myslimy
| 7 marca 2014 ]

Beksińscy: Niedokończony, ciemny portret

Po przeczytaniu ostatnich zdań „Portretu podwójnego” od razu zasiadłem do pisania. Chciałem zacząć od słów bardzo osobistych i emocjonalnych. Od wspomnienia o tym, jak to z niedowierzaniem i przerażeniem 14 lat temu wpatrywałem się w drobną notkę na łamach „Życia”, zatytułowaną „Odszedł Tomasz Beksiński”. Napisałem kilka pierwszych akapitów − bogato inkrustowanych słowem „ja”, bezradnymi, egzaltowanymi wielokropkami, fragmentami tekstów piosenek. W głośnikach z równą egzaltacją i bezradnością wydzierał się Tilo Wolff z uwielbianej przez Tomasza szwajcarskiej Lacrimosy: „Halt mich, mein Leben, halt mich!”.

I faktycznie na chwilę się zatrzymałem. Bo Magdalena Grzebałkowska zdołała uniknąć takiego podejścia. Ani Tomasz, ani Zdzisław Beksiński nie byli dla niej „kultowymi postaciami”. Nie słuchała audycji Tomasza – dziennikarza muzycznego „Trójki”. Nie siedziała nocami, pochłaniając kolejne utwory, wsłuchując się w romantyczne monologi. Nie była miłośniczką obrazów jego ojca, wybitnego malarza; nie wpatrywała się z emocjami w jego oniryczne wizje. O ile to w ogóle możliwe przy takim temacie – w książce w ogóle jest stosunkowo niewiele emocji. Za to podejście chwali autorkę Beata Chomątowska w „Tygodniku Powszechnym”. Czy słusznie?

Historia zaczyna się jeszcze przed II wojną światową, kiedy to na świat przyszedł Zdzisław Beksiński. Śledzimy niespiesznie historię „poprzeczniaka” – młodzieńca bez wątpienia wrażliwego, jednak – jak przystało na tamte czasy – ukrywającego swoje uczucia. Trudne czasy, w których się wychował, pozwoliły mu na zbudowanie pancerza – wystarczająco grubego, by uchronić się przed atakami ze strony świata, ale wyposażonego w otwory do oddychania. Takim otworem stała się sztuka.

Rzuca się w oczy istotna różnica między dzieciństwem Zdzisława i Tomasza. Ten pierwszy był hartowany, uczono go dyscypliny. Ojciec zabierał go na długie wyprawy, kazał mu pływać. Matka, intensywnie (bo nie mogę użyć słowa „głęboko”) religijna, tłukła go za wszystko. Zdzisław na swój sposób bardzo ją kochał. Długo po jej śmierci zdjęcie matki stało na jego biurku. Malarzowi pozostała jednak głęboka niechęć do Kościoła, a także słabo skrywane skłonności do męskiego masochizmu, wyraźnie widoczne we wczesnych grafikach. Mimo to potrafił ułożyć sobie życie. Dużą część obowiązków przejęła jego żona – ale sam fakt, że Beksiński potrafił znaleźć i utrzymać przy sobie taką kobietę, świadczy o tym, że musiał mieć w sobie trochę męskiej twardości. Inaczej niż syn.

Tomaszowi nikt nie stawiał granic. Sam po latach powie, że ojciec powinien był „lać go po dupie”. Matka i obie babki nadskakiwały mu jak mogły. Żył w innych czasach – nie musiał podejmować takiego wysiłku, żeby przetrwać. Nie nabrał nawyku wysilania się, ćwiczenia, kombinowania, działania wbrew własnym emocjom dla jakiegokolwiek większego dobra. Nie znosił sportu. Zdarzało mu się bardzo mocno angażować w pracę, ale tylko wtedy, kiedy sprawiała mu przyjemność. Miał to szczęście, że przez całe życie właśnie z takich źródeł czerpał dochody. A może to wcale nie było szczęście? Może gdyby rzeczywistość stawiała mu nieco więcej oporu, mógłby wykuć sobie zbroję, w której chodził ojciec?

