myslimy
| 12 stycznia 2015 ]

Odpowiedzialność autorytetu

Dyskusja o metodzie ojca Szustaka – część 4

Bardzo dobrze się stało, że Jarosław Dudycz swoim artykułem rozpoczął dyskusję na temat metody duszpasterskiej o. Adama Szustaka OP. Zresztą dyskusja rozgorzała nie tylko tam, bo w wielu miejscach naszego polskiego „katolickiego internetu” tekst ten był żywo komentowany i omawiany. Uważam to za zjawisko godne pochwały nie tylko ze względu na ten konkretny temat, ale także na uniwersalną potrzebę dialogu. Potrzebujemy w Kościele rozmawiać o sprawach najważniejszych i, jak słusznie zauważył Dudycz w swoim wpisie na Facebooku, potrzebujemy rozmawiać merytorycznie, a nie emocjonalnie. Tradycja Kościoła daje nam piękne przykłady płomiennych sporów teologicznych i wytrwałego poszukiwania prawdy. Zachowując oczywiście skalę tematu, możemy spojrzeć na wzór św. Augustyna, który właśnie także publicznymi debatami rozwijał katolicką myśl teologiczną. Podstawowym natchnieniem do takiego poszukiwania powinny być dla nas stale słowa samego Chrystusa: „Poznacie prawdę, a prawda Was wyzwoli” [1].

„Bogu, który jedynie jest mądry”[2]

O. Szustak nie jest pierwszym charyzmatycznym kaznodzieją, nie jest też zapewne ostatnim. Jak Ojciec Święty Franciszek powtarza za Benedyktem XVI w adhortacji apostolskiej „Evangelii gaudium”, Kościół nie rośnie przez nawracanie, ale przez przyciąganie[3]. Potrzebujemy zatem niestrudzonych głosicieli Słowa, którzy będą potrafili porwać słuchaczy, zachęcić ich atrakcyjnością i radością Ewangelii, by to ziarno Dobrej Nowiny mogło w nich wykiełkować. Znam osobiście ludzi, którym rekolekcje i konferencje o. Szustaka pomogły w nawróceniu, których przyciągnęły do Kościoła. I każdy taki człowiek dowodzi wartości jego ewangelizowania. Znam też jednak osoby, w których początkowa fascynacja po pewnym czasie wygasła i których drogi z chrześcijaństwem znów się rozeszły. Dlaczego tak się dzieje? Co możemy, jako wspólnota troszczących się o siebie nawzajem wyznawców, zrobić, żeby ten neoficki zapał nie wygasał, ale przemieniał się w świadomą i dojrzałą wiarę?

W tym momencie należy zapytać przede wszystkim, co jest fundamentem nawrócenia. Czy Bóg i jego orędzie miłości, czy też charyzmatyczny i podziwiany kapłan, który przemawia tak pięknie, tak prawdziwie, że serce rwie się do zanurzenia w każdym słowie? Św. Paweł w 1 Liście do Koryntian pisze słowa, które osobiście uznaję za jedne z najpiękniejszych w całym Piśmie Świętym:

Myślę o tym, co każdy z was mówi: «Ja jestem Pawła, a ja Apollosa; ja jestem Kefasa, a ja Chrystusa». Czyż Chrystus jest podzielony? Czyż Paweł został za was ukrzyżowany? Czyż w imię Pawła zostaliście ochrzczeni? [4]

