widzimy
| 19 grudnia 2012 ]

Mistagogia, głupcze!

Cove­ry mają to do sie­bie, że ode­gra­ne dosłow­nie sta­ją się nija­kie i nud­ne. Śmiesz­nie zaczy­na się nato­miast robić, gdy odtwór­ca, korzy­sta­jąc z dobro­dziej­stwa popu­lar­no­ści utwo­ru, pod­kła­da pod nie­go nową treść. Numer ten mógł bawić w wyko­na­niu Ztvor­ków i ich inter­pre­ta­cji „Beat it” Micha­ela Jack­so­na, jed­nak gdy doty­ka­my tak deli­kat­nej mate­rii jak wia­ra, war­to zasta­no­wić się, czy gra­ni­ca mię­dzy faj­ną zaba­wą a kary­ka­tu­rą nie zosta­ła dale­ko za nami.

Rzuć­my naj­pierw okiem na ostat­ni hit inter­ne­tów:


I na krą­żą­cą po kato­sie­ci odpo­wiedź fran­cu­skiej mło­dzie­ży z Che­min Neuf:

To dobry przy­kład na to, jak łatwo pomy­lić poka­zy­wa­nie faj­nej i rado­snej twa­rzy Kościo­ła z kiczem i bez­myśl­nym sza­fo­wa­niem gesta­mi oraz sym­bo­la­mi waż­ny­mi dla chrze­ści­jań­skiej toż­sa­mo­ści. Odno­szę wra­że­nie, że twór­cy tele­dy­sku – zapew­ne peł­ni jak naj­lep­szych inten­cji – chcąc przed­sta­wić radość pły­ną­cą z życia z Bogiem, zin­stru­men­ta­li­zo­wa­li tego życia fun­da­men­ty czy wyda­rze­nia do nie­go pro­wa­dzą­ce. Jak bowiem ina­czej rozu­mieć zaba­wę w chrzest w fon­tan­nie, bez­tro­skie powta­rza­nie zna­ku krzy­ża albo rybę mówią­cą „amen”? Nie sądzę, by uspra­wie­dli­wić moż­na to było chę­cią odcza­ro­wa­nia w oczach nie­wie­rzą­cych kato­lic­kich rytów czy spo­so­bu życia.

Zresz­tą mam wra­że­nie, że powyż­szy tele­dysk sta­je się mimo­wol­nie czę­ścią zja­wi­ska zadzi­wia­ją­co czę­sto wystę­pu­ją­ce­go w trak­cie homi­lii albo oko­licz­no­ścio­wych nabo­żeństw – moje doświad­cze­nie pod­po­wia­da mi, że ile­kroć kazno­dzie­ja ilu­stru­je kaza­nie aneg­do­tą, tyle razy wycho­dzi poboż­ny acz bole­sny dla uzę­bie­nia suchar (Dywiz chęt­nie przyj­mie przy­kła­dy uda­nych żar­tów homi­le­tycz­nych, ku pokrze­pie­niu serc). To samo tyczy się mło­dzie­żo­wych, czę­sto­kroć teatral­nych lub mul­ti­me­dial­nych, insce­ni­za­cji nabo­żeń­stwa Dro­gi Krzy­żo­wej. Potę­ga dosłow­no­ści nie­raz spra­wia, że zamiast inspi­ru­ją­cej aktu­ali­za­cji wiel­ko­post­nych tre­ści uczest­nik otrzy­mu­je por­cję słusz­nych bana­łów, któ­re już nie pro­wo­ku­ją do nawró­ce­nia, a raczej śmie­szą. Ten sam pro­blem może­my zaob­ser­wo­wać w trak­cie poboż­nej adwen­to­wej akty­wi­za­cji, o któ­rej pisa­ła nie­daw­no Ewa Kara­bin.

Za każ­dym razem, gdy zde­rzam się z tego rodza­ju ini­cja­ty­wa­mi, zasta­na­wiam się, czy nie łatwiej i sku­tecz­niej jest wyja­śniać zna­ki, wpro­wa­dzać pro­stym – nie pro­stac­kim! – języ­kiem w tajem­ni­cę wia­ry i życia według Boga, się­ga­jąc cho­ciaż­by do skarb­ca Ojców Kościo­ła, obja­śniać Sło­wo i potrak­to­wać odbior­ców serio, nie pro­po­nu­jąc im odgrze­wa­nych kotle­tów w posta­ci prze­ró­bek tele­dy­sków i litur­gicz­nych kółek teatral­nych. Takie trak­to­wa­nie zain­te­re­so­wa­ne­go serio nazy­wa­ne jest w tra­dy­cji Kościo­ła mista­go­gią, czy­li wej­ściem we wspól­no­cie Kościo­ła w życie Chry­stu­sa, w życie chrze­ści­jań­skie, któ­re­go fun­da­men­ta­mi są wyda­rze­nia i zna­ki, takie jak chrzest, modli­twa, wspól­no­ta, litur­gia - te same zna­ki i wyda­rze­nia, któ­ry­mi zaba­wi­li się fran­cu­scy twór­cy cove­ru Gan­gnam Sty­le. Jestem pewien, że pro­po­zy­cja wej­ścia w głę­bię życia chrze­ści­jań­skie­go, przed­sta­wio­na poważ­nie, bez zbęd­nej egzal­ta­cji, ale i oczysz­czo­na z fast­fo­odo­wej for­my, jest o wie­le atrak­cyj­niej­sza od naj­bar­dziej pomy­sło­wych i rzut­kich prze­two­rzeń popkul­tu­ry, zbęd­ne wte­dy wyda­je się wymy­śla­nie coraz to bły­sko­tliw­szych akcji mar­ke­tin­go­wych czy gło­śnych even­tów. Mam wra­że­nie, że nie tyl­ko ja chciał­bym zostać w mojej ducho­wej wędrów­ce potrak­to­wa­ny poważ­nie i nie jestem jedy­nym, któ­ry z kolej­nej wspól­nej cele­bra­cji wycho­dzi zawie­dzio­ny, że zamiast Chry­stu­sa gło­szo­no mu talen­ty para­fial­nej mło­dzie­ży.

Co cie­ka­we wzór dobrej prak­ty­ki idzie z nasze­go podwór­ka. Artur Olędz­ki na swo­im blo­gu poza​ma​tri​xem​.pl wyli­cza naj­now­sze przy­kła­dy ewan­ge­li­za­cji bez obcia­chu, korzy­sta­ją­cej z dobro­dziejstw nowych tech­no­lo­gii, lecz nie efek­ciar­skiej. Mnie naj­bar­dziej prze­ko­nu­je pro­sty i źró­dło­wy pomysł domi­ni­ka­nów, by w trak­cie Adwen­tu codzien­nie czy­tać jeden roz­dział Ewan­ge­lii Łuka­sza, opa­trzo­nej komen­ta­rza­mi biblij­ny­mi i oso­bi­sty­mi roz­wa­ża­nia­mi. Mista­go­gia, głup­cze!