myslimy
| 6 marca 2014 ]

Od nadziei ku programowi

Jak poznaje Kościół

Przy­znać muszę, że – choć oka­zji było i jest bez liku – nie potra­fię być ate­istą. Tę wła­ści­wość zda­rza mi się trak­to­wać jako wadę, odkła­da się w moim wnę­trzu spo­rym cię­ża­rem i jest źró­dłem zupeł­nie real­ne­go, moc­no odczu­wa­ne­go bólu. Momen­ta­mi mam bowiem wra­że­nie, że nie­zdol­ność odej­ścia od Kościo­ła i cał­ko­wi­te­go odcię­cia się od myśli o Jezu­sie Chry­stu­sie poważ­nie mnie ogra­ni­cza, znie­wa­la wręcz, nie pozwa­la pod­jąć świe­żych i bra­wu­ro­wych decy­zji. Mówiąc prze­wrot­nie: nie pozwa­la mi wypły­nąć na głę­bię, gdzie sam był­bym sobie ste­rem, żegla­rzem i okrę­tem i gdzie mógł­bym żyć bez nad­mier­nych ocze­ki­wań. Czu­ję się chrze­ści­jań­skim sen­sem zwią­za­ny i jest we mnie typo­wo chrze­ści­jań­skie ocze­ki­wa­nie, któ­re zaczę­ło się od jakie­goś „zwia­sto­wa­nia”: ktoś daw­no temu, u począt­ków życia, nastro­ił mnie w dany spo­sób, tak mnie popro­wa­dził, na takiej dro­dze umie­ścił, że wypa­tru­ję nadej­ścia Pana i nie mam żad­nej wła­dzy nad tym wypa­try­wa­niem, nie mogę go zdep­tać czy wyple­nić.

Fot. Mar­cin Kie­dio

Ze zdu­mie­niem odkry­wam tę praw­dę, że to ocze­ki­wa­nie nie jest spra­wą dekla­ra­cji czy jakichś mani­fe­stów świa­to­po­glą­do­wych, bo na płasz­czyź­nie inte­lek­tu­al­nej nie mam czę­sto naj­mniej­szej ocho­ty na bycie chrze­ści­ja­ni­nem, jest nato­miast moim głę­bo­kim doświad­cze­niem, waż­ną cechą mojej oso­bo­wo­ści, a wręcz sta­no­wi o moim jeste­stwie; ja po pro­stu taki jestem, tak mi się dzie­je, tak jestem zbu­do­wa­ny, że pra­gnę zisz­cze­nia tej obiet­ni­cy, któ­rą odnaj­du­ję wśród ludzi Kościo­ła.

Takim wła­śnie znaj­du­ję swój byt: jest to byt pra­gną­cy zba­wie­nia, spra­gnio­ny tego wszyst­kie­go, co się zawie­ra w tej wie­lo­wie­ko­wej nar­ra­cji zawar­tej w sło­wach „Jezus Chry­stus”. To byt, któ­ry tego chce ze wzglę­du na swo­ją głę­bo­ką kon­sty­tu­cję, a nie z zewnętrz­ne­go przy­ka­za­nia. Widzę, że to, co się nazy­wa wia­rą, a co nie­rzad­ko bywa przyj­mo­wa­ną ideą czy rodza­jem wycho­wa­nia, we mnie jest wraż­li­wo­ścią, i to, co może zapro­po­no­wać Kościół, jest led­wie jakąś odpo­wie­dzią na moje czło­wie­czeń­stwo, któ­re pozna­ję sam, na wła­sny rachu­nek. Powie­dzieć więc muszę, że wszel­ki chrze­ści­jań­ski sens nie jest dla mnie zoba­cze­niem nowe­go, ale ujrze­niem cze­goś naj­bar­dziej wła­sne­go, co tkwi we mnie i na co natra­fiam. Nie jest to więc pozna­nie zewnętrz­ne­go, ale odkry­cie sie­bie.

Przy­cho­dzi mi się więc z tym godzić, że jestem czło­wie­kiem reli­gij­nym. Muszę to pod­jąć i obła­ska­wić, otwo­rzyć się na to i nie ampu­to­wać sobie tego. Nie mogę się tego wsty­dzić, było­by to bowiem rów­no­znacz­ne ze wsty­dze­niem się sie­bie same­go, a wsty­dzić się sie­bie same­go nie jest zbyt szczę­śli­we, pogrą­ża czło­wie­ka w grach i zamy­ka go, każe mu się ukry­wać, zaś czło­wiek jest prze­cież speł­nio­ny, gdy może żyć w rela­cjach. Trze­ba mieć w sobie na tyle miło­ści wła­snej, by sie­bie przy­jąć takim, jakim się jest, takim, jakim się sie­bie znaj­du­je. Trze­ba wytrzy­mać to spoj­rze­nie, któ­re w same­go sie­bie skie­ro­wu­je­my, trze­ba znieść ten obraz, któ­ry się przed nami roz­to­czy. Nale­ży mieć odwa­gę, by sie­bie nie skre­ślić, by sobą nie pogar­dzić. To jest waru­nek koniecz­ny wyj­ścia do innych ludzi i bycia z nimi.

