myslimy
| 15 maja 2013 ]

Modlitwa Jezusowa – medytacja Obecności

Przeżuwać Imię - cykl o medytacji chrześcijańskiej (1)

Poboż­no­ści chrze­ści­jań­skiej pozba­wio­nej medy­ta­cji gro­zi powierz­chow­ność. Bene­dykt XVI jako kard. Joseph Rat­zin­ger w liście „O nie­któ­rych aspek­tach medy­ta­cji chrze­ści­jań­skiej” pisał, że „dzi­siaj wie­lu chrze­ści­jan gorą­co pra­gnie nauczyć się auten­tycz­nej i pogłę­bio­nej modli­twy, cho­ciaż współ­cze­sna kul­tu­ra ogrom­nie utrud­nia zaspo­ko­je­nie odczu­wa­nej przez nich potrze­by ciszy, sku­pie­nia i medy­ta­cji”1.

Medy­ta­cja jest sztu­ką wsłu­cha­nia się poprzez wła­sne wnę­trze w całą rze­czy­wi­stość, któ­rej nie mogę ogar­nąć za pomo­cą zwy­czaj­nej per­cep­cji zmy­słów i rozu­mu. Kate­chizm Kościo­ła Kato­lic­kie­go uczy, że w tego rodza­ju modli­twie „sło­wa nie mają cha­rak­te­ru dys­kur­syw­ne­go, lecz są niczym iskry, któ­re zapa­la­ją ogień miło­ści” (KKK 2717). Medy­ta­cji chrze­ści­jań­skiej nie moż­na zre­du­ko­wać, jak to się sta­ło w cza­sach nowo­żyt­nych, wyłącz­nie do roz­my­śla­nia. Ten reduk­cjo­nizm spo­wo­do­wał ogra­ni­cze­nie medy­ta­cji głów­nie do pra­cy umy­słu, po maco­sze­mu trak­tu­jąc zaan­ga­żo­wa­nie tak­że cia­ła, odde­chu, co dla sta­ro­żyt­nych było czymś oczy­wi­stym. Dzi­siaj, gdy roz­my­śla­my nad jaki­miś praw­da­mi wia­ry, nad Sło­wem Bożym, to bar­dzo czę­sto ogra­ni­cza­my się do „prze­my­śli­wa­nia” sło­wa i szu­ka­my rozu­mo­wo jego zna­cze­nia. Świa­do­mie lub nie, jako „dzie­ci Oświe­ce­nia”, jeste­śmy prze­ko­na­ni, że im wię­cej rze­czy jeste­śmy w sta­nie wymy­ślić i zro­zu­mieć pod­czas nasze­go czy­ta­nia, tym jest ono lep­sze. To tak, jak­by­śmy naiw­nie wie­rzy­li, że nasze zro­zu­mie­nie rze­czy­wi­sto­ści dopie­ro nada­je jej ist­nie­nie.

Dla Ojców Pusty­ni czy­ta­nie ducho­we było raczej prze­by­wa­niem ze Sło­wem Bożym, prze­żu­wa­niem Sło­wa, a nie tyl­ko roz­my­śla­niem o nim. To nie tyle czło­wiek wie­rzą­cy rozu­mie Sło­wo, ile to Ono nas rozu­mie, przyj­mu­je i stwa­rza: „Na począt­ku było Sło­wo, a Sło­wo było u Boga, i Bogiem było Sło­wo. Ono było na począt­ku u Boga. Wszyst­ko przez Nie się sta­ło, a bez Nie­go nic się nie sta­ło, co się sta­ło” (J 1,1 – 3). Dla­te­go sta­ro­żyt­ni chrze­ści­ja­nie uczy­li się wie­lu frag­men­tów Pisma Świę­te­go na pamięć i je powta­rza­li. Powta­rza­jąc, pozwa­la­li Sło­wu zamiesz­kać we wnę­trzu ich samych. Nasią­ka­li Sło­wem jak gąb­ka nasią­ka wodą. Medy­ta­cja jest więc cza­sem stwa­rza­nia nas. SŁOWO, KTÓRE JEST wydo­by­wa nas z nico­ści, bo sami z sie­bie nie jeste­śmy. Św. Paweł pisze: „Kto uwa­ża, że jest czymś, gdy jest niczym, ten zwo­dzi same­go sie­bie” (Gal 6,3). Każ­de stwo­rze­nie jest zanu­rzo­ne w nico­ści. Uczy­nio­ne z nico­ści, dąży sta­le do nico­ści i przez grzech zamie­nia się w nicość, stąd sły­szy­my w Ewan­ge­lii: „[…] beze Mnie nic nie może­cie uczy­nić” (J 15,5).

