myslimy
| 30 października 2013 ]

Niepewność poznania a wiara Bogu

Jak poznaje Kościół (7)

Podobnie jak Jarosław Dudycz lubię dyskusje na Facebooku. Między innymi dlatego, że łatwo tam o informację zwrotną, czy dobrze zrozumiało się rozmówcę, o co właściwie pyta, czego potrzebuje. Jako że pisząc niniejsze rozważanie zainspirowane tekstem „Poznanie w Kościele”, tej możliwości nie miałam, przeczytałam ów tekst kilkakrotnie. Za każdym razem zwracał moją uwagę inny jego aspekt i kusiło mnie, by zmieniać temat odpowiedzi. Trzeba zatem przyznać, że jest to tekst wielce inspirujący i czuję wdzięczność, że mogłam poświęcić mu odrobinę refleksji.

„Czy zaufanie Kościołowi może dać pewność poznania?”

Tak sparafrazowałam pytanie, które najdosadniej wybrzmiało dla mnie z artykułu Jarosława Dudycza.

To dobre pytanie. Wiele razy sama je sobie zadawałam, zwłaszcza stając w obliczu dylematów moralnych. Niezależnie od tego, jakich konkretnie odpowiedzi sobie w owych konkretnych sytuacjach udzielałam, zauważyłam pewną tendencję, którą bardzo trudno mi zaakceptować jako prawdę o sobie. Otóż i tak głównym kryterium pójścia tudzież niepójścia za „głosem Kościoła” (mówiąc ściślej: „urzędu nauczycielskiego Kościoła”) była moja chęć albo niechęć przyjęcia danego rozwiązania. Dla chcącego nic trudnego znaleźć odpowiednią rubrykę, interpretację, odrębną opinię teologów, sprzeczność między nauczaniem poszczególnych papieży czy soborów. W ostateczności, gdy nie się znajdzie owej luki w nauczaniu dotyczącym danego zagadnienia moralnego, zawsze można się podeprzeć swoistą metateologią, która podpowiada sumieniu coś takiego: „otóż z samego faktu rozbieżności i sprzeczności można wnioskować, że nie ma na czym się oprzeć”. Tak, to jest mój własny głos. Z przykrością odkryłam kiedyś, że właśnie tak działa moje sumienie.

Dlaczego zaczynam tak osobiście? Ponieważ tekst „Poznanie w Kościele” bardzo mnie poruszył. Jestem w stanie, tak przynajmniej mi się wydaje, dobrze zrozumieć stojące za nim intuicje, ponieważ długo były moimi własnymi. Ba, chyba nadal bywają. Mogłabym się pod nim podpisać niczym turysta z poczuciem humoru: „Tu byłem, Tony Halik”.

Kiedy zatem wyrażę niezgodę z tym stanowiskiem, chcę, by było jasne, że nie piszę ani z pozycji niezaangażowanego dystansu, ani wyższości kogoś, kto zawsze świetnie sobie z nauką Magisterium radzi. Intuicje Jarosława Dudycza są mi bliskie, jednakże mogę podzielić się tym, dlaczego – zdawszy sobie z nich sprawę – decyduję się za nimi nie podążać i wciąż się tego w bólach uczę. Spróbuję także, a może przede wszystkim, pokazać drogę pozytywną: czym chcę się kierować.

Podstawowa trudność, jaką mam z tekstem Jarosława Dudycza, znajduje się w samym wprowadzeniu, gdzie padają następujące słowa: „wszak po to się jest w Kościele, żeby od niego czerpać pewność, jaka jest rzeczywistość i jak się w niej poruszać, by osiągnąć zbawienie”. Mają one uzasadniać opisywaną przez Autora postawę bezwzględnego posłuszeństwa nauczaniu Kościoła. Sądzę, że – choć Autor nie zgadza się, że Magisterium ma być źródłem moralnej pewności – zawiera się w tych słowach teza, z którą nie mogę się zgodzić i która może stać u źródeł samego problemu.