To wołanie św. Pawła dotyka w równej mierze nas, świeckich, co kapłanów – zwłaszcza rekolekcjonistów, którzy szczególnie uczestniczą w misyjnej posłudze Kościoła. Jest stare przysłowie, które mówi, że gdy mędrzec wskazuje na gwiazdę, głupiec patrzy na palec. Pozostawiając na boku użyte w przysłowiu obraźliwe sformułowanie, warto zaznaczyć, że odpowiedzialność spoczywa także na „mędrcu”. To on musi zadbać, żeby nie skupić uwagi na sobie, ale całą swoją postawą wskazywać na coś o wiele ważniejszego. Paradoksalnie im większa skuteczność, im większy zasięg ewangelizatora, tym większe niebezpieczeństwo błędnego zrozumienia. Dlatego ze smutkiem obserwuję bardzo emocjonalne reakcje na tekst Jarosława Dudycza, które zamiast przyjąć styl ubogacającej merytorycznej debaty i odpowiedzieć na przedstawione przez autora poglądy, traktują każdą dyskusję na temat wypowiedzi o. Szustaka jako uderzenie w niego czy nawet zaprzeczenie jego wartości. A przede wszystkim, co najbardziej smuci, personalnie atakują autora, kwestionując jego wiarę, inteligencję czy kompetencję. Mocno tkwią w mojej pamięci słowa, które w czasie kursu ceremoniarzy liturgicznych usłyszałem od ks. Zbigniewa Kapłańskiego. Powiedział on, że chrześcijanin powinien mieć wątpliwości. Bo człowiek, który nie ma wątpliwości, jest fanatykiem. A fanatycy są niebezpieczni. Bądźmy więc otwarci na rozmowę – na wymianę poglądów, która niekoniecznie ma prowadzić do przekonania rozmówcy i zmiany jego zdania, ale do wzajemnego wzbogacenia.

Przypadek słuchaczy dominikanina jest najbardziej wyraźny, ale niestety nie jedyny. Zbyt częste są w polskim Kościele przykłady grup skupionych wokół konkretnego kapłana, wspólnoty czy świeckiego autora, których zamknięcie na konstruktywny krytycyzm sprawia wrażenie izolacji wykluczającej możliwość pogłębiania jedności Kościoła powszechnego. A o kluczowym znaczeniu tej jedności mówi już nie tylko św. Paweł, ale i sam Jezus w Modlitwie Arcykapłańskiej:

Nie tylko za nimi proszę, ale i za tymi, którzy dzięki ich słowu będą wierzyć we Mnie; aby wszyscy stanowili jedno, jak Ty, Ojcze, we Mnie, a Ja w Tobie, aby i oni stanowili w Nas jedno, aby świat uwierzył, żeś Ty Mnie posłał. I także chwałę, którą Mi dałeś, przekazałem im, aby stanowili jedno, tak jak My jedno stanowimy. Ja w nich, a Ty we Mnie! Oby się tak zespolili w jedno, aby świat poznał, żeś Ty Mnie posłał i żeś Ty ich umiłował tak, jak Mnie umiłowałeś [5].

W ostatnich latach mogliśmy się boleśnie przekonać o groźnych konsekwencjach porzucania jedności. Wystarczy wspomnieć o wciąż żywych w świadomości niektórych wiernych pismach suspendowanego już ks. Piotra Natanka czy nadużyciach w kierownictwie duchowym, przez które zastąpiono głównych duszpasterzy wspólnoty Ruchu Rodzin Nazaretańskich. Zaznaczam, że w żadnym wypadku nie sugeruję podobieństwa takich wypaczeń do działalności o. Adama Szustaka. Przypominam jednak o tych wydarzeniach, aby raz jeszcze uzmysłowić nam wszystkim, że niezależnie od kapłanów, których szanujemy i słuchamy, od rekolekcji, w których uczestniczymy, czy od wspólnot, w których działamy, wszystkie te aktywności mają sens o tyle, o ile są zanurzone w Bogu i ufając kierowanemu przez Ducha Świętego Kościołowi, umacniają jego jedność.

„Pożyteczne do nauczania, do przekonywania, do poprawiania, do kształcenia w sprawiedliwości”[6]

Przejdźmy do merytorycznych argumentów, jakie w swoim artykule wysuwa Jarosław Dudycz. Pisze on, że o. Szustak zaniedbuje dosłowne, historyczne znaczenie Pisma Świętego, skupiając się jedynie na jego teologicznym odniesieniu do życia każdego i każdej z nas. Przede wszystkim, jak słusznie zauważa Katarzyna A. Nocuń, cytując List do Hebrajczyków (chociaż już błędnie przypisując jego autorstwo św. Pawłowi − ta kwestia dla biblistów cały czas pozostaje niejasna), w odnoszeniu historii biblijnych do naszego życia nie ma absolutnie nic zdrożnego, „żywe bowiem jest słowo Boże, skuteczne i ostrzejsze niż wszelki miecz obosieczny” [7]. O tej skuteczności pisze także św. Paweł: „Bo ja nie wstydzę się Ewangelii, jest bowiem ona mocą Bożą ku zbawieniu dla każdego wierzącego, najpierw dla Żyda, potem dla Greka [8]”.