Widzę więc sie­bie jako oso­bę reli­gij­ną i nie myślę tego ukry­wać. To ja prze­cież. Nie patrzę na coś obce­go, ale na coś naj­bliż­sze­go, na wła­sne wnę­trze. Kto chce ze mną być, musi tę reli­gij­ność zaak­cep­to­wać. Reli­gij­ność ta zna­czy rze­czy naj­ba­nal­niej­sze, nie ma w tym żad­ne­go doświad­cze­nia spek­ta­ku­lar­ne­go, są pospo­li­te gesty: modli­twa, proś­ba o oca­le­nie, nadzie­ja na polep­sze­nie losu, pra­gnie­nie wyzwo­le­nia ze zła, życze­nie dobra pod adre­sem swo­im i innych i – co może naj­waż­niej­sze – ocze­ki­wa­nie, że rela­cje miło­sne mogą być napraw­dę dobre i to w spo­sób trwa­ły. To wszyst­ko jest ukie­run­ko­wa­ne na jakie­goś Boga, do któ­re­go ucie­kam się mimo wszyst­ko, ina­czej niż rozu­mem, a nawet wbrew nie­mu, po pro­stu auto­ma­tycz­nie. Bóg nie jest więc tutaj kon­struk­tem, nie jest żad­nym pro­gra­mem, nie ma wyraź­nej twa­rzy, ale jest bytem, któ­ry jest odnie­sie­niem dla moje­go bytu – takie­go, jakim go tu opi­su­ję – jest pew­ną jako­ścią, ku któ­rej się intu­icyj­nie zwra­cam. Jest tym, co wzy­wam, na co się nasta­wiam, tym, cze­go pra­gnę. Sło­wo „Bóg” jest zupeł­nie wtór­ne zatem, wpierw jest jakaś akcja we mnie, jakiś rodzaj proś­by i zaufa­nia.

Odsła­nia mi się, że cze­goś ocze­ku­ję, ale zara­zem też i to się poka­zu­je, że to ocze­ki­wa­nie nie jest wca­le liche, że real­nie przy nim trwam i nie rezy­gnu­ję z nie­go, a wręcz moc­no go strze­gę. Nie umiem tej nadziei zaprze­czyć, widzę, że cała moja reli­gij­ność ma w sobie jakiś rodzaj pew­no­ści: że dobro na pew­no się sta­nie, że nie prze­pad­nę mar­nie. Widzę w sobie zwrot ku cze­muś, co mnie umac­nia w prze­świad­cze­niu, że się nie roz­pad­nę na kawał­ki. Mam w sobie taką myśl, że dam sobie radę mimo wszyst­ko, mimo wiel­kiej sła­bo­ści swo­jej oso­by, z któ­rej zda­ję sobie spra­wę. Odnaj­du­ję w sobie (to sło­wo „odnaj­dy­wać” powta­rza się tu aż do znu­dze­nia, jest jed­nak nie­zmier­nie waż­ne) odnie­sie­nie do cze­goś, co mnie sta­bi­li­zu­je i w czym się zako­rze­niam.

Dostrze­gam oczy­wi­ście, jak łatwo moż­na było­by mnie zmieść z powierzch­ni zie­mi, jak pro­sto było­by mnie zabić. Do śmier­ci czło­wie­ka – któ­rym tak się zachwy­ca­my i któ­re­go mądrość wiel­bi­my – wystar­cza prze­cież uła­mek sekun­dy. Tego, któ­ry opi­su­je kosmos, budu­je maszy­ny i pisze wier­sze, moż­na poko­nać jed­nym tyl­ko dotknię­ciem. Rok temu śmierć zabra­ła moje­go przy­ja­cie­la w mgnie­niu oka. Wiem, że i ja tak mogę prze­paść. Zara­zem jed­nak nie znaj­du­ję tej moż­li­wo­ści jako para­li­żu­ją­cej, znaj­du­ję ją tyl­ko jako bar­dzo poważ­ną i trud­ną. Nie jest jed­nak skraj­na, nie ma w niej roz­pa­czy. Jest w tym wszyst­ko inne: ból, lęk, napię­cie i ner­wo­wość, ale nie ma spę­ta­nia. Mam świa­do­mość, że mogę umrzeć, czy­li że się ze mną może stać coś cał­ko­wi­cie obce­go i nie­bez­piecz­ne­go, bar­dzo groź­ne­go. Że mogę znik­nąć z zasię­gu wzro­ku bli­skich ludzi, tak jak prze­padł mój przy­ja­ciel. Wiem, że mogę cier­pieć i stra­cić wszyst­ko. Ale zara­zem nie umiem sobie wyobra­zić, by to się sta­ło do koń­ca i zupeł­nie, abso­lut­nie, by mnie mogło trwa­le skre­ślić. Jest jakaś siła we mnie (w czło­wie­ku), któ­ra mi nie pozwa­la pomy­śleć, że śmierć na pew­no jest osta­tecz­na. Byt nie umie zoba­czyć nie­by­tu, kon­fron­tu­je się ze śmier­cią innych ludzi, ale ona mu nie odbie­ra jego zawa­diac­kie­go prze­ko­na­nia, że zawsze będzie ist­niał. Widzę w sobie taką wła­ści­wość wyraź­nie, że myślę o sobie jak o ist­nie­niu tyl­ko, wbrew wszyst­kie­mu. To poczu­cie ist­nie­nia jest domi­nu­ją­ce i nie spo­sób go zała­mać. Ono jest więk­sze niż wszyst­kie zda­rze­nia, nawet naj­tra­gicz­niej­sze.

