widzimy
| 10 lipca 2012 ]

Ekstaza w filiżance

O turec­kiej kawie sły­sza­łam legen­dy. Że ten smak nie da się porów­nać z żad­nym innym kofe­ino­wym napo­jem. Że moc w nim drze­mią­ca natych­miast sta­wia na nogi stru­dzo­nych wędrow­ców. Że jego kon­sy­sten­cja jest kre­mo­wa i jedwa­bi­sta, aż słów brak­nie w języ­ku ojczy­stym, aby to ade­kwat­nie opi­sać. To wszyst­ko nie­praw­da. W rze­czy­wi­sto­ści jest o nie­bo lepiej.

Na począ­tek pyta­nie: gdzie moż­na napić się porząd­nej turec­kiej kawy? Wie­trzy­cie pod­stęp? Słusz­nie! Co praw­da naj­bar­dziej oczy­wi­sta odpo­wiedź brzmi: „w Tur­cji”, ale życie uczy, że 2+2 nie zawsze rów­na się 4. Tur­cy wolą raczej swo­ją bar­dzo moc­ną i bar­dzo słod­ką her­ba­tę, któ­rą piją wszę­dzie i cią­gle z malut­kich szkla­nek w kształ­cie tuli­pa­na. W kawiar­niach, w któ­rych upar­cie dopy­ty­wa­łam się o „tur­kish cof­fee”, sły­sza­łam nie­odmien­nie „Cof­fee? Yes! Nesca­fé”. Nie rozu­mia­łam tego sta­nu rze­czy dopó­ki jakiś uczyn­ny auto­chton nie wyja­śnił mi, że w turec­kich kawiar­niach coraz rza­dziej poda­je się kawę po turec­ku, ponie­waż tury­ści jej nie lubią i sta­le żąda­ją kawy roz­pusz­czal­nej! No cóż, kolej­na z rze­czy na zie­mi, o któ­rej się nie śni­ło naszym filo­zo­fom…

Swo­ją pierw­szą praw­dzi­wą turec­ką kawę wypi­łam po wie­lu dniach poszu­ki­wań w Pamuk­ka­le, w sta­rym oto­mań­skim domu prze­ro­bio­nym na rodzin­ny pen­sjo­nat. Uczyn­ny gospo­darz podał mi ją wraz ze szklan­ką wody i domo­wym cia­stem, a ja dostą­pi­łam raju. Napój ser­wo­wa­ny w malut­kich fili­żan­kach przy­po­mi­na odro­bi­nę w kon­sy­sten­cji dobrą cze­ko­la­dę – jest gęsty, zawie­si­sty, kre­mo­wy. W sma­ku jest gład­ki, ale bar­dzo zde­cy­do­wa­ny. Dia­bel­sko moc­na sło­dycz zabar­wio­na na fini­szu ostrą nutą. Do tego docho­dzi deli­kat­na, pucho­wa pian­ka. Picie takiej kawy jest dozna­niem eks­ta­tycz­nym, któ­re odsu­wa w cień tak nie­istot­ne spra­wy jak nie­ziem­ski upał i obo­la­łe ramio­na.

W cza­sie moich turec­kich waka­cji taką kawę uda­ło mi się wypić jesz­cze tyl­ko raz, w małej knajp­ce w Izmi­rze (daw­nej Smyr­nie). Infor­ma­cja dla tych, któ­rzy spę­dza­ją waka­cje w zachod­niej Tur­cji – obiekt poszu­ki­wań wyglą­da tak: