myslimy
| 12 listopada 2012 ]

Nie było to dziwactwo…

Grób ziem­ny obło­żo­ny kamie­nia­mi, pro­sty krzyż z napi­sem: „S. Kata­rzy­na od Ran P. Jezu­sa. Zofia Soko­łow­ska”. Zmar­ła mło­do, w wie­ku 28 lat. Jak każ­dy krzyż w Laskach, tak i ten odsy­ła - poprzez legen­dar­ny kru­cy­fiks z Lasko­wej kapli­cy i krzyż z nazwy zgro­ma­dze­nia Fran­cisz­ka­nek Słu­żeb­nic Krzy­ża - do krzy­ża Chry­stu­so­we­go, któ­rym tutaj się żyje. „A krzyż się sta­wał niebem/ i był codzien­nym chle­bem” - pisa­ła w wier­szu jed­na z sióstr.

Zofia Soko­łow­ska, rzeź­biar­ka. W 1918 roku pod wpły­wem ks. Kor­ni­ło­wi­cza przy­stę­pu­je do sakra­men­tów. W tym samym roku przyj­mu­je chrzest inny rzeź­biarz, zda­je się, pocho­dze­nia żydow­skie­go - Fran­ci­szek Ten­cer. „Oba te nawró­ce­nia były tak kon­se­kwent­ne, że od razu posta­wi­ły Boga i wszyst­kie spra­wy Boże w cen­trum życia, zain­te­re­so­wań, myśli, umi­ło­wań, czy­nów…” – napi­sze ktoś o nich we wspo­mnie­niu. Obo­je marzą o służ­bie Bogu poprzez sztu­kę. O życiu pro­stym i pięk­nym, wska­zu­ją­cym na Nie­go. I cał­kiem kon­kret­nie, o „drew­nia­nych domach, o urzą­dze­niu tych domów przy pomo­cy sprzę­tów naj­prost­szych. Marze­niem jej były zwy­kłe sosno­we sto­ły i ławy (…). Nie było to dzi­wac­two, ale prze­czu­cie for­my naj­prost­szej.”

Gro­by zakon­ne, Cmen­tarz leśny, Laski, fot. Hubert Śmie­tan­ka

Pamię­ta­cie „Ludzi bez­dom­nych”? Po wrzu­ce­niu, w napa­dzie słusz­nej wście­kło­ści, admi­ni­stra­to­ra uzdro­wi­ska Cisy Jana Bogu­sła­wa Krzy­wo­są­da Cho­brzań­skie­go do sta­wu, dok­tor Tomasz Judym wyjeż­dża do Zagłę­bia. Pew­ne­go dnia docie­ra tam rów­nież jego uko­cha­na, Joan­na Pod­bor­ska. Dłu­go cho­dzą uli­ca­mi, wresz­cie Judym pyta: „gdzie zamiesz­ka­my?”. Nagle jak­by tama pęka i Joan­na wyle­wa z sie­bie poto­ki słów: pla­nów, marzeń na przy­szłość. Zamiesz­ka­ją wła­śnie tam, w robot­ni­czym Zagłę­biu, wśród bied­nych ludzi. Zało­żą szpi­tal, ona będzie mu poma­gać. Ich dom będzie bar­dzo pro­sty, wręcz ubo­gi - ale przez to pięk­ny. „My tu stwo­rzy­my źró­dło poczu­cia pięk­na, nowe­go pięk­na, sztu­ki jesz­cze nie zna­nej, któ­ra obok nas śpi jak zacza­ro­wa­na kró­lew­na. (…) Gdy przyj­dzie gość albo pacjent, sam się zadzi­wi, że ludzie żyją szczę­śli­wie, a tak ina­czej. Pro­ste, czy­ste sprzę­ty, polne kwia­ty w gli­nia­nym wazo­nie… Po cóż nam zim­ny blask wyro­bów fabrycz­nych? Po co stro­je, powo­zy?”. W domu będą skrom­ne sosno­we meble, kili­my, „chod­nik do sie­ni, utka­ny w chłop­skim warsz­ta­cie ze skraw­ków nie­po­trzeb­nej mate­rii”.