Dostrze­gam więc, że głę­bo­ko w sobie kwe­stii war­to­ści sie­bie nie przy­pi­su­ję przy­pa­dło­ściom i róż­nym zrzą­dze­niom i wypad­kom losu, darom czy prze­kleń­stwom, ale czemuś/komuś inne­mu, więk­sze­mu. Wła­śnie jakie­muś byciu, któ­re jest jako­ścią nad­rzęd­ną. Widzę taki ruch, któ­ry się we mnie roz­gry­wa. Takie ucie­ka­nie myśli ku czemuś/komuś. Ku poczu­ciu ist­nie­nia. Ku jakie­muś „jestem”, któ­re jest czymś bazo­wym i ele­men­tar­nym, więk­szym niż rachu­nek spraw moje­go życia. Ma to cha­rak­ter pew­ne­go zre­flek­to­wa­nia się: oto dzie­je się zło, któ­re mnie boli, ale w tym złu zauwa­żam nagle, że trwam mimo nie­go, że ist­nie­ję wbrew wszyst­kie­mu, choć­by się róż­ne nie­szczę­ścia na mnie zwa­li­ły. Żad­ne nie­szczę­ście nie odbie­ra mi poczu­cia mnie, poczu­cia ist­nie­nia. Widzę, że się naro­dzi­łem i trwam, choć­bym sobie nawet bar­dzo źle życzył i choć­by mi źle życzo­no. Nawet w chwi­li naj­więk­sze­go zwąt­pie­nia mogę powie­dzieć: jestem, mogę to ist­nie­nie odczuć, zoba­czyć, że jest auto­no­micz­ne, trwa­łe i nie do zakwe­stio­no­wa­nia.

Mój byt jest nie­wąt­pli­wie boski, widać w nim te wszyst­kie przy­mio­ty, któ­re zwy­kle sło­wem boski ujmu­je­my. Przede wszyst­kim nie jest moją wła­sno­ścią, bo nie mam tego bytu jak na dło­ni, nie zawia­du­ję nim i nie mogę mu za wie­le roz­ka­zać. On jest dość tajem­ni­czy, wyżej już o tym mówi­łem: ten byt odkry­wam. Nie wymy­ślam go, ale go nagle zaczy­nam zauwa­żać. Na co dzień żyję pośród spraw prak­tycz­nych, w sze­re­gu zajęć i bodź­ców. Nale­żę do tysią­ca tema­tów, jestem try­bi­kiem wie­lu maszyn, funk­cjo­nu­ję w kie­ra­cie. Moż­na by uznać, że jestem tyl­ko tymi czyn­no­ścia­mi i emo­cja­mi, któ­re się w związ­ku z nimi uwal­nia­ją. Po chwi­li zadu­my spo­strze­gam jed­nak wła­śnie swo­je bycie, któ­re nie jest spra­wą tego, co robię, czyn­no­ści takiej czy sia­kiej, ale po pro­stu jest fun­da­men­tal­ne i zawsze aktu­al­ne. Dostrze­gam swo­je ist­nie­nie pod tymi wszyst­ki­mi szcze­gó­ło­wy­mi jako­ścia­mi. W mgnie­niu oka ude­rza mnie, że bytu­ję po pro­stu, a wszyst­ko, co mam, jest pod to tyl­ko pod­wie­szo­ne.

Myślę sobie, że mógł­bym tego bycia nie dostrzec. Mógł­bym nie odkryć, jak auto­no­micz­ny jestem. Mógł­bym to prze­ga­pić, że zaczy­nam się nie od momen­tu swo­jej pra­cy, od momen­tu, gdy zabio­rę głos, od momen­tu osią­gnię­cia jakiejś sku­tecz­no­ści, ale przed tym wszyst­kim i nie­ja­ko wbrew temu wszyst­kie­mu. Podej­rze­wam, że wie­lu ludzi nie znaj­du­je swo­je­go bycia. Myślą, że trwa­ją o tyle, o ile są w ruchu, któ­ry sami sobie zapew­nią. Myślą, że bycie jest spra­wą kształ­to­wa­nia doznań i namna­ża­nia prze­żyć, że zale­ży od jakichś opty­ma­li­za­cji. Nie spo­tka­li się nigdy z samy­mi sobą, nie byli ze swo­im byciem sam na sam. Nie poczu­li, że ist­nie­ją. Nie posma­ko­wa­li nie­ustan­ne­go, cią­głe­go poczu­cia trwa­nia, któ­re­go nie spo­sób prze­kre­ślić żad­nym wysił­kiem. Tym samym trud­no im mówić o Bogu. Trud­no im mówić o zba­wie­niu. Roz­mo­wa o tych zagad­nie­niach wyma­ga bowiem uświa­do­mie­nia sobie, że czło­wiek jest kimś więk­szym niż tyl­ko jego zada­nia, że to nie ich siłą zaist­niał. Trwa­nie przy prze­ko­na­niu, że jest kimś małym, że zale­ży tyl­ko od jakie­goś rachun­ku spra­wun­ków, od umie­jęt­no­ści i spraw­no­ści, zamy­ka na reflek­sję o trans­cen­den­cji. Ta wyma­ga sta­nię­cia przy swo­im bycie.