Co się stało u Beksińskich? Gdy wczytać się w nagrania z „dziennika fonicznego” (ojciec i syn nagrywali cyklicznie swoje rozmowy), daje się odczuć przede wszystkim chłód. Owszem, chłód kolorowy, nietypowy, intelektualny – bo rozmowy są błyskotliwe, prowadzone doskonałą polszczyzną i zdradzają solidne wykształcenie. Ale brakuje czegoś nieuchwytnego, czegoś na pograniczu siły witalnej i czułości. Podobnie wygląda krążący w sieci filmik, którzy nagrali Beksińscy w 1989 roku w warszawskim mieszkaniu. Ojciec z synem przerzucają się żartami, Tomasz opowiada o obejrzanych filmach, a wszystko to dzieje się jakby za teatralnymi zasłonami. Był między nimi jakiś kontakt, może i żywy, ale tylko na poziomie intelektualnym, a więc dopuszczającym możliwość sztuczności. Czym bliżej konkretu − emocji, ciała − tym gorzej. Jak głosi fragment, który stał się hasłem reklamowym książki, „Zdzisław Beksiński nigdy nie uderzy syna. Zdzisław Beksiński nigdy nie przytuli syna”. Wydaje się, że już lepiej byłoby, gdyby robił nawet obie te rzeczy. Obraz rodziny Beksińskich to przede wszystkim wizerunek ludzi zamkniętych w swoich głowach, w swoich umysłach i emocjach. Na ich nieszczęście były to umysły wybitne i emocje niezwykle silne.

Beksińscy nie wierzyli też w żaden wyższy porządek świata. Owszem, każdy z nich miewał dość krótkie momenty poszukiwań duchowych. Zdzisław na fali hipisowskich sentymentów zagłębił się na pewien czas w zen, a Tomasz po jednej z prób samobójczych rozmawiał kilkakrotnie z „fajnym księdzem”. Ale tak naprawdę łączyło ich głębokie przekonanie, że po drugiej stronie rzeczywistości nie ma nic, a pojęcie sensu życia sprawdza się tylko w tytule filmu Monty Pythona.

Przy życiu trzymała ich sztuka i miłość. W przypadku Zdzisława – odwzajemniona, w przypadku Tomasza – ciągle nieszczęśliwa. Miłość kobiety miała być dla niego jedynym wybawieniem. Zwracał się więc ku kolejnym mrocznym pięknościom. Niestety, zafiksowanie wszystkich pragnień na jednym obiekcie jest zgubne. Takie są prawa międzyludzkiej fizyki. Tomasz chodził w płonącej kuli emocji i pragnień, która paliła i odpychała kobiety. Trudno dziwić się, że wkrótce pragnęły już tylko schować się w najciemniejszą dziurę. I mimo iż Beksiński junior chciał uspokoić te płomienie i nadać im jakąś formę (na co wskazuje list do „Nadkobiety”, jego ostatniej fascynacji), nie udało się. Nieświadome moce okazały się silniejsze od jego woli, nierozwiniętej w odpowiednim stopniu. Było za późno, żeby ugasić ten niszczący pożar.

Amerykański psycholog, Alexander Lowen, pisał, że miłość staje się nadmiernie romantyczna tylko u człowieka oderwanego od własnego ciała. Zastanawia rozdźwięk między żarem i siłą pragnień Tomaszowego serca a jego zewnętrznym chłodem. Człowiek rozkochany w romantyzmie, pragnący miłości jak mało kto, postrzegany był jako chłodny. W wydanym kilka lat temu albumie „Tomasz Beksiński 1958-1999” (red. Sylwia Stępniewska) Anja Orthodox wspomina go jako zablokowanego, „niedotykalskiego”, podającego tylko sztywno rękę na powitanie. To ten sam chłód, którym promieniował ojciec.

Łatwo byłoby argumentować, że nośnikiem cichego dobra w domu Beksińskich pozostała Zofia, matka Tomasza. Ale jej miłość była przepełniona strachem i nadopiekuńczością. Przyjmując postawę cichej służby wobec Zdzisława i Tomasza, stając się ich „cieniem”, tak naprawdę podporządkowała się ich ego, rozdętym do rozmiaru balonów. Jej letniość nie nadtopiła lodowej ściany, która była między ojcem a synem. Zofia Beksińska za jedyną swoją zasługę uznawała fakt, że jest „mało wymagająca”, a paradoksalnie może właśnie to stało się przekleństwem dla niej samej i obu mężczyzn, którym matkowała.