W tym wła­śnie „miej­scu” spo­tkać się może bud­dyj­skie rozu­mie­nie medy­ta­cji, pro­wa­dzą­cej do ogo­ło­ce­nia, „nie bycia” i har­mo­nij­ne­go roz­pły­nię­cia się w Abso­lu­cie, z chrze­ści­jań­skim prze­świad­cze­niem, że o wła­snych siłach czło­wiek dotknąć może wyłącz­nie pust­ki. Jed­no­cze­śnie jest to moment, w któ­rym medy­ta­cja chrze­ści­jań­ska każe nam zro­bić skok w to, co napraw­dę JEST. Nie może się to jed­nak doko­nać przez zwy­kłe rozu­mo­wa­nie, roz­my­śla­nie, ale wyłącz­nie przez Obec­ność, wej­ście w Nią, przy­ję­cie Jej.

Medy­ta­cja w sta­ro­żyt­nym chrze­ści­jań­stwie wyra­sta­ła z żydow­skie­go korze­nia – doświad­cze­nia zasłu­chi­wa­nia się całym sobą w Obec­ność Boga: „Słu­chaj, Izra­elu, Pan jest naszym Bogiem – Panem jedy­nym. Będziesz miło­wał Pana, Boga two­je­go, z całe­go swe­go ser­ca, z całej duszy swo­jej, ze wszyst­kich swych sił. Niech pozo­sta­ną w twym ser­cu te sło­wa, któ­re ja ci dziś naka­zu­ję” (Pwt 6,5 – 6). Bóg Izra­elo­wi obja­wił swo­je Imię, któ­re nie tyle przy­no­si zro­zu­mie­nie Boga, ile bar­dziej ozna­cza zapro­sze­nie do trwa­nia w Obec­no­ści. Pozna­nie Imie­nia Boże­go owo­cu­je wej­ściem w rela­cję wspól­no­ty z Bogiem. JHWH – JA JESTEM wyra­ża bli­skość Boga i Jego tro­skę o ludzi. To wła­śnie to oso­bo­we doświad­cze­nie Boga osta­tecz­nie prze­kra­cza „nie bycie” czło­wie­ka. Gdy Adam z powo­du grze­chu (nico­ści) ukry­wa się, Bóg pyta z tro­ską: „gdzie jesteś?” (Rdz 3,9). Czło­wie­ka zasad­ni­czo nie ma. My tyl­ko bywa­my. Trwa­nie w Bogu jest dro­gą do uzdro­wie­nia życia jako trwa­łej obec­no­ści: „Przez wzgląd na Two­je imię nie opusz­czaj nas na zawsze i nie zry­waj swe­go przy­mie­rza; Wybaw nas przez swo­je cuda, Panie, i przy­wróć chwa­łę swo­je­mu imie­niu; Bło­go­sła­wio­ny jesteś Panie, Boże naszych ojców, uwiel­bio­ny i wywyż­szo­ny na wie­ki” (Dn 3,34 – 43; 52).

Obja­wia­ją­cy się Bóg zapra­sza do trwa­nia w nim, do medy­to­wa­nia całym sobą Boże­go Imie­nia JA JESTEM: całym swo­im ist­nie­niem, przez całe swo­je życie, w każ­dej jego chwi­li. Znać Imię Boga to wszyst­ko prze­ży­wać jako prze­nik­nię­te Bożym Ist­nie­niem. PAN rzekł do Moj­że­sza: „Wyjdź na górę i pozo­stań tam” (Wj 24,12a). Rabin Mena­chem Men­del Mor­gen­stern z Koc­ka, komen­tu­jąc ten frag­ment, zapy­tał: „Sko­ro Bóg kazał Moj­że­szo­wi wyjść na górę, to dla­cze­go powie­dział też «pozo­stań tam»? Gdzie indziej miał­by być?”. Rabin odpo­wia­da, że Bóg nie tyl­ko chciał, aby Moj­żesz był na górze, lecz aby natę­żył uwa­gę, by był w peł­ni obec­ny2. Prze­by­wa­nie w obec­no­ści Boga, któ­ry nazy­wa sie­bie JA JESTEM, jest gwa­ran­tem nasze­go trwa­nia. Arthur Gre­ek, współ­cze­sny mistyk żydow­ski, pisze, że tetra­gram JHWH jest „zatrzy­ma­nym w ruchu cza­sow­ni­kiem” i ozna­cza Tego, któ­ry był, któ­ry jest i któ­ry będzie3.