Chodzi o pewność. Przypuszczam, że to właśnie jej poszukuje Autor „Poznania w Kościele”. Podczas kilkukrotnej lektury rzucało mi się w oczy ciekawe przedzałożenie, które odnajdywałam w tekście. Decyzje podejmowane samodzielnie są według Jarosława Dudycza „oparte o realizm”, o to, co się „faktycznie wie”. Natomiast wypowiedzi Magisterium „arbitralne”, a z drugiej strony podejmowane pod wpływem „ducha epoki” i „naporu dziejów” na stanowisko Kościoła. Z całą pewnością jawią się one jako mniej rzetelne niż własne poznanie, choć nie jestem pewna, czy problem polega na tym, że są arbitralne (a zatem, jak rozumiem, wynikają z jakiegoś widzimisię, a nie z doświadczenia, rozeznania woli Bożej itd.), czy że są zmienne (a zatem nie dość pewne, by się na nich oprzeć, zbyt zależne od zmieniających się okoliczności). Domyślam się, że Autor widzi oba te problemy, jednakże w ogóle nie podejmuje krytyki tego, co człowiek sam, bez pomocy wspólnoty, może rozeznawać. Tak jakby indywidualne poznanie było wolne od niebezpieczeństw arbitralności albo zmienności.

Nie mam wątpliwości, że na podstawie analiz różnych wypowiedzi Magisterium Kościoła można rzeczywiście przyznać rację tym, którzy wątpią w możliwość pewnego poznania w oparciu o nie. Oczywiście jako adeptka teologii fundamentalnej wiem, że istnieje hierarchia ważności orzeczeń Magisterium i opinii teologicznych. Niektórzy wkładają masę pracy w precyzyjne dookreślanie stopnia pewności poszczególnych twierdzeń. Nie przeczę potrzebie uwzględniania takiej pracy. Jednakże wszystko to wydaje mi się sprawą mniejszej wagi, ponieważ nie podzielam tezy: „Życie w sprzecznościach jest życiem daleko od rzeczywistości, życiem nieautentycznym”. To bardzo mocna teza.

Czy faktycznie pewność jest tym, czego chrześcijanin oczekuje od Kościoła, od Boga (o Nim w tekście mało, a przecież to jest prawdziwe źródło i cel poznania)? Może w niektórych wypadkach tak jest, dowodem owi poszukiwacze kwalifikacji teologicznych. Ale ja nie mogłabym się pod owym cytatem podpisać. Nie, ja (już) nie szukam pewności.

Szukam Boga. Spotkałam Go w Kościele, który to Kościół udostępnił mi Pismo, Tradycję, wyznania wiary, liturgię, nauczanie soborów, papieży, biskupów, teologię, świadectwa świętych (i nie tylko, ale póki co skupię się tylko na nich). Całe to pomieszanie z poplątaniem wielkiej historii nieustannego Bożego wychodzenia ku światu, ludzkości oraz każdemu z ludzi z osobna; jak i ludzkich poszukiwań Boga, wołania Go, uciekania przed Nim… Już w samym Piśmie znajdujemy świadectwa wielkiej różnorodności doświadczeń i przekonań na temat Boga – zapisy sporów, takich jak te między Apostołami, jak i tych zawartych implicite pomiędzy różnymi tradycjami, które złożyły się na Pismo. Owszem znajduję w Piśmie liczne obietnice poznania Boga i bycia z Bogiem. Ale nie nakaz pewności. Nawet nie jej obietnicę, przynajmniej nie w odniesieniu do życia na ziemi. Poznanie Boga jest ukazywane w Piśmie jako trud i niebezpieczeństwo (misterium tremendum; nie można zobaczyć Boga i żyć – por. Wj 33,20), a poznawanie Jego woli – choć konieczne – wiąże się z trudem, gdyż Jego myśli nie są naszymi, a Pan nie zawsze pozwala się znaleźć (Iz 55,6-9).

