kłód­kę opa­tu­li żeliw­nym łań­cu­chem – to nie daj Bóg. Z Anglii przy­je­cha­li też gra­we­rzy, któ­rzy tu w Kra­ko­wie mają teraz pra­cy po pachy. Kłód­ki mają bowiem wyry­te imio­na zako­cha­nych. Rżną więc gra­we­rzy nie tyl­ko ini­cja­ły, ale i peł­ne imio­na kochan­ków – Gro­mo­sław i Her­me­ne­gil­da – dla przy­kła­du.

Od roku kłó­dek jed­nak uby­wa. Na balu­stra­dzie poja­wi­ły się dotkli­we wyrwy. Do gry
wkro­czy­li ślu­sa­rze. Zna­jo­my mówił, że widział takich dwóch z seka­to­rem. Jeden wska­zy­wał
odpo­wied­nie miej­sce, dru­gi ciął nie­przy­tom­nie. Z zapa­łem i nie­kry­tą satys­fak­cją.
Sytu­acja nie jest wca­le zabaw­na. No bo co, jak uczu­cie się odwi­dzi?! Tak podziu­ra­wio­na
kład­ka nie jest ład­na. Zwłasz­cza jeśli czło­wiek na dziu­ry patrzy z upo­rczy­wą świa­do­mo­ścią
dra­ma­tu czy­je­goś roz­sta­nia. Bar­dziej zde­ter­mi­no­wa­ni eks­mi­ło­śni­cy mogą nawet wska­ki­wać do rze­ki, szu­ka­jąc wła­ści­we­go klu­czy­ka, do cze­go jed­nak nie nama­wiam, z uwa­gi na chłód tam panu­ją­cy, a i syf nie mniej­szy…

Spra­wa jest więc bez wyj­ścia. Dziu­ry są coraz więk­sze. Miło­ści coraz mniej. Z dnia na dzień
miłość mar­nie­je. Moc uczu­cia słab­nie… Pozo­sta­wiam to bez poin­ty. Piszę ku roz­wa­dze.