Znów pro­ste, sosno­we meble. Ale wtem Judym, począt­ko­wo pota­ku­ją­cy Joan­nie, razem z nią snu­ją­cy pro­mien­ne wizje, zmie­nia ton. „Tu ludzie w trzy­dzie­stym roku życia umie­ra­ją, bo już są star­ca­mi. Dzie­ci ich – to idio­ci”. On też wyrósł w robot­ni­czej dziel­ni­cy i jest odpo­wie­dzial­ny za ludzi z naj­niż­szych warstw spo­łe­czeń­stwa, musi spła­cić dług wobec nich zacią­gnię­ty. „Nie mogę mieć ani ojca, ani mat­ki, ani żony, ani jed­nej rze­czy, któ­rą bym przy­ci­snął do ser­ca z miło­ścią, dopó­ki z obli­cza zie­mi nie znik­ną te pod­łe zmo­ry. Muszę wyrzec się szczę­ścia. Muszę być sam jeden. Żeby obok mnie nikt nie był, nikt mię nie trzy­mał!” Chwi­lę się tłu­ma­czy, lecz wresz­cie doda­je: „A zresz­tą… nie ma już co mówić…” Zre­zy­gno­wać z wła­sne­go szczę­ścia Judym po pro­stu musi - jak gdy­by takie wyrze­cze­nie było jedy­ną przy­zwo­itą rze­czą, jaką moż­na zro­bić w obli­czu cier­pie­nia innych ludzi, w dodat­ku „swo­ich”. Decy­zja zapa­dła. Joan­na pła­cze („pła­czem samot­nym, jedy­nym, pła­czem przed obli­czem Boga”), lecz odcho­dzi; wyda­je się, że nie żywi ura­zy, rozu­mie.

Życie dla innych, lecz kosz­tem szczę­ścia wła­sne­go – i uko­cha­nej. Życie jak­by celo­wo nie­szczę­śli­we (a czy przez to nie dokła­da­ją­ce jedy­nie kolej­nej cegieł­ki do sumy ludz­kie­go nie­szczę­ścia?) – ale zbli­ża­ją­ce się chy­ba do jakie­goś ide­ału.

Fran­cisz­ko­wi Ten­ce­ro­wi i Zofii Soko­łow­skiej pro­ste, sosno­we meble też nie wystar­cza­ją. W 1922 roku Fran­ci­szek wstę­pu­je do kra­kow­skich Redemp­to­ry­stów (w cza­sie nowi­cja­tu zacho­ru­je psy­chicz­nie, potem umrze na atak ser­ca). Dla Zofii jego decy­zja jest zna­kiem. Dzię­ku­je Bogu, że dał jej „tyle świa­tła i siły, że mogła zerwać dwa naj­sil­niej­sze wię­zy, któ­re ją ze świa­tem łączy­ły, a któ­re koniecz­nie trze­ba było zerwać i ofia­ro­wać Bogu, żeby iść do klasz­to­ru: wię­za­mi tymi była po pierw­sze sztu­ka, a po dru­gie przy­jaźń z Fran­kiem”.

„Cud­ne było nasze poże­gna­nie – pisze. - Tyl­ko w Panu Jezu­sie tak się mogą żegnać kocha­ją­ce się dusze. W poże­gna­niu tym była jak­by zapo­wiedź rado­sne­go powi­ta­nia w wiecz­nej Ojczyź­nie Nie­bie­skiej”. Wstę­pu­je więc (jako sio­stra Kata­rzy­na) do Fran­cisz­ka­nek Słu­żeb­nic Krzy­ża z Lasek. „[O]puściłam płasz­czy­znę jasną i wyso­ką, moją sztu­kę, któ­ra pod wzglę­dem docie­ra­nia do Boga nie róż­ni­ła się od tej, na któ­rej obec­nie sto­ję, ale prze­sta­ła wystar­czać, sta­ła się za cia­sna z powo­du bra­ku momen­tu ofia­ry krzy­żo­wej, wyzu­cia się ze wszyst­kie­go, zapar­cia się nawet duszy swej dla miło­ści Tego, któ­ry stał się bie­da­czy­ną wzgar­dzo­nym dla miło­ści naj­nędz­niej­szych; zupeł­ne­go demo­kra­ty­zmu ducho­we­go”.

Czy nie tego bra­ko­wa­ło Judy­mo­wi: „momen­tu ofia­ry krzy­żo­wej”?

 


Zdję­cie wykorzystane w tekście zostało opu­bli­ko­wane na licen­cji Creative Commons Uznanie autorstwa – Na tych samych warunkach 2.5.