Wyżej poka­za­łem, jak jestem nastro­jo­ny i jaka jest moja wraż­li­wość, jaki mam w sobie głę­bo­ki kapi­tał, by nie skre­ślić Boga i nie wyco­fać się z opo­wie­ści o nim. Zary­so­wa­łem naj­głęb­sze powo­dy swo­je­go cią­głe­go otwar­cia na Kościół. Teraz chciał­bym się podzie­lić swo­imi wąt­pli­wo­ścia­mi, poka­zać, dla­cze­go zaini­cjo­wa­łem w paź­dzier­ni­ku tę naszą deba­tę o pozna­niu w Koście­le, oraz opi­sać, co mnie istot­nie odróż­nia od moich pole­mi­stów.

Zauwa­żam, jak łatwo pomniej­szyć wła­sne doświad­cze­nie. Jak pro­sto moż­na ode­brać mu ran­gę, któ­rą byśmy chcie­li mu nadać. Moi roz­mów­cy wie­lo­krot­nie pod­no­si­li zna­cze­nie takiej wia­ry, któ­ra nie jest pro­stym zespo­łem pod­ręcz­ni­ko­wych pra­wi­deł, ale jest wyda­rze­niem w życiu, spo­tka­niem z kimś (z Bogiem). Ja oczy­wi­ście też posia­dam ten wymiar życia, o czym wyżej wie­le zdań padło. Ale prze­cież to nicze­go nie tłu­ma­czy. Ta reflek­sja onto­lo­gicz­na – że w ist­nie­niu jest coś pew­ne­go i sta­łe­go i nie jest ono względ­ne – oraz wszyst­kie te reflek­sje egzy­sten­cjal­ne - że mi się spra­wy jakoś ukła­da­ją, że odczu­wam nadzie­ję i zaufa­nie, że mam jakieś sta­łe i moc­ne, bio­rą­ce się nie wia­do­mo skąd poczu­cie, że nie skoń­czę mar­nie, poczu­cie miło­ści i głę­bo­kie­go bra­ter­stwa – pod­le­ga­ją oczy­wi­ście zre­du­ko­wa­niu i nie są argu­men­tem w sen­sie ści­słym, nie mają ran­gi dowo­dów. Oto prze­cież bar­dzo łatwo jest zna­leźć ludzi, któ­rych życie pro­wa­dzi do wnio­sków prze­ciw­nych: że są zanie­dba­ni i nie­ko­cha­ni, że abso­lut­nie niko­go nie mają, że nic się im nie ukła­da, że dopa­da ich cią­gle zło, z któ­rym nijak nie mogą wygrać. Są ludzie żyją­cy w cią­głym poczu­ciu klę­ski, auten­tycz­nie bied­ni i poni­że­ni w spo­sób, któ­ry im już żad­nej nadziei nie pozo­sta­wia. Są ludzie real­nie wąt­pią­cy w jaki­kol­wiek sens i z powo­du cier­pie­nia jakoś odre­al­nie­ni, patrzą­cy na swo­je życie jak na mgłę, któ­ra się może roz­wiać w każ­dym momen­cie. Wszy­scy pozna­li­śmy takie oso­by: pogrą­żo­ne w roz­pa­czy i nie­ja­ko nawet zaprze­cza­ją­ce wła­sne­mu ist­nie­niu. Z powo­du traum odbie­ra­ją­ce sobie pra­wo do wszyst­kie­go, nawet do ele­men­tar­nych doznań. Moż­na takich ludzi spo­tkać na co dzień, dużo ich w gabi­ne­tach tera­peu­tów, dużo w rodzi­nach, w miej­scach pra­cy. Nie czu­ją oni żad­ne­go opar­cia i nie wie­rzą w jakie­kol­wiek dobro dla sie­bie. Uda­je im się nie­kie­dy pomóc, ale czę­sto giną. Speł­nia im się dokład­nie ten sce­na­riusz, o któ­rym mówi­li i któ­ry po nich było widać.

Moż­na więc powie­dzieć, że na jed­ną naszą opo­wieść o byciu pro­wa­dzo­nym przez życie, o nadziei i obiet­ni­cy, o sile miło­ści – przy­pa­da jed­na opo­wieść o upodle­niu i stra­cie wszyst­kie­go, o cał­ko­wi­tej destruk­cji czło­wie­czeń­stwa. Chcia­ło­by się powie­dzieć, że każ­de prze­bó­stwie­nie jest syme­trycz­ne do czy­je­goś zezwie­rzę­ce­nia. Czło­wie­czeń­stwo – jak by to widział Kar­te­zjusz – może stać się boskie, może też jed­nak stać się nico­ścią. Trud­no zatem brać wła­sne poczu­cie dobra za mówią­ce o Bogu, bo trze­ba uwzględ­nić zawsze gło­sy innych ludzi, a one są naj­nor­mal­niej w świe­cie sprzecz­ne z obra­zem, któ­ry chcie­li­by­śmy kul­ty­wo­wać. W świe­cie funk­cjo­nu­je po pro­stu za dużo gło­sów i wszyst­kie brzmią rów­nie wia­ry­god­nie. Żaden się nie wyróż­nia i nie wybi­ja na pierw­szy plan. Moje doświad­cze­nie egzy­sten­cji sen­sow­nej i boga­tej w zna­cze­nia nie może być w żad­nym razie przed­ło­żo­ne nad doświad­cze­nie oso­by, któ­ra czu­je się abso­lut­nie opusz­czo­na w swo­jej bie­dzie. Nie wiem, co mia­ło­by mój głos wybić nad jej głos. Co poka­zu­je, że to ja doświad­czam praw­dy w kwe­stii Boga, a nie ona? Może to jej doświad­cze­nie jest słusz­ne i to jej ate­izm jest dro­gą na mia­rę rze­czy­wi­sto­ści?

Widać, że dla wery­fi­ko­wal­ne­go pozna­nia rze­czy­wi­sto­ści pró­ba argu­men­to­wa­nia z wła­sne­go ist­nie­nia, z wła­snej dro­gi w świe­cie, jest kom­plet­nie pozba­wio­na war­to­ści. Tę pró­bę oba­la się w kil­ku pro­stych ruchach. Nie trze­ba tu nawet kon­tra­punk­to­wać sytu­acja­mi innych ludzi, wszak też w obrę­bie wła­sne­go doświad­cze­nia mogę prze­pro­wa­dzić kil­ka ope­ra­cji oba­la­ją­cych jakość tego doświad­cze­nia. Mogę sobie powie­dzieć – i będzie to spój­ne – że poczu­cie zaufa­nia do rze­czy­wi­sto­ści i ocze­ki­wa­nie zba­wi­cie­la, któ­ry zare­agu­je i mnie prze­mie­ni, wyni­ka z wzor­ców domo­wych, z sil­ne­go przy­wią­za­nia do rodzi­ców. Mój zba­wi­ciel może więc się oka­zać mode­lem wsz­cze­pio­nym mi przez mat­kę i ojca, a poczu­cie nadziei brać się stąd, że nigdy w życiu nie spo­tka­ło mnie nie­szczę­ście, z któ­rym moi naj­bliż­si nie umie­li­by sobie pora­dzić. Gdy patrzę na swo­je życie, to widzę, że rze­czy­wi­ście zawsze mogłem – i w bolącz­kach drob­nych, i w spra­wach new­ral­gicz­nych, pod­bram­ko­wych – pole­gać na rodzi­cach. Róż­nie się nam rela­cje kształ­to­wa­ły, histo­rie rodzin­ne zawsze są peł­ne tru­pów w sza­fie, gene­ral­nie oce­niam jed­nak swój kon­takt z rodzi­ca­mi jako zba­wien­ny. Wszel­kie napię­cia uda­wa­ło nam się zawsze prze­kra­czać, to mogło mnie wobec świa­ta nasta­wiać w okre­ślo­ny spo­sób, wytwo­rzyć poczu­cie, że osta­tecz­nie obej­mie mnie swo­isty nad­ro­dzic, któ­ry da mi jesz­cze wię­cej, tak­że to, cze­go mi rodzi­ce nie dali. Być może Jezus Chry­stus to tyl­ko pew­ne odbi­cie myśli o domu, w któ­rym czu­łem się zawsze bez­piecz­nie i któ­ry chciał­bym roz­cią­gnąć na jesz­cze wię­cej spraw. Roz­po­zna­wal­na w sobie skłon­ność ku trans­cen­den­cji może więc być wnie­sie­niem dzie­cięc­twa, któ­re jest we mnie, na poziom nowych natę­żeń i nowych per­spek­tyw. Mogę chcieć zupeł­nie dzie­cię­ce­go speł­nie­nia, a zna­ne mi mode­le teo­lo­gicz­ne dopa­so­wu­ją do tego pra­gnie­nia róż­ne wizje.

Nie twier­dzę, że tak to jest, widzę tyl­ko, że rozum ma moż­li­wość prze­pro­wa­dze­nia takie­go toku myślo­we­go i tego toku raczej nie spo­sób oba­lić, nie spo­sób poka­zać w nim sprzecz­no­ści. Reduk­cja wiel­ko­ści wła­sne­go doświad­cze­nia może się doko­nać choć­by w klu­czu psy­cho­ana­li­zy i wszyst­ko, co otrzy­ma­my, zanie­po­koi nasz rozum i nie pozwo­li mu już nigdy opo­wie­dzieć się za jed­ną tyl­ko opcją. Rozum, któ­ry umie wyko­nać wie­le popraw­nych ope­ra­cji, umie zoba­czyć kil­ka moż­li­wych roz­wią­zań, z któ­rych żad­ne nie będzie rady­kal­nie popraw­niej­sze od pozo­sta­łych, na zawsze pozo­sta­nie już nie­za­spo­ko­jo­ny i skłon­ny do fer­men­tu. Chy­ba, że w koń­cu znaj­dzie tyl­ko jeden popraw­ny komen­tarz, ale na to się w życiu nie zano­si. Rozum raczej zawsze będzie umiał poka­zy­wać wie­le rów­no­praw­nych dróg tłu­ma­cze­nia świa­ta.