Bóg, jakiego poznaję w Kościele, z Kościołem i dzięki Kościołowi, to Bóg, który chce być opoką, oparciem, Tym, Komu mogę wierzyć. Daje Siebie, także w aspekcie poznawczym, bo przecież nie dzieje się to w sprzeczności z poznaniem czy poza moim rozumem (pomijam tu zupełnie kwestię poznania mistycznego jako ważną, lecz wykraczającą poza ramy niniejszego rozważania), jednak przede wszystkim daje dostęp do Siebie: w modlitwie, Słowie, sakramentach… Z tego wynika ludzkie pragnienie bycia blisko, które szuka poznania.

Czy jednak ma to być poznanie, które daje pewność i chroni od niepokojów płynących z różnych sprzeczności, paradoksów? Nie. Moje doświadczenie, poparte doświadczeniami Kościoła przez wieki, jest takie, że jesteśmy w drodze. Już w Dziejach Apostolskich, nim nazwano uczniów Jezusa „chrześcijanami”, nazywa się ich sposób bycia „drogą”. Czasem droga jest prostsza, czasem bardziej kręta, czasem zapada na niej mrok. W każdej z tych sytuacji mamy przez Chrystusa dostęp do Ojca w Duchu, którego nam posłał.

Zaciekawiło mnie, że Jarosław Dudycz pisząc o (braku) pewności poznania w Kościele, pisze wyłącznie o kwestiach moralnych. Uznaję je za bardzo ważne, jednakże dla mnie problem sięga jeszcze o wiele głębiej. Niepewność co do Boga, tego, Kim jest, czemu „dość jest światła dla tych, którzy pragną widzieć, a dość ciemności dla tych, którzy trwają w przeciwnym usposobieniu” (Pascal)? Dlaczego wiara nie daje stuprocentowej pewności o Bogu?

Jak pisze Tomáš Halík: „Pierwsze słowo Credo, «wierzę», nie jest moją odpowiedzią na pytanie o moje poglądy na temat Boga i Jego istnienia. Jest to raczej krok «egzystencjalny»: oddaję się Bogu, powierzam Mu siebie, przyjmuję Go – i ufam, że zostanę przez Niego przyjęty” („Co nie jest chwiejne, jest nietrwałe”). Wiara w Boga i wiara Bogu to – ufając hebrajskiemu, źródłowemu dla nas, utożsamieniu wiary z wiernością – kwestia zaufania Mu także w braku pewności, w zwątpieniu i ciemnościach. Jeszcze raz Halík: „Nie pozwólmy temu żywemu nurtowi poszukiwań utknąć w grząskich mieliznach martwych pewności – czy będą to «pewności religijne», czy pewności zadufanego w sobie ateizmu”.

Każdy z nas ponosi odpowiedzialność za to, by jego życie stawało się coraz bardziej życiem na wzór Jezusa i zjednoczonym z Bogiem. Nie jest to możliwe bez osobistej z Nim relacji. Głęboko wierzę, że ta relacja, jeśli pielęgnowana przez człowieka, prowadzi do coraz lepszego odczytywania woli Boga i realizowania jej w życiu – poprzez wybory moralne, wybór drogi życia i codzienne decyzje w nawet drobnych sprawach, co do których Magisterium się nie wypowiada.

Podążanie tą drogą niesie w sobie ryzyko popełnienia błędów. Moim zdaniem błędne poznanie grozi zarówno każdemu z osobna (choćby się opierał na doświadczeniu), jak i wspólnocie Kościoła (a nieomylność nie jest codzienną prerogatywą ludu Bożego, lecz łaską daną nam w kwestiach największej wagi dla zachowania spójności wiary). Bogu dzięki, że uczymy się (każdy z osobna, wspólnota wierzących i Magisterium Kościoła) czerpać z naszych błędów i weryfikujemy niektóre tezy. Bogu dzięki, że Duch daje życie i pozwala nam odkrywać nowe aspekty niezmiennego Boga i odpowiedzi na pytania przychodzące wraz z pogłębiającym się poznaniem różnych zagadnień (jak te związane z małżeństwem czy przystępowaniem do Komunii – o których pisał autor „Poznania w Kościele”). To, że Kościół rozwija swoje rozumienie Objawienia, jest dla mnie źródłem nadziei, nie zaś wniosku, że nijak nie ma się na czym oprzeć i należy decyzje moralne pozostawić własnemu uznaniu.

