myslimy
| 30 marca 2015 ]

Nie złamie trzciny nadłamanej…

Roz­wa­ża­nie na Wiel­ki Ponie­dzia­łek

Maria Kar­łow­ska, zało­ży­ciel­ka Zgro­ma­dze­nia Sióstr Paste­rek od Opatrz­no­ści Bożej, powsta­łe­go na prze­ło­mie XIX i XX wie­ku, by poma­gać kobie­tom uwi­kła­nym w pro­sty­tu­cję (a war­to dodać, że to były cza­sy, w któ­rych porząd­na kobie­ta nawet nie roz­ma­wia­ła o tak gor­szą­cych spra­wach jak pro­sty­tu­cja), sta­le powta­rza­ła swo­im współ­pra­cow­nicz­kom: „Jed­na jest nasza sta­ła zasa­da: nawra­cać dusze, nie zabi­jać. Leczyć rany, a nie jątrzyć ich. Nie łamać trzci­ny, tyl­ko ją pod­no­sić. Dobrą, lecz sła­bą ich wolę do dobre­go zachę­cać”. Nie bała się cho­dzić po ciem­nych podwór­kach, zaglą­dać do naj­nędz­niej­szych wiel­ko­miej­skich slum­sów, wycią­gać dziew­czyn ze zgni­łych nor w sute­re­nach, co wię­cej, zapra­sza­ła je do wspól­ne­go domu! Wal­czy­ła do upa­dłe­go wbrew całe­mu świa­tu o ich dusze, ale jed­no­cze­śnie cały czas pamię­ta­ła: „Nie łamać trzci­ny, tyl­ko ją pod­no­sić”. Zło dobrem zwy­cię­żać. Cią­gle. Codzien­nie od nowa.

Witraż z kapli­cy Sain­te-Thérèse w Pary­żu: Maria Mag­da­le­na namasz­cza sto­py Jezu­so­wi

W sło­wach Kar­łow­skiej łatwo dopa­trzeć się nawią­za­nia do frag­men­tu Księ­gi Iza­ja­sza, któ­ry może­my zna­leźć w dzi­siej­szym Pierw­szym Czy­ta­niu: „To mówi Pan: Oto mój Słu­ga […] Nie będzie wołał ni pod­no­sił gło­su, nie da sły­szeć krzy­ku swe­go na dwo­rze. Nie zła­mie trzci­ny nad­ła­ma­nej, nie zaga­si knot­ka o nikłym pło­my­ku”. Oto Chry­stus, Syn Boży, wszech­moc­ny Król Kró­lów, a jed­nak pro­rok Iza­jasz mówi, że On nie będzie nawet pod­no­sił gło­su. Nie da się sły­szeć jego krzy­ku. O ileż bar­dziej był­by sku­tecz­ny, gdy­by wybrał lep­szą tak­ty­kę – wię­cej cudów, wię­cej nie­zbi­tych dowo­dów, wię­cej spek­ta­ku­lar­nych gestów, bra­wu­ro­wych kłót­ni miaż­dżą­cych dla uczo­nych w Piśmie – jaki wte­dy był­by popu­lar­ny! Na pew­no więk­sze tłu­my cho­dzi­ły­by za nim. A co On zro­bił? Zada­wał się z cel­ni­ka­mi i pro­sty­tut­ka­mi, pła­kał nad zmar­łym przy­ja­cie­lem, pozwa­lał, by Maria, sio­stra Łaza­rza, mar­no­wa­ła dro­go­cen­ny ole­jek, wyle­wa­jąc go Jemu na sto­py – jak to opi­su­je dzi­siej­sza Ewan­ge­lia, a osta­tecz­nie pozwo­lił się przy­bić do krzy­ża. To Bóg, któ­ry chce być bli­sko, któ­ry przed­kła­da obec­ność nad sta­ty­stycz­ną sku­tecz­ność.

Domi­ni­ka­nin o. Krzysz­tof Pałys napi­sał na swo­im pro­fi­lu face­bo­oko­wym kil­ka dni temu: „Słu­ga Boży, biskup Jan Pie­trasz­ko powie­dział kie­dyś do księ­ży, że dra­ma­tem Chry­stu­sa było to, że ludzie cią­gle mie­li Mu za złe: albo idzie dale­ko do grzesz­ni­ków, albo ucie­ka za dale­ko do Boga. Nasze życie powin­no być podob­ne. Nie­wie­lu to potra­fi­ło: Eckhart, Mer­ton… Ich inter­pre­ta­cje Ewan­ge­lii są nie­zwy­kle zuchwa­łe, ale mają za sobą wizję Boga jako abso­lut­nej dobro­ci”. Bóg jako dobroć abso­lut­na – czy da się opi­sać pięk­niej Ojca, któ­ry w dzi­siej­szym czy­ta­niu mówi do Syna: „Ja, Pan, powo­ła­łem Cię słusz­nie, ują­łem Cię za rękę i ukształ­to­wa­łem, usta­no­wi­łem Cię przy­mie­rzem dla ludzi, świa­tło­ścią dla naro­dów, abyś otwo­rzył oczy nie­wi­do­mym, aże­byś z zamknię­cia wypu­ścił jeń­ców, z wię­zie­nia tych, co miesz­ka­ją w ciem­no­ści”?


Tekst ukazał się w ramach rekolekcji wielkopostnych portalu Tezeusz.
Zdjęcie wykorzystane w tekście pochodzi ze zbiorów Wikicommons, licencja Creative Commons 3.0.