lokum
| 25 lipca 2013 ]

Nasza mała Ameryka

Jeśli wasze dzieciństwo i nastoletni okres burzy i naporu przypadał na lata dziewięćdziesiąte, pamiętacie zapewne powszechne wówczas na ulicach polskich miast budy, w których królowały zapiekanki, tosty i hamburgery. Zwłaszcza te ostatnie jako symbol otwarcia na świat i krążącej tu i ówdzie amerykanizacji były szczególnie uważane. W solidnej, nierzadko czerstwawej bułce kryła się niby-wołowina, której kartonowy smak zamaskować miała obfitość keczupu i musztardy, rzucająca konsumentowi wyzwanie schludnej degustacji. Smaku „hamburgiera” z budy stojącej przy domu towarowym na warszawskiej Woli nie da się zapomnieć. Pozostanie czule w pamięci jak pierwsze zakochanie – niedoskonałe, nieporadne, niepowtarzalne. Ten cud ówczesnej gastronomii stanie się już na zawsze „hamburgerem z Sèvres”.

Z radością obserwuję, że w Mieście Stołecznym panuje od pewnego czasu nowa moda kulinarna – slowfoodowe burgery. To oczywiście kolejna emanacja hipsterskiej aktywności – tym razem zamiast ekowarzyw i fairtrade’owej kawy z etiopskiej plantacji. Nie oburzajmy się jednak na tę kolejną wielkomiejską fanaberię, umożliwia nam ona bowiem spożycie słusznej porcji krowiego mięsa, tym razem w warunkach nieurągających elegancji i standardom Europy, do której to ponoć już dołączyliśmy. Co najważniejsze, piękni trzydziestoletni (a więc i redakcja Dywizu) wraz z bułką, doprawianą na wiele sposobów wołowiną i sałatką coleslaw, otrzymują w zestawie szansę sentymentalnego powrotu na ulice miasta sprzed niespełna dwudziestu lat i zestawienia dwóch modeli amerykanizacji przy pomocy wysmażonej porcji mięsa.

Pokusie odnalezienia burgerowego Graala nie oparła się i część Dywizu. Udaliśmy się więc w konfiguracji damsko-męskiej do otwartego w kwietniu burger baru na moim rodzinnym Muranowie. Ćwierćfunciak ulokował się w sennej do tej pory okolicy Andersa i Stawek, w pobliżu wieżowca Intraco i stadionu Polonii. Lokal jest raczej niewielki (jest ogródek), jednak duże przeszklone witryny rysują ruchliwy pejzaż muranowskiego życia. Lubię usiąść na barowym stołku niemal przyklejonym do wielkiej szyby i patrzeć niespiesznie na płynące obok życie. Za to właśnie uwielbiałem kiedyś Plan B., z którego elipsowatych witryn na piętrze można było kontemplować przy szklance piwa jeden z najpiękniejszych warszawskich placów, czyli Plac Zbawiciela. Gapić się na tramwaje („Żyjemy tu, w Warszawie, życiem tramwajowym…” chciałoby się dodać za Tyrmandem), ograniczony ruch kołowy i otwierającą się perspektywę Marszałkowskiej. Potem „planik” stał się ludny, głośny, offowy i ogólnie niesprzyjający czynnościom z pogranicza ducha i rozumu.

Siadamy z Ewą przy wspomnianej wyżej witrynie, co czyni zapowiadającą się konsumpcję jeszcze bardziej ekscytującą, albowiem odkrywam, że nijaka dotąd pierzeja Andersa (co ciekawe zwana ongiś Nowomarszałkowską, a następnie ulicą Marcelego Nowotki) nabiera rumieńców i charakteru. Znika jakby sąsiedni parking, pałace Stalina robią się przyjaźniejsze, nawet Intraco, wieżowiec o trudnej urodzie, zdaje się zapadać pod ziemię. Być może to jednak tylko moja wyobraźnia podsycana trudną historią tego miejsca na mapie Warszawy płata takie figle. Zresztą – Muranów to miejsce wyjątkowe, inne, więc proszę się z moich rojeń nie śmiać.

(Na marginesie trzeba koniecznie dodać, że każda próba przywrócenia Muranowowi tętna, obudzenia go z marazmu, zasługuje na uznanie. A jak nie wiesz, co to jest warszawski Muranów przeczytaj to, a najlepiej sięgnij po „Stację Muranów” Beaty Chomątowskiej.)

Wróćmy jednak do wołowiny. Ewa zamawia burgera klasycznego, ja życzę sobie wzbogaconego o podwójny ser i bekon. Po kwadransie na naszym blacie lądują drewniane tace, na których znajdujemy sałatkę coleslaw, naparstki z dwoma rodzajami sosów, grillowane ziemniaczki oraz oczywiście burgery. Spodziewaliśmy się buły z mięsem o imponujących rozmiarach, jakie znaliśmy z amerykańskich filmów, dlatego w pierwszej chwili byliśmy odrobinę rozczarowani ich wielkością. Szybko jednak okazało się, że niepozorne na pierwszy rzut oka burgery pod chrupiącą z wierzchu, a miękką w środku bułką kryją naprawdę grubą porcję wołowiny w otoczeniu pomidora, sałaty i ogórka. Warzyw jest w sam raz tyle, by wyeksponować smak mięsa, które jest delikatnie doprawione, kruche i dobrze wysmażone. To zupełnie inny rodzaj doświadczenia niż zachowany w pamięci niedościgły w swej niedoskonałości i rozczulający nasze miękkie serca smak burgerów sprzed lat dwudziestu. Dzisiejszy burger jest po prostu świetnym pomysłem na sycący, pyszny obiad, który pozwala niespiesznie cieszyć się smakiem dobrego mięsa w towarzystwie kapitalnie przyprawionych zapiekanych ziemniaków i zimnego piwa z małego browaru.

Śmiało więc idźcie do Ćwierćfunciaka, tudzież innego burger baru, i sprawdźcie, jak może smakować dobrze podana wołowina.