Uwielbiam Liturgię Godzin, zwłaszcza przewijające się w godzinach w ciągu dnia prośby o to, by Bóg zachował z naszych działań to, co dobre, a to, w czym dobra brakuje, przemienił. Wierzę, że na tym polega kroczenie za Jezusem. Na codziennym wysiłku wierności Bogu, który – chcemy czy nie chcemy – przychodzi do nas w Kościele i przez Kościół. I jak uczy doświadczenie świętych, kiedy naprawdę zaufa się Bogu i szuka Jego woli, to nasze serce rośnie, otwierając się na rozwiązania dla nas niewygodne i wbrew naszej woli. A jednocześnie przychodzą siły, by po tej trudnej drodze, ba, czasem grani, kroczyć.

Kierowanie się głosem Magisterium nie ma zwalniać z myślenia czy odpowiedzialności. Gdyby do tego służyło, mogłoby co najwyżej prowadzić do samozadowolenia i faryzeizmu, a nie do postawy zaufania Bogu i Jego miłosierdziu. Mam tyle, ile mam. Żyję w Kościele tu i teraz. Może kiedyś poznam lepiej, może moja wspólnota rozezna coś inaczej niż obecnie. Ale dziś musimy żyć i podejmować wybory w oparciu o to, czym dysponujemy. Za to ponosimy odpowiedzialność. I jestem przekonana, że Bóg nie odmawia do tego swojego światła i łaski. W Kościele – prócz różnej rangi nauk i rozstrzygnięć – otrzymaliśmy Ducha, który działa w sakramentach, w modlitwie, wspiera nas w szukaniu Boga. Nie mamy gwarancji bezbłędności i bezgrzeszności, mamy jednak dostęp do miłosierdzia Boga.

Szukając zaś całkowitej pewności, możemy – moim zdaniem – szukać przede wszystkim ułatwień i usprawiedliwień dla wybierania tego, co mniej wymagające. Możemy też zmarnować czas i siły na spory o racje i tak naprawdę szukanie siebie, a nie woli Boga. Wybierać może nawet to, co trudniejsze, ale bez zaufania Panu i Jego miłosierdziu. Jedno i drugie zagrożenie bardzo mnie dotyczy i śmiem podejrzewać, że nie omija także Kościoła jako instytucji. Potrzeba nam zatem ciągle wołać o Ducha, który daje nie tylko mądrość i rozeznanie, ale i męstwo do bycia z Bogiem także w niepewności i wątpliwościach.

 

Postscriptum

Przyszło mi na myśl podzielić się jeszcze pewnym teologicznym „trick of the trade”. Za każdym orzeczeniem stoi odczytana przez Kościół prawda o jakimś aspekcie Objawienia oraz potrzeba bronienia tej prawdy. By naprawdę znać nauczanie Kościoła, a nie tylko mechanicznie je wypełniać czy (uznając za niedostosowane do własnej sytuacji) odrzucać, warto szukać, jaka to prawda i w jaki sposób Magisterium chciało jej bronić. Mnie samej, prócz wspomnianej wiedzy branżowej, pomaga także zainteresowanie Porozumieniem bez Przemocy, które w każdym działaniu dopatruje się potrzeb. Potrafię z szacunkiem spojrzeć na człowieka, który robi coś, czego ja bym nie zrobiła, tym bardziej więc chcę patrzeć na nauczanie mojego Kościoła z empatią, szukając w nim nie argumentów do polemik, ale najgłębszych intuicji.

 

W cyklu „Jak poznaje Kościół” uka­zały się teksty: