widzimy
| 16 maja 2012 ]

O pewnym wymierającym gatunku

Burmistrz słowackiego miasteczka Zemplínske Hámre ma misję: chce uratować ludzkość przed wymarciem. A jeśli nie ludzkość, to przynajmniej mieszkańców miasta, w którym gospodarzy. W jego miejscowości żyje ponad 70 singli płci obojga, którzy przekroczyli 30. rok życia. Burmistrz postanowił działać.

"Miejski serwis randkowy" - kadr z filmu

Słowo się rzekło, kobyłka u płota – jak mawiają w jednym z państw ościennych. Dość łatwo jest jednak podjąć tak ambitne postanowienie, a dużo trudniej wcielić je w czyn. Jak przekonać niezależnych finansowo, sytych kawalerów, aby odważyli się umówić z którąś z lokalnych panien? Jak ośmielić dziewczyny, aby na starających się absztyfikantów spojrzały łaskawie? Wydawać by się mogło, że powinna zadziałać biologia, całe tysiąclecia jakoś się udawało bez pomocy władz. A jednak właśnie teraz okazało się, że instynkt przedłużania gatunku zanika. Burmistrz postanawia zorganizować wieczorek integracyjny i stworzyć singlom okazję do spotkania.

Autorka filmu „Miejski serwis randkowy”, Erika Hníková towarzyszy z kamerą burmistrzowi i jego współpracownicy w przygotowaniach do imprezy, ale zagląda też do domów mieszkańców miasteczka, rozmawia z nimi o życiu, planach, marzeniach, kłopotach. Jej bohaterów nie da się nie lubić – wiodą spokojne, zwyczajne życie, ale ich świat zawężony do granic rodzinnego miasteczka zdaje się bezpieczny i stabilny, a oni świetnie w niego wtopieni, pogodzeni ze swoim miejscem w drabinie bytów. Słuchając ich słów, co chwila wybuchałam głośnym śmiechem, co ostatnio w kinie zdarza mi się coraz rzadziej (zwłaszcza na komediach…).

Tylko jedna rzecz nie dawała mi spokoju po wyjściu z kina. Przecież pomimo tego sielskiego, prowincjonalnego sztafażu film opowiada o rozdzierającej samotności zakopanej głęboko pod stosem obaw, przyzwyczajeń, złudzeń i konwenansów. Patrzę na dorosłych ludzi powielających schemat, który świetnie pamiętam z dyskotek w podstawówce: dziewczyny, trzymając się za ręce, tańczą na środku sali, a chłopcy zbici w grupki pod ścianami patrzą spode łba z udawaną nonszalancją. Obie kasty udają, że nie zwracają na siebie uwagi, ale czuć, że sensem tego spotkania jest ten podskórny nurt emocji płynący między nimi. Problem polega na tym, że nie są to 10-latki, które dopiero uczą się funkcjonowania w grupie i za chwilę przeskoczą do kolejnego etapu socjalizacji, tylko 30-, 40-paroletni ludzie, którzy być może właśnie w tej chwili skazują się na dożywotnią samotność, bo boją się wystąpić przed szereg. Być może właśnie przegrywają swoje życie walkowerem, a to już mnie wcale nie śmieszy.