Zatem powinniśmy odczytywać Pismo Święte, nie tylko interpretując to, co znaczyło dla jego bohaterów lub starożytnych adresatów, ale także (a może przede wszystkim) poszukiwać wskazówek i rad, które dzisiaj Bóg kieruje przez natchnione księgi do nas. Autorka polemiki, wytykając błąd Dudyczowi, sama nie ustrzegła się jednak nieścisłości. Napisała: „To jednak Dudycz popełnia błąd, traktując wydarzenie opisane w Pięcioksięgu niczym w kronice wydarzeń we współczesnym rozumieniu tego słowa. To anachronizm”. Otóż niezupełnie. Zanim jednak wyjaśnię dlaczego, zacytuję jeszcze fragment z kolejnej polemiki, tym razem autorstwa Michała Lewandowskiego:

Nawiązując jednak do wyczulenia, z jakim autor traktuje realistyczną interpretację Pisma […], chciałoby się zapytać, jak według tego samego klucza (nie tyle biblijnych metafor, nie tyle drugiego dna, ile realnych wydarzeń) odczyta on na przykład opowieści o Jonaszu przebywającym przez trzy dni w brzuchu wielkiej ryby bądź konstruowany przez wieleset lat opis (występujący w dwóch wersjach) stworzenia świata. Czy w ich kontekście na pierwszy plan także winny wysuwać się realne wydarzenia czy może bardziej ukryta i metaforyczna treść, którą chciał zawrzeć żyjący w konkretnych warunkach kulturowych i historycznych autor natchniony?

Problem z dwoma powyższymi cytatami jest taki, że Pismo Święte nie jest jednolitym utworem – „Biblia” oznacza de facto „księgi”, zatem już sama nazwa sugeruje pluralizm, który trzeba uwzględnić przy szukaniu sensu wyrazowego. Dlatego nie można do jednego worka wrzucać całego Pięcioksięgu (z opisem Stworzenia i dziejów Mojżesza), historii Jonasza i na przykład Apokalipsy św. Jana. Aby wyjaśnić, dlaczego nie powinno się z interpretacji jednego tekstu przez analogię przeskakiwać do innego, przypomnę krótko podstawowe fakty o księgach natchnionych.

Pismo Święte składa się z 73 ksiąg, z których 46 stanowi Stary Testament, a 27 Nowy Testament. Księgi te dzielimy na trzy kategorie – historyczne, dydaktyczne (mądrościowe) i prorockie. Zasadniczo jedynie księgi historyczne (od Księgi Rodzaju do 2 Księgi Kronik oraz Ewangelie i Dzieje Apostolskie) są kronikarskim opisem zdarzeń, które miały miejsce w określonym momencie dziejów Izraela. Niesłusznie więc Katarzyna Nocuń nazywa takie podejście do Pięcioksięgu anachronizmem. Jest jednak jeden wyjątek – pierwsze jedenaście rozdziałów Księgi Rodzaju stanowi tak zwaną „prehistorię biblijną”. Zostały napisane znacznie później i nie stanowią opisu historycznego. Wstęp do Księgi Rodzaju w Biblii Tysiąclecia mówi:

Chodzi tu raczej o etapy dziejów ludzkości niż o konkretne wydarzenia (stworzenie, raj i pierwszy grzech, bratobójstwo, potop i pierwsze przymierze z Bogiem, wieża Babel).

Dlatego opisu (czy raczej opisów) Stworzenia nie można interpretować w taki sam sposób jak Księgi Wyjścia. Pierwszy rozdział Księgi Rodzaju jest poematem, którego treść objawia się w refrenie – Bóg stworzył świat i człowieka, a całe stworzenie było dobre. Reszta tego rozdziału jest formą, w którą natchniony autor wtłoczył swoje myśli. Jednakże od przymierza Boga z Abrahamem rozpoczyna się historia biblijna, której w żadnym razie nie powinniśmy sprowadzać do symboliki.