I tak dłu­go, jak mój rozum będzie poka­zy­wał mi, że Jezus Chry­stus jest mode­lem tłu­ma­czą­cym moje życie wewnętrz­ne tak samo dobrze, jak inne mode­le, nie będę mógł twier­dzić, że Jezu­sa Chry­stu­sa pozna­łem w spo­sób pew­ny, osta­tecz­ny i nie­moż­li­wy do odpar­cia. Jeśli jakaś ilość mode­li pasu­je tak samo, nie wol­no twier­dzić, że się dys­po­nu­je osta­tecz­nym pozna­niem dane­go zagad­nie­nia. Mówie­nie tutaj o pozna­niu było­by kłam­stwem. Moż­na mówić o wszyst­kim innym: o ryzy­ku przy­ję­cia danej dro­gi, o wyru­sze­niu w świat po omac­ku, o odwa­dze, ale trud­no mówić o pozna­niu.

War­to jesz­cze zwró­cić uwa­gę na to, że tak wiel­ka moż­li­wość reduk­cji wyda­rzeń reli­gij­nych, moż­li­wość odpar­cia ich praw­dzi­wo­ści w kil­ku bar­dzo pro­stych ruchach wyni­ka z tego, że dla oso­by Jezu­sa Chry­stu­sa nie może­my zna­leźć żad­nych wymier­nych feno­me­nów. Jeśli Jezus ist­nie­je i jest wśród nas obec­ny, to przez zna­ki, a nie przez jakieś swo­je obiek­ty, któ­re byśmy obser­wo­wa­li i któ­rych mogli­by­śmy być pew­ni tak, jak jeste­śmy pew­nie tego, że oto Kowal­ski stoi przed nami i mówi. I nie jest to tyl­ko gra­ni­ca mię­dzy zmy­sło­wym a ducho­wym, choć ta gra­ni­ca jest oczy­wi­ście naj­oczy­wist­sza. Jezu­sa po pro­stu nie widać, a inne oso­by widać po ich cia­łach, tym samym pozna­nie Jezu­sa jest moc­no utrud­nio­ne i redu­ko­wal­ne. Ale nie tyl­ko o nama­cal­ność cia­ła idzie, ale tak­że o moż­li­wość wczu­cia się w psy­chi­kę dru­giej oso­by. Tym się cha­rak­te­ry­zu­je rela­cja, że współ­od­czu­wa się z dru­gim, ma się swo­isty dostęp do jego prze­żyć i moż­ne je rekon­stru­ować czy nie­ja­ko odga­dy­wać. Moż­na wresz­cie przyj­mo­wać cudze sta­ny psy­chicz­ne, one się mogą nam udzie­lać, istot­nie nas kształ­to­wać. To wła­śnie widze­nie emo­cji innych ludzi, wpływ na te emo­cje i par­ty­cy­po­wa­nie w nich uwa­żam za naj­istot­niej­szą dro­gę ku oso­bie. Tego wszyst­kie­go w przy­pad­ku Jezu­sa (czy w ogó­le Boga) nie ma, nie zna­my Jezu­so­we­go życia wewnętrz­ne­go, nic nie może­my powie­dzieć o tym, co aktu­al­nie prze­ży­wa. Może­my oczy­wi­ście powie­dzieć, że u Jezu­sa, z racji bóstwa, to wyglą­da ina­czej, ale to jest reflek­sja doko­na­na ex post i tyl­ko pocie­sza­ją­ca, nie­ja­ko doro­bio­na na potrze­by apo­lo­ge­tycz­ne, praw­dą jest bowiem to, że nie mamy do Jezu­sa takie­go dostę­pu, jaki mamy do innych osób. Ta inność umoż­li­wia zane­go­wa­nie ist­nie­nia Jezu­sa czy przy­naj­mniej jego obec­no­ści. Napraw­dę nie nale­ży się dzi­wić, że ktoś odrzu­ca ist­nie­nie bytu, któ­re­go naj­istot­niej­szą cechą jest to, że zacho­wu­je się ina­czej niż pozo­sta­łe byty w swo­jej kate­go­rii. Jezus, rze­ko­mo żywy i obec­ny, nie speł­nia zna­nych nam kate­go­rii żywo­ści i obec­no­ści, trze­ba to sobie wprost powie­dzieć i dostrzec wyni­ka­ją­cą z tego moż­li­wość reduk­cji i nie­wia­ry.

I nie było­by tego moje­go pierw­sze­go tek­stu o pozna­niu w Koście­le, gdy­by w tym miej­scu spra­wy się koń­czy­ły. To zna­czy, gdy­by rze­czy­wi­ście wia­ra w Jezu­sa Chry­stu­sa była spra­wą dyna­micz­ną, otwar­tą i egzy­sten­cjal­ną, prze­zna­czo­ną do oso­bi­ste­go ukształ­to­wa­nia. Mógł­bym się zgo­dzić z moimi inter­lo­ku­to­ra­mi: to jest dia­log o życiu, o wła­snych wybo­rach, o podej­mo­wa­niu oso­bi­stych decy­zji i o ryzy­ku wyni­ka­ją­cym z tego. Usły­sze­li­śmy o Jezu­sie świa­dec­two i wol­no nam na to męż­nie posta­wić, nie ocze­ku­jąc dowo­dów. Wol­no iść za podmu­chem wia­tru i wol­no być bra­wu­ro­wym. Wol­no ufać. Sam ufam, pisa­łem o tym wyżej wie­le razy. Wiem, czym jest zaufa­nie, któ­re ist­nie­je wbrew racjom, wbrew dys­ku­sjom.