Z cza­sem, gdy mono­te­izm się utrwa­lił, Żydzi zaczę­li lękać się uży­wa­nia Imie­nia Boga. Jeden z mędr­ców żydow­skich, Abba Saul, wręcz ostrze­gał przed wypo­wia­da­niem nie­wy­sło­wio­ne­go Imie­nia Boże­go, aby nie skoń­czy­ło się to utra­tą życia wiecz­ne­go. Świę­te Imię Boga wyma­wia­no jedy­nie raz w roku, w świę­to Jom Kip­pur, czy­li w Dzień Pojed­na­nia. Modlą­cy się Żyd miał przejść od Imie­nia Boga na ustach do Imie­nia Boga wyra­ża­ją­ce­go się wier­nym trwa­niem w obec­no­ści. W Pie­śni Aza­ria­sza trzej mło­dzień­cy modlą się o wyba­wie­nie: „przez wzgląd na Two­je imię nie opusz­czaj nas na zawsze” (Dn 3,34).

War­to zwró­cić uwa­gę na poję­cie kidusz ha-Szem. Hebraj­skie sło­wo kidusz pocho­dzi od sło­wa k-d-sz – „świę­ty”, podob­nie jak sło­wo „poświę­ce­nie” w wie­lu języ­kach pocho­dzi od sło­wa „świę­ty”. Ha-Szem to Imię Boga, Kidusz ha-Szem ozna­cza więc ‘uświę­ce­nie Imie­nia Boga’. Tal­mud, żydow­ski komen­tarz do Tory, uczy, że „lepiej, gdy­by jed­na lite­ra zosta­ła wyma­za­na z Tory, niż­by Imię Pań­skie mia­ło być publicz­nie pro­fa­no­wa­ne” (Jewa­mot 79 a). Jest to komen­tarz do Księ­gi Kapłań­skiej: „Nie będzie­cie bez­cze­ścić [pro­fa­no­wać – chi­lul ha-Szem – przyp. M.B.] świę­te­go imie­nia moje­go, abym był uświę­co­ny pośród synów izra­el­skich; Jam jest Pan, któ­ry was uświę­cam” (22,32). Żydzi wole­li poświę­cić swo­je życie, niż spro­fa­no­wać Boże Imię. W juda­izmie, poję­cie kidusz ha-Szem odwo­ły­wa­ło się do męczeń­stwa za spra­wę żydow­ską4. To dopie­ro w peł­ni wyra­ża­ło przy­ka­za­nie: „Słu­chaj, Izra­elu [medy­tuj – przyp. M.B.], Pan jest naszym Bogiem – Panem jedy­nym. Będziesz miło­wał Pana, Boga two­je­go, z całe­go swe­go ser­ca, z całej duszy swo­jej, ze wszyst­kich swych sił. Niech pozo­sta­ną w twym ser­cu te sło­wa, któ­re ja ci dziś naka­zu­ję” (Pwt 6,4 – 6).

Medy­ta­cja ser­cem (rozu­mia­nym nie jako ośro­dek uczuć, ale ist­nie­nia) pro­wa­dzi do przy­lgnię­cia i zespo­le­nia się z JHWH – JA JESTEM, ale bez zatra­ce­nia swo­jej oso­bo­wo­ści i roz­pły­nię­cia się w Bogu. Cha­sydz­ki Rab­bi Izra­el ben Elie­zer (Baal Szem Tow, 1700 – 1760) uczył: „Mówi­my «Bóg Abra­ha­ma, Bóg Iza­aka i Bóg Jaku­ba», a nie «Bóg Abra­ha­ma, Iza­aka i Jaku­ba», bo Iza­ak i Jakub nie opie­ra­li się na pozna­niu i posłu­dze Abra­ha­ma, lecz każ­dy z nich sam pozna­wał jedy­ne­go Stwór­cę i posłu­gi­wa­nie”.5 Bli­sko­ści szu­kać nale­ża­ło przez micwot (wła­ści­we uczyn­ki), ale tak­że przez modli­twę – medy­ta­cję, dzię­ki któ­rej wyznaw­ca „przy­le­ga” do JHWH i z Nim „cha­dza”.