Michał Lewandowski pisze również o historii Jonasza. Zaliczamy ją do ksiąg prorockich (jej bohaterem jest zapewne prorok Jonasz z Gat ha-Chefer żyjący w VIII wieku przed Chrystusem), jednak sam jej charakter jest bardziej dydaktyczny niż historyczny. W tym zakresie blisko jej zatem do mądrościowej Księgi Hioba. Odwołam się znów do wstępu z Biblii Tysiąclecia:

Księga Jonasza nie jest ani autobiografią Proroka, ani jego biografią realną, ale wydaje się, iż jest to utwór dydaktyczny. Historia bowiem nie notuje faktu tak wspaniałego nawrócenia Niniwy. […] Te dane pozwalają przypuszczać, iż Księga Jonasza należy do rodzaju literackiego midraszów, bardzo rozwiniętych po niewoli, które podawały jakąś lekcję budującą. Księga Jonasza chce pouczyć o woli miłosiernego Boga, który czeka nas znak prawdziwej pokuty, aby móc przebaczyć.

Wracając do o. Szustaka, jeśli chodzi o jego podejście do historyczności wydarzeń biblijnych, skupiłbym się raczej na tym, że interpretację niektórych fragmentów opiera na poetyckich szczegółach, które nie stanowią ich natchnionej treści. Tak było na przykład z, godnymi skądinąd polecenia, rekolekcjami „Noe. człowiek, który chodził z Bogiem” czy wcześniejszymi rekolekcjami internetowymi „Wilki dwa”. Wydaje mi się jednak, że dominikanin zdaje sobie sprawę z tych wątpliwych interpretacji, bo kilkukrotnie, nawiązując do swoich nauk, zwracał uwagę na tę niehistoryczność. W tym kontekście można także dostrzec niepokojącą tendencję do naginania Pisma Świętego do własnej homilii poprzez czasami bardzo swobodne podejście do znaczenia danego fragmentu. Warto by się zastanowić, czy zadaniem nas wszystkich nie powinno być raczej naginanie życia i nauczania do Ewangelii, nie zaś odwrotnie.

Ars celebrandi

Ostatnim tematem, jaki chcę poruszyć, jest podejście o. Adama Szustaka do liturgii. Niedawno zakończyły się adwentowe rekolekcje internetowe „Plaster miodu”, które zgromadziły niespotykaną wcześniej liczbę ludzi słuchających Słowa Bożego i jednoczących się we wspólnej modlitwie. Tymczasem na samym początku tych rekolekcji zakonnik kilkukrotnie zaznaczył, że Adwent nie jest okresem oczekiwania na Boże Narodzenie, ale wyłącznie przygotowaniem na powtórne przyjście Chrystusa, oraz, jako czas podobny do Wielkiego Postu, nie jest okresem radosnym. W odniesieniu do sformułowania „radosny czas oczekiwania na Święta Bożego Narodzenia” padło nawet takie zdanie:

Muszę się przyznać, że do głębi serca nie cierpię tego wyrażenia. Dlatego że mam takie jakieś dogłębne przekonanie, że każde słowo w tym wyrażeniu jest jakoś absolutnie nieprawdziwe i że ono nie opowiada o tym, czym jest Adwent.

Zostawmy na chwilę temat tej wypowiedzi i zastanówmy się, czym jest liturgia i jakimi prawami się rządzi. Przede wszystkim jej centrum, a także szerzej centrum życia chrześcijańskiego, jest Eucharystia, w której jednoczymy się ze zbawionymi w Niebie i włączamy w sprawowanie wiecznej Ofiary Chrystusa. Nad kształtem tej celebracji czuwa Urząd Nauczycielski Kościoła, który, kierowany opieką Ducha Świętego, ustala sposoby, formy i znaki rządzące składaniem tej Ofiary. Można więc powiedzieć, że liturgia jest danym nam przez Kościół językiem, którym możemy w najdoskonalszy sposób komunikować się z Bogiem, uczestnicząc w największej tajemnicy w historii Zbawienia – tajemnicy odkupienia człowieka.

Powyższy fragment ma na celu pokazanie, że przepisy liturgiczne nie są jedynie wskazówką, którą można wedle uznania zmodyfikować, ale trudnym do przecenienia aspektem życia Kościoła, jego uświęconym udziałem w śmierci i zmartwychwstaniu Chrystusa. Co więc Święta Matka Kościół mówi nam o Adwencie? Za każdym razem, gdy mowa o okresach liturgicznych, warto sięgnąć do „Ogólnych norm roku liturgicznego i kalendarza”. Czytamy tam:

Okres Adwentu ma podwójny charakter. Jest okresem przygotowania do uroczystości Narodzenia Pańskiego, przez którą wspominamy pierwsze przyjście Syna Bożego do ludzi.