Sęk w tym, że Kościół nie jest tyl­ko wspól­no­tą życia, któ­ra daje obiet­ni­cę i tra­fia w ludz­kie pra­gnie­nia, mie­rzy się z wąt­pli­wo­ścia­mi i jest odkry­wa­niem ludz­kich losów, ale jest tak­że – a dla nie­któ­rych przede wszyst­kim – zespo­łem pre­cy­zyj­nych zdań o rze­czy­wi­sto­ści, swo­istym wykła­dem o świe­cie, zbio­rem kon­kret­nych sądów. Pró­bą skon­stru­owa­nia nauki, któ­ra ma być zupeł­nie syme­trycz­na do nauk szcze­gó­ło­wych.

Roz­po­zna­jąc w swo­im życiu ten egzy­sten­cjal­ny i ontycz­ny walor całej spra­wy – o czym w pierw­szym aka­pi­tach tego tek­stu napi­sa­łem spo­ro – nie mogę się jed­no­cze­śnie zgo­dzić, że Kościół nie budu­je mode­lu rze­czy­wi­sto­ści, któ­ry może pod­le­gać ana­li­zie i kry­ty­ce i któ­ry moż­na popro­sić o wyło­że­nie kart na stół i poka­za­nie, co napraw­dę ma na swo­ją obro­nę.

Stąd wła­śnie moja potrze­ba prze­pro­wa­dze­nia tej naszej deba­ty: z dostrze­że­nia, że Kościół nie jest li tyl­ko bra­ter­stwem i wspól­nym rzu­ca­niem się na głę­bo­ką wodę, ale jakąś pró­bą zbu­do­wa­nia part­ner­stwa dla nauki w dzie­le opi­sy­wa­nia rze­czy­wi­sto­ści. Sko­ro więc naukę spraw­dza­my, to i powin­ni­śmy spraw­dzić Kościół. Nie jest bowiem praw­dą – jak nie­któ­rzy suge­ru­ją czę­sto – że Kościół wypo­wia­da się w innych kwe­stiach i w innych obsza­rach niż nauka. Uwa­żam, że odno­si się dokład­nie do tych samych spraw, co fizy­ka, che­mia czy bio­lo­gia. Ducho­wość opar­ta na regu­le fides et ratio, pró­ba udo­wod­nie­nia, że nauka innych sfer doty­ka, a teo­lo­gia innych, i nie ma kon­flik­tu, jest, według mnie, mitem.

Wszak czo­ło­we zda­nie chrze­ści­jań­stwa, że Jezus zmar­twych­wstał, jest sądem fizycz­nym. To jest sąd o tym, że dane cia­ło wpierw było zmar­łe, a potem zno­wu było żywe i wyszło z gro­bu. Z tym cia­łem coś się sta­ło, coś, co się z cia­ła­mi na co dzień nie dzie­je, i nie wol­no twier­dzić, że to jest jakiś obszar wyjąt­ko­wy, trze­ba zoba­czyć, że to jest bar­dzo moc­no zako­rze­nio­ne w naszym mate­rial­nym świe­cie. Trze­ba zoba­czyć, że sąd o zmar­twych­wsta­niu nie znaj­du­je w aktu­al­nym opi­sie nauko­wym i w empi­rii żad­nych pod­staw. Mówiąc żar­to­bli­wie, zda­niem o zmar­twych­wsta­niu nie zro­bi się karie­ry nauko­wej. To zda­nie jest zupeł­nie wyrwa­ne ze wszyst­kim zna­nych nam kon­tek­stów i napraw­dę bar­dzo się trze­ba posta­rać, żeby jakoś to zda­nie obro­nić. Jak Kościół tego bro­ni? Nijak, bo prze­cież – i wszy­scy o tym dosko­na­le wie­my – nie spo­sób poka­zać, w jaki spo­sób zmar­łe cia­ło oży­ło i wyszło z gro­bu. Nie mamy w ogó­le ani żad­nych narzę­dzi, ani mode­li, ani mate­ria­łu porów­naw­cze­go, by się tym zająć.