Medy­ta­cja Obec­no­ści Boga osią­ga swo­ją peł­nię w chrze­ści­jań­stwie. Przez Chry­stu­sa, któ­ry uczy swo­ich uczniów modli­twy proś­by, aby uświę­ci­ło się Imię Boga-Ojca, wie­rzą­cy otrzy­mu­je przy­stęp do Ojca i łaskę peł­ne­go zamiesz­ka­nia w Obec­no­ści Bożej. Przez medy­ta­cję Imie­nia Jezus docho­dzi się do naj­głęb­sze­go pozna­nia Imie­nia Boga JHWH, któ­ry jest Miło­ścią. Kto modli się z Jezu­sem, w Jezu­sie i przez Jezu­sa uwiel­bia Imię Ojca (J 12,28; por. J 17,11), może dostą­pić uczest­nic­twa w rela­cjach i naj­in­tym­niej­szych poru­sze­niach Osób Trój­cy Świę­tej: „Podob­nie jak Ty, Ojcze, we Mnie, a Ja w Tobie, tak i oni niech będą w nas” (J 17,21).

JEZUS (hbr. Jeho­szua) zna­czy „JHWH zba­wia, uwal­nia” (por. Mt 1,21). W Ewan­ge­lii św. Jana Jezus daje do zro­zu­mie­nia, że On sam jest JHWH – TYM, KTÓRY JEST (por. J 8,28) i pro­si: „aby­ście uwie­rzy­li, że JA JESTEM” (J 13,19). Imię Jezus zawie­ra w swej tre­ści to, co sta­no­wi osta­tecz­ną zapo­wiedź i ocze­ki­wa­nie Pierw­sze­go Przy­mie­rza: peł­ną jed­ność mię­dzy Bogiem i czło­wie­kiem. Mocą tego Imie­nia, w któ­rym wszy­scy będą mogli pokła­dać nadzie­ję (por. Mt 12,21), zosta­ną odpusz­czo­ne grze­chy jest Ono gwa­ran­tem wiecz­ne­go szczę­ścia dla każ­de­go, kto Mu zaufał i zosta­wił wszyst­ko (por. Mt 19,29). Temu Imie­niu nale­ży się chwa­ła całe­go stwo­rze­nia, dla­te­go wszy­scy powin­ni „wyznać, że Jezus Chry­stus jest PANEM ku chwa­le Boga Ojca” (por. Flp 2,9 – 11). Zmar­twych­wsta­ły Jezus sta­no­wi cen­trum życia pier­wot­ne­go Kościo­ła, dla­te­go apo­sto­ło­wie gło­szą w Jego Imię i dla Jego Imie­nia cier­pią (Dz 5,40n). Jest to Imię bli­skie każ­de­mu, moż­na Je wyma­wiać z miło­ści, bez lęku, w nie­skoń­czo­ność, albo­wiem zasło­na nie­po­zna­wal­no­ści zosta­ła usu­nię­ta.

Wezwa­nia św. Paw­ła, aby się modlić nie­ustan­nie, chrze­ści­ja­nie odczy­ta­li jako zapro­sze­nie do trwa­nia w Imie­niu Bożym. To trwa­nie, nawią­zu­jąc np. do ewan­ge­licz­nych słów cel­ni­ka: „O Boże, miej litość dla mnie grzesz­ni­ka” (Łk 18,13) czy woła­nia śle­pe­go żebra­ka spod Jery­cha: „Jezu­sie, Synu Dawi­da, uli­tuj się nade mną” (Mk 10,47) stop­nio­wo przy­bie­ra­ło kształt Modli­twy Jezu­so­wej: „Panie Jezu Chry­ste, Synu Boży, zmi­łuj się nade mną grzesz­ni­kiem” lub „Panie Jezu Chry­ste, zmi­łuj się nade mną” – for­muł było wie­le. Z powta­rza­ne­go „Pozdro­wie­nia Aniel­skie­go”: „Zdro­waś Mary­jo, Peł­na łaski, Pan z Tobą…” na Zacho­dzie zro­dzi­ła się inna prak­ty­ka medy­ta­cyj­na – róża­niec. Na chrze­ści­jań­skim Wscho­dzie jed­nak w bar­dzo krót­kim cza­sie to wła­śnie for­mu­ła Modli­twy Jezu­so­wej zdo­by­ła naj­więk­szą popu­lar­ność.