Mamy więc dwie skrajne postawy. Dwaj mężczyźni, którzy folgowali sobie praktycznie we wszystkim, którzy robili to, co chcieli, a swoich bliskich złożyli na ołtarzu „wierności sobie”, wierności swoim emocjom i zachciankom, bardziej lub mniej artystycznym porywom serca. I − niczym negatyw tego obrazu − kobieta, która złożyła na ołtarzu samą siebie, wszystko poświęciła, wybaczała wrzaski, szaleństwa oraz egoizm i cierpiąc w ciszy serca, żyła od obowiązku do obowiązku. W historii Beksińskich nie ma łatwych rozwiązań i pocieszeń. Żadna z tych dwóch postaw nie okazała się właściwa. Żadna nie prowadziła do szczęścia i miłości. W jednej i drugiej czegoś zabrakło. Tomasz i Zdzisław nie osiągnęli życiowego spełnienia, a Zofia, mimo starań, nie uszczęśliwiła ani męża, ani syna. Umierała przedwcześnie, w depresji i bólu.

I wreszcie zło. W twórczości Zdzisława i tej, którą fascynował się i którą promował Tomasz − mroczne, tajemnicze, a w rzeczywistości − brzydkie i banalne (miała rację Hannah Arendt…). Z jednej strony piękne w swojej grozie krajobrazy i straszliwe, demoniczne postaci Zdzisława; prezentowana przez Tomasza muzyka, nasycona emocjami od szeptu do krzyku, od rozpaczy do ekstazy. A z drugiej? Ojciec znajdujący syna sztywnego, leżącego w kawalerce, w której kaloryfery odkręcone są na cały regulator. Sam, umierający w samotności od ciosów nożem, zadanych przez zwykłego dresiarza.

Dystans Grzebałkowskiej ma tę dobrą stronę, że zostawia ona dużo miejsca swoim bohaterom. Nawet młodocianemu zabójcy malarza. Autorka rzadko zwierza się ze swoich odczuć i ocen, ale Paweł Handler (bo pod takim pseudonimem przedstawia go Grzebałkowska) nie pozostawia jej obojętnym. Porusza ją płaskość tej postaci, jej stereotypowość. Faktycznie Handler jawi się – być może na tle kolorowej jednak rodziny Beksińskich – jako osoba niezwykle nudna, nieskomplikowana, żeby nie powiedzieć − prymitywna. Zwykły chłopak z dyskoteki pod Warszawą. Mimo to Grzebałkowska próbuje − jak to ma w zwyczaju, poprzez dość suchy opis faktów – przedstawić także jego świat wewnętrzny. Morderstwo, którego dokonał Handler, nie ma jednak w sobie nic z mrocznej atmosfery filmu noir czy horroru. Jest boleśnie przyziemną tragedią. Kolejny, tragiczny dowód na to, jak daleko od rzeczywistości do fantazmatów.

Grzebałkowska spróbowała odtworzyć dramat Beksińskich w sposób minimalistyczny. Przytacza mnóstwo obszernych cytatów – z listów, z wypowiedzi znajomych, często pozostawiając je bez komentarza lub z komentarzem szczątkowym. Symptomatyczne jest to, że na samym początku umieściła zacytowany w całości list Beksińskiego seniora do krewnej. Dalej bywa podobnie. „Portret podwójny” to jakby wielki reportaż, patchwork źródeł. Autorka nie stara się uprawiać psychoanalizy, poszukiwać spójnej narracji – ułożenie tej ostatniej zostawia czytelnikowi. Jestem jako czytelnik nieco rozdarty wobec takiego stylu. Bo rozum podpowiada, że trudno byłoby zrobić to inaczej bez osunięcia się w banał, egzaltację, niedyskrecję, bez wyciągania nieuprawnionych wniosków i taniej diagnostyki. Ba, rozum jest nawet skłonny oddać autorce szczególny szacunek za jej obiektywizm. Serce z kolei chciałoby czegoś więcej. I myślę, że to rozdarcie może pojawić się u wielu czytelników. Bo skoro czytają tę biografię, to znaczy, że Beksińscy znaczą dla nich więcej niż hasła w encyklopedii. A to znaczy, że jednak mogą oczekiwać pociągnięcia zerwanych nitek, próby odnalezienia powiązań między faktami, emocjami i słowami, między obrazami i muzyką. Czy mają prawo? Nie. Ale mogą.

Magdalena Grzebałkowska, „Beksińscy. Portret podwójny”, Znak, Kraków 2014.