dzialamy
| 12 lipca 2013 ]

Niewidoczni

Czwartek, godz. 19.00. Z małej salki w podziemiach kościoła Wszystkich Świętych na placu Grzybowskim w Warszawie dobiega szmer rozmów i głośne wybuchy śmiechu. W środku kręci się kilka osób, ktoś kładzie na stół chleb, ktoś inny ser, wędlinę, masło. W prowizorycznej kuchni gotuje się woda na herbatę. Co chwila ktoś wchodzi witany radosnymi okrzykami. Wszyscy gromadzą się dookoła dużego stołu, gdzie w ciągu niecałej godziny zostanie przygotowane ok. 140 kanapek. Jak co tydzień, zaczyna się właśnie spotkanie wspólnoty Sant’Egidio.

Spotkanie wspólnoty Sant'Egidio – w ciągu niecałej godziny zostanie przygotowane ok. 140 kanapek. Fot. Marcin Kiedio

Na co dzień Ania – filigranowa blondynka – zarządza projektami w firmie informatycznej. Ze wspólnotą po raz pierwszy zetknęła się dwa i pół roku temu przy okazji organizowanej przez Sant’Egidio „Wigilii z ubogimi”. – Myślałam, że pomogę w przygotowaniach, posprzątam, pozamiatam. Przyszłam i poznałam bezdomnego mężczyznę, z którym przegadałam kilka godzin. Miał na imię Wiesiek. To było dla mnie niezwykłe – podczas pierwszego spotkania śmiałam się przy nim przez cały wieczór. Wróciłam tu, bo bardzo chciałam go znowu zobaczyć.

Tradycja świątecznego obiadu z potrzebującymi sięga 1982 r., kiedy po raz pierwszy ubodzy zasiedli wraz z członkami Sant’Egidio do wspólnego stołu w Bazylice Najświętszej Maryi Panny na Zatybrzu w Rzymie. W warszawskim kościele Wszystkich Świętych takie spotkania odbywają się od czterech lat. Członkowie wspólnoty osobiście zapraszają na tę uroczystość swoich bezdomnych przyjaciół, a ci przyprowadzają swoich znajomych. Zawsze jest trochę niespodziewanych gości, ale na stołach jest więcej niż jeden talerz dla zbłąkanego wędrowca i akurat tutaj zawsze się przydaje. Zeszłoroczna wigilia zgromadziła 160 bezdomnych i drugie tyle wolontariuszy. Część z nich zostaje na dłużej.

– Na początku nie było łatwo – wspomina Anna, studentka hungarystyki. – Bałam się, że nie będę wiedziała, o czym rozmawiać z człowiekiem bezdomnym. Co mam zrobić, żeby kogoś przez przypadek nie urazić? W rozmowie unikałam słowa „dom”. Wydawało mi się, że popełnię jakąś gafę, gdy powiem: „idę do domu”.

Cały arty­kuł Ewy Karabin „Niewidoczni” dostępny jest na stro­nie „Tygodnika Powszechnego”.