Św. Jan Kasjan, mnich żyją­cy w IV wie­ku, spę­dził wie­le lat w pustel­niach Egip­tu i od Ojców Pusty­ni prze­jął tra­dy­cję modli­twy mono­lo­gicz­nej – „modli­twy jed­ne­go sło­wa”, by ją póź­niej prze­ka­zać mni­chom Zacho­du. Pisze on o medy­ta­cji: „Niech dusza nie­ustan­nie trzy­ma się bar­dzo krót­kiej for­mu­ły, aż wzmoc­nio­na nie­prze­rwa­nym i cią­głym jej medy­to­wa­niem, porzu­ci boga­te i roz­le­głe myśli i zgo­dzi się na ubó­stwo, ogra­ni­cza­jąc się do jed­ne­go wer­se­tu […]. W ten spo­sób nasza dusza doj­dzie do modli­twy bez ska­zy, gdzie umysł nie zaj­mu­je się już posta­cia­mi wyobraź­ni, nie wyma­wia nawet gło­śno słów, nie zatrzy­mu­je się nad sen­sem wyra­zów, lecz gdzie ser­ce pło­nie ogniem, peł­ne jest nie­wy­sło­wio­ne­go zachwy­tu, a w duchu panu­je nie­na­sy­co­ne pra­gnie­nie”6.

Pra­wo­sław­ny mnich, o. Dezy­de­riusz, uczy: „Przede wszyst­kim trze­ba potwier­dzić tę cał­ko­wi­cie nie­wy­tłu­ma­czal­ną tajem­ni­cę, że w imie­niu Bożym trwa sam Bóg, z całą swo­ją Isto­tą, i wszyst­ki­mi swo­imi nie­skoń­czo­ny­mi wła­ści­wo­ścia­mi. Oczy­wi­ście nale­ży to rozu­mieć ducho­wo – przez oświe­co­ne ser­ce, a nie przez cie­le­sny rozum, któ­ry bez­praw­nie wdzie­ra­jąc się do sfe­ry ducho­wej, pró­bu­je cie­le­śnie poj­mo­wać rze­czy ducho­we, a nie mogąc tego zro­bić, odrzu­ca je”. Otóż pod­czas powta­rza­nia Imie­nia Jezus sam Chry­stus sta­je się ducho­wo obec­ny w ser­cu modlą­ce­go. Sam Bóg przez owe Imię zstę­pu­je do czło­wie­ka i obej­mu­je go. Przy­zy­wa­nie Imie­nia Jezus przy­wo­łu­je i wywo­łu­je obec­ność Boga w ser­cu i jak mawiał pewien wschod­ni mnich, „Imię Jezu­sa sta­je się rodza­jem klu­cza, któ­ry otwie­ra świat”7.

Nie­ustan­nie powta­rza­na Modli­twa Jezu­so­wa jest moż­li­wa do odma­wia­nia „w każ­dym cza­sie, ponie­waż nie jest czyn­no­ścią obok jakiejś innej, ale czyn­no­ścią jedy­ną, mia­no­wi­cie miło­wa­niem Boga, któ­ry oży­wia i prze­mie­nia wszel­kie dzia­ła­nie w Chry­stu­sie Jezu­sie” (KKK 2668). Medy­ta­cja Imie­nia Jezus jest dla nas niczym filtr: oczysz­cza i uświę­ca myśli, sło­wa i uczyn­ki, aby były zgod­ne z Boską rze­czy­wi­sto­ścią sym­bo­li­zo­wa­ną przez to Imię. Sta­je się dla chrze­ści­ja­ni­na for­mą ducho­we­go oddy­cha­nia, któ­re prze­mie­nia nas i pro­wa­dzi do zjed­no­cze­nia nasze­go roz­dwo­jo­ne­go ja, któ­re roz­po­star­te jest pomię­dzy „nie­ist­nie­niem” w sobie samym a „ist­nie­niem” dzię­ki zamiesz­ka­niu w Bogu. Odnaj­du­je­my swo­ją praw­dzi­wą natu­rę – „prze­cho­dzi­my od Jezu­sa przed oczy­ma do Jezu­sa w ser­cu i zysku­je­my nowe imię, sta­jąc się tyl­ko Imie­niem Jezu­sa – przy­twier­dzo­nym do wła­sne­go oddy­cha­nia”8.

Medy­ta­cja daje nam oddech – tchnie w nas życie: „Przy­sze­dłem, aby­ście mie­li życie, i mie­li je w obfi­to­ści” (J 10,10). Na Krzy­żu Jezus wyzio­nął ducha, aby w nas tchnąć Życie z Ducha. Św. Jan Kli­mak nauczał: „Niech wspo­mnie­nie Jezu­sa złą­czy się z każ­dym two­im odde­chem”. Gdy więc medy­tu­je­my, się­ga­jąc do modli­twy Jezu­so­wej, uczy­my się brać oddech Jezu­sa: „Panie Jezu Chry­ste, Synu Boży”, aby doświad­czyć w Bogu, że „jestem”; jed­no­cze­śnie wydy­cha­my zło: „zmi­łuj się nade mną grzesz­nym”, aby doświad­czyć wyzwo­le­nia z nico­ści i tego, że przez brak Boga i grzech „nie jestem”.

Tak przy­zy­wa­nie i trwa­nie w Imie­niu Jezus pro­wa­dzi wie­rzą­ce­go do rze­czy­wi­sto­ści, któ­rą pra­wie 40 lat temu pró­bo­wał nazwać o. Joachim Bade­ni OP: „do Obec­no­ści, któ­ra będzie mia­ła cechy ogro­mu, Peł­ni – nie­wy­ra­żal­nej, wyzwa­la­ją­cej świa­tło­ści, nie­okre­ślo­nej, ale zara­zem nie­skoń­cze­nie oso­bi­stej, nawet w zwy­kłych ludz­kich dro­bia­zgach sza­rej codzien­no­ści. Wszę­dzie, zawsze będzie to jed­nak Ktoś – Oso­ba, nie stan psy­cho­lo­gicz­ny. Spo­tka­nie, a nie bez­oso­bo­we trwa­nie, mil­cze­nie, ale w dia­lo­gu osób nie­wy­ra­żal­nych. Będzie to nie gest prze­ka­za­nia sta­nu oświe­ce­nia, tajem­ni­cze­go i jedy­nie rze­czy­wi­ste­go „dna” wszech­rze­czy – ale Dar Oso­by, prze­ka­za­nej tchnie­niem, powie­wem miło­ści prze­kształ­ca­ją­cej natchnio­ne­go tym Darem w kolej­ny dar”9.

1 Por. http://​www​.opo​ka​.org​.pl/​b​i​b​l​i​o​t​e​k​a​/​W​/​W​R​/​k​o​n​g​r​e​g​a​c​j​e​/​k​d​w​i​a​r​y​/​z​b​i​o​r​/​t​_​2​_​2​4​.​h​tml.
2 Por. Law­ran­ce Kush­ner, „Ducho­wość żydow­ska”, Poznań 2002, s. 24.
3 Krzysz­tof Dorosz, „Tajem­ni­ca imie­nia”, „Jed­no­ta” 2008, nr 11 – 12.
4 P. Paziń­ski, „Kidusz Haszem i Kidusz Hacham”, w: „Midrasz”, kwie­cień 2003; D. Men­dels­sohn, „Zagu­bie­ni”, przeł. P. Szy­mon, Woło­wiec 2008, s. 217.
5 M. Buber, „Opo­wie­ści cha­sy­dów”, Poznań 1989, s. 88.
6 Jan Kasjan, „Roz­mo­wy z Ojca­mi”, „Źró­dła mona­stycz­ne” 28, wyd. Tyniec, Kra­ków 2002, s. 437 i 440.
7 Cyt. za: J. Lafran­ce, „Modli­twa ser­ca”, Kra­ków 1997, s. 92.
8 P. Evdo­ki­mov, „Wie­ki życia ducho­we­go”, Znak 1996, s. 198.
9 Joachim Bade­ni OP, „Wie­dzą­cy mil­czą”, w: „W Dro­dze” 1974, nr 1 (5), s. 57-60.

W cyklu „Przeżuwać Imię” ukazały się także teksty: