widzimy
| 4 listopada 2013 ]

Niewinny czytelnik?

Nie są nie­win­ni ani repor­ter, ani foto­graf. Nie­win­ny nie jest też czy­tel­nik książ­ki Woj­cie­cha Toch­ma­na „Eli, Eli” (zdję­cia Grze­go­rza Weł­nic­kie­go). To bia­li, któ­rzy przy­cho­dzą z lep­sze­go, dostat­nie­go świa­ta, by opi­sać, foto­gra­fo­wać, oglą­dać cier­pie­nie innych – miesz­kań­ców Ony­xu, jed­nej z ulic Mani­li, sto­li­cy Fili­pin.

Moc­nych obra­zów szu­ka foto­graf, uwieść histo­rią chce repor­ter. Toch­man odsła­nia warsz­tat pra­cy ich obu − począw­szy od moty­wa­cji, przez pro­ces wcho­dze­nia w rela­cje z boha­te­ra­mi, poszu­ki­wa­nie histo­rii, odpo­wied­nie­go świa­tła, spoj­rze­nia. Nie koń­czy na goto­wym zdję­ciu, ale na ocze­ki­wa­niach tych, któ­rzy swo­je cia­ło, intym­ne rela­cje odkry­li przed spoj­rze­niem foto­gra­fa, swo­ją opo­wieść odda­li repor­te­ro­wi. Ci ostat­ni mają prze­cież w kie­sze­niach bile­ty uciecz­ki ze świa­ta nędzy; boha­te­ro­wie książ­ki szans na opusz­cze­nie Onyk­su prak­tycz­nie żad­nych.

Ja, czy­tel­nik, kupu­ję goto­wy, pięk­nie wyda­ny pro­dukt (este­tycz­na opra­wa, błysz­czą­cy papier, pro­fe­sjo­nal­ne zdję­cia). Dzię­ki brud­nej robo­cie repor­te­ra i foto­gra­fa, czy­sta (bo prze­cież nie doty­czą mnie ich dyle­ma­ty etycz­ne) oglą­dam przez szy­bę świat nędza­rzy ze slum­sów, w któ­rym „zło­dziej­stwo, kurew­stwo, pro­chy i głód” są codzien­no­ścią. Czy­sta? Czy na pew­no?

Autor sta­wia czy­tel­ni­ka w nie­kom­for­to­wej sytu­acji – oglą­da­jąc zde­for­mo­wa­ne przez pur­chle cia­ło Jose­phi­ne, sta­je­my się widza­mi per­wer­syj­nej wysta­wy ludz­kich oso­bli­wo­ści. Kupi­łam bilet wstę­pu – książ­kę z foto­gra­fią oszpe­co­nej kobie­ty w sty­li­za­cji „Dziew­czy­ny z per­łą”. Szo­ku­ją­ce, powo­du­ją­ce dys­kom­fort zdję­cie, od któ­re­go trud­no ode­rwać wzrok.

Lek­tu­ra „Eli, Eli” jest nie­ła­twa tak­że z kil­ku innych powo­dów. Autor jest kry­ty­kiem przed­sta­wi­cie­li dostat­nie­go świa­ta: tury­stów, mediów (a więc i widzów), któ­rzy niczym sępy poszu­ku­ją wstrzą­sa­ją­cych obra­zów ludz­kie­go cier­pie­nia i kar­mią się nimi. (W pierw­szym roz­dzia­le Toch­man opi­su­je zdję­cie sępa cza­ją­ce­go się za ple­ca­mi umie­ra­ją­ce­go z gło­du dziec­ka. Jego autor otrzy­mał za nie Nagro­dę Pulit­ze­ra; kil­ka mie­się­cy póź­niej popeł­nił samo­bój­stwo).

Tak opi­su­je prak­ty­ko­wa­ny na Fili­pi­nach zwy­czaj. „Co roku w pią­tek przed Wiel­ka­no­cą przy­bi­ja­nych do krzy­ża Fili­piń­czy­ków poka­zu­ją wiel­kie i mniej­sze tele­wi­zje na całym glo­bie: CNN, ABC, Al-Dża­zi­ra, Fran­ce i TVN24. (…) Od rana zmę­czo­nym kro­kiem cho­dzą tam po uli­cach gru­py pół­na­gich cichych męż­czyzn z zasło­nię­ty­mi twa­rza­mi, w cier­nio­wych koro­nach, z ple­ca­mi czer­wo­ny­mi od krwi. Jakiś facet naj­pierw im te ple­cy nakłu­wa” – to frag­ment opi­su.

Jest bez­li­to­sny dla tury­stów, któ­rzy za kil­ka tysię­cy euro kupu­ją bilet lot­ni­czy, „by wpa­dła im do oka choć jed­na kro­pla męczeń­skiej krwi fili­piń­skie­go wie­śnia­ka”.

Jest też bez­li­to­sny dla kato­li­cy­zmu… A może jedy­nie dla nie­zro­zu­mia­łych rytu­ałów, budzą­cych sprze­ciw form reli­gij­no­ści? „Oto lek­cja życia: cier­pieć! (…) Uciecz­ka przed cier­pie­niem, powie­dział nie­miec­ki papież, jest uciecz­ką przed życiem. A pol­ski, że cier­pie­nie ma moc zbaw­czą” − pisze.

Moż­na się obru­szać na te wyję­te z kon­tek­stu wypo­wie­dzi obu papie­ży, zarzu­cać Toch­ma­no­wi wypa­cze­nie ich sen­su − tyl­ko czy w tej sytu­acji jest to istot­ne, gdy na Onyk­sie, w slam­sach Mani­li sły­chać woła­nie: „Eli, Eli…”?

W opo­wie­ści Toch­ma­na i Weł­nic­kie­go (bo tekst i zdję­cia two­rzą spój­ną całość) Onyx to miej­sce opusz­czo­ne przez Boga i ludzi żyją­cych po dru­giej stro­nie nie­wi­dzial­nej gra­ni­cy – w świe­cie dyna­micz­nie pną­cych się w górę wie­żow­ców, ban­ków, cen­trów han­dlo­wych. Pedo­fi­lia, han­del ludź­mi, pro­sty­tu­cja, prze­moc − do tego świa­ta sprze­da­ją nam bilet wstę­pu, by na koniec zosta­wić z nie­po­ko­jem. Cho­ciaż tyle.