Równocześnie jest okresem, w którym przez wspomnienie pierwszego przyjścia Chrystusa kieruje się dusze ku oczekiwaniu Jego powtórnego przyjścia na końcu czasów. Z obu tych względów Adwent jest okresem pobożnego i radosnego oczekiwania [9].

Adwent ma podwójny charakter, w tych dwóch uzupełniających się znaczeniach tkwi jego piękno, którego nie można spłycać i upraszczać. Rozumiem doskonale chęć podkreślenia aspektu oczekiwania na Paruzję, ale odrzucanie i nazywanie nieprawdziwą uświęconej Tradycji Kościoła budzi mój głęboki sprzeciw. Co więcej, Liturgia Słowa Adwentu (zwłaszcza szczególnie intensywnie wykorzystywana Księga Izajasza) wprost nawiązują właśnie do oczekiwanego przez Naród Wybrany przyjścia Mesjasza, do narodzenia Chrystusa.

Powyższy fragment uzupełnijmy o następny, pochodzący z „Ceremoniału liturgicznej posługi biskupów”, który szerzej mówi o radosnym charakterze tego okresu oraz różnicach w stosunku do Wielkiego Postu:

Od Środy Popielcowej aż do momentu intonacji hymnu Chwała na wysokości Bogu we Mszy Wigilii Paschalnej grę na organach i na innych instrumentach ogranicza się tylko do podtrzymania śpiewu [10].

W Okresie Adwentu należy używać organów i innych instrumentów muzycznych. Należy zdobić ołtarz kwiatami, z umiarem odpowiadającym charakterowi tego czasu, bez uprzedzania pełnej radości świątecznej płynącej z Narodzenia Pańskiego [11].

Zakazuje się przyozdabiać ołtarza kwiatami w okresie Wielkiego Postu [12].

Zatem Adwent jest okresem radosnym – świadczy o tym nie tylko wspomniana już bezpośrednia informacja, ale również zachęta do używania organów i zdobienia ołtarza kwiatami. To właśnie ograniczenie muzyki i zakaz przystrajania ołtarza są głównymi znakami akcentującymi pokutny charakter Wielkiego Postu

Mówiąc o ewangelizacji, nie wolno nigdy zapominać o jej owocach. A te w przypadku o. Szustaka są niezaprzeczalne. Szacunek dla osiągnięć nie wyklucza jednak merytorycznej rozmowy, która może nas wszystkich ubogacić i zbliżyć do prawdy. Dlatego bardzo się cieszę, że ta dyskusja ma miejsce, a także że mam możliwość wziąć w niej udział i podzielić się moimi przemyśleniami. Te najprościej wyrażają się w tym, że na kapłanach spoczywa olbrzymia odpowiedzialność związana z posiadanym przez nich autorytetem, a im bardziej charyzmatyczny człowiek, tym mocniej działają jego nauki. Rekolekcjoniści muszą więc nieustannie pamiętać o tym, żeby swoim nauczaniem wskazywać na Boga, nie zaś na siebie, a także nie zapominać o potężnym i nie zawsze uświadomionym wpływie, jaki autorytet wywiera na słuchaczy. Natomiast my, słuchający głoszących Słowo kapłanów, pamiętajmy, by zawsze konfrontować ich słowa z tym, czego od wieków naucza Tradycja Kościoła.


[1] J 8,32.
[2] Rz 16,27.
[3] Por. EG 14.
[4] 1 Kor 1,12-13.
[5] J 17,20-23.
[6] 2 Tm 3,16.
[7] Hbr 4,12.
[8] Rz 1,16.
[9] „Ogólne normy roku liturgicznego i kalendarza”, nr 39.
[10] CE 41.
[11] CE 236.
[12] CE 48.

Artykuł stanowi część dyskusji zapoczątkowanej tekstem Jarosława Dudycza „Między teologią a psychologią − manowce ojca Szustaka”. Pozostałe teksty:

Katarzyna Nocuń, „Zobaczę, że jestem jak Piotr
Michał Lewandowski, „Realne i metaforyczne
Marcin Suskiewicz, „Bóg nie wprost
Sebastian Adamkiewicz „Żywe Słowo na palmie”