Tym samym sytu­acja jest pato­wa – zda­nie, któ­re ma moc­ny fizycz­ny wydźwięk: zmar­łe cia­ło prze­sta­ło być zmar­łe, nie znaj­du­je żad­nych fizycz­nych uwia­ry­god­nień. Pyta­nie: po co więc takie zda­nie gło­sić, na pod­sta­wie cze­go? Jakim cudem moż­na zda­nia fizycz­ne gło­sić bez żad­nej fizycz­nej pod­bu­do­wy? Przy­znam, że nie radzę sobie z sytu­acją, w któ­rej roz­po­wszech­nia się kon­kret­ne zda­nia, któ­re jed­nak nie mają na swo­ją obro­nę żad­nych kon­kret­nych dowo­dów. Nie potrze­bu­ję tych dowo­dów, gdy ktoś mówi, że ufa Bogu, ale zda­nie, że zmar­ły wyszedł z gro­bu, już jakichś uza­sad­nień wyma­ga w tym świe­cie, w któ­rym zmar­li z gro­bów nie wycho­dzą. Nie jest więc słusz­nym zarzut moich inter­lo­ku­to­rów, że to ja wpro­wa­dzam reflek­sję o Bogu na poziom fizycz­nych kon­kre­tów, to robi Kościół, któ­ry swo­ją wia­rę zako­rze­nie­nia nie w mistycz­nym, nie­okre­ślo­nym spo­tka­niu z Jezu­sem, ale w sze­re­gu pozy­tyw­nych, pre­cy­zyj­nych zdań. Z całym sza­cun­kiem do moich pole­mi­stów, któ­rym jestem bar­dzo wdzięcz­ny za udział w deba­cie i w któ­rych pozna­łem ludzi wiel­kiej wraż­li­wo­ści i inte­lek­tu: nie są misty­ka­mi, nie piszą poema­tów o Bogu, tyl­ko gło­szą pewien kon­kret­ny pro­gram o świe­cie, o ludz­kich zacho­wa­niach, o moral­no­ści, pro­gram wyni­ka­ją­cy z mnó­stwa bar­dzo szcze­gó­ło­wych zało­żeń.

Moż­na kro­czyć ścież­ka­mi apo­fa­tycz­ny­mi i zachwy­cać się odbi­cia­mi bóstwa w codzien­no­ści, moż­na być czło­wie­kiem głę­bo­kiej ducho­wo­ści – na to widzę mnó­stwo miej­sca – ale już ogrom­nie mnie dzi­wi, w jaki spo­sób doko­nu­je się to przej­ście od ducho­wej otwar­to­ści do cią­gu tysią­ca zdań regu­lu­ją­cych życie we wszyst­kich jego aspek­tach. Przy­znam, że abso­lut­nie już sobie wytłu­ma­czyć nie mogę, jaki­mi dro­ga­mi od poczu­cia bli­sko­ści Jezu­sa ktoś docho­dzi do prze­ko­na­nia, że nie może sto­so­wać anty­kon­cep­cji, że nie może sto­so­wać meto­dy in vitro, że nie może sypiać z part­ne­rem przed ślu­bem etc. To przej­ście mi umy­ka, bo jest po pro­stu przej­ściem od reli­gij­no­ści głę­bo­kiej do jakiejś reli­gij­no­ści szcze­gó­ło­wej, pozy­ty­wi­stycz­nej, w któ­rej war­to by mieć jakieś moc­ne argu­men­ty, któ­rych się jed­nak nie ma albo ma się zupeł­nie nie­ewi­dent­ne.

Myślę, że moi roz­mów­cy widzą już dobrze moje poło­że­nie życio­we, mój aktu­al­ny spo­sób bycia: nie jestem w sta­nie doko­nać przej­ścia od wła­sne­go wnę­trza do reli­gij­no­ści będą­cej sys­te­mem, bo widzę, że to przej­ście musi się doko­nać z pomo­cą rozu­mu, a mój rozum nie odnaj­du­je żad­nych racji dla tego aktu. Tak wła­śnie widzę rolę rozu­mu w dro­dze reli­gij­nej: on ma uza­sad­nić to przej­ście od reli­gij­nej nadziei do reli­gij­ne­go pro­gra­mu. Tak też zaty­tu­ło­wa­łem swój esej. Uwa­żam, że to przej­ście jest abso­lut­nie fun­da­men­tal­ną jako­ścią w roz­mo­wach o reli­gii i źró­dłem wszyst­kich spo­rów o nią. Wie­lu ludzi zupeł­nie auten­tycz­nych w swo­ich ducho­wych pory­wach nie jest w sta­nie doko­nać takie­go przej­ścia, bo nie znaj­du­je żad­nej racji dla tego kro­ku.

O tę rację chciał­bym Pań­stwa zapy­tać. O wska­za­nie tej racji popro­sić. W jaki spo­sób swo­je ducho­we skłon­no­ści miał­bym umo­co­wać w nie­zwy­kle pre­cy­zyj­nym sądzie o zmar­twych­wsta­niu Jezu­sa? W jaki spo­sób uzgad­nia się tę kru­chą chrze­ści­jań­ską nadzie­ję, tak łatwo redu­ko­wal­ną, z moc­nym, fizycz­nym zda­niem o tym, że Jezus fak­tycz­nie wyszedł z gro­bu? Jak pogo­dzić powiew tej pier­wot­nej, w pierw­szych aka­pi­tach tego ese­ju nie­źle scha­rak­te­ry­zo­wa­nej nadziei, że Jezus może rato­wać czło­wie­ka od śmier­ci, ze zda­niem rozu­mu, że wycho­dze­nie z gro­bu jest nie­moż­li­we? Czy Pań­stwo macie odpo­wied­nie argu­men­ty?

W cyklu „Jak poznaje Kościół” uka­zały się teksty: