myslimy
| 12 stycznia 2015 ]

Odpowiedzialność autorytetu

Dyskusja o metodzie ojca Szustaka – część 4

Bar­dzo dobrze się sta­ło, że Jaro­sław Dudycz swo­im arty­ku­łem roz­po­czął dys­ku­sję na temat meto­dy dusz­pa­ster­skiej o. Ada­ma Szu­sta­ka OP. Zresz­tą dys­ku­sja roz­go­rza­ła nie tyl­ko tam, bo w wie­lu miej­scach nasze­go pol­skie­go „kato­lic­kie­go inter­ne­tu” tekst ten był żywo komen­to­wa­ny i oma­wia­ny. Uwa­żam to za zja­wi­sko god­ne pochwa­ły nie tyl­ko ze wzglę­du na ten kon­kret­ny temat, ale tak­że na uni­wer­sal­ną potrze­bę dia­lo­gu. Potrze­bu­je­my w Koście­le roz­ma­wiać o spra­wach naj­waż­niej­szych i, jak słusz­nie zauwa­żył Dudycz w swo­im wpi­sie na Face­bo­oku, potrze­bu­je­my roz­ma­wiać mery­to­rycz­nie, a nie emo­cjo­nal­nie. Tra­dy­cja Kościo­ła daje nam pięk­ne przy­kła­dy pło­mien­nych spo­rów teo­lo­gicz­nych i wytrwa­łe­go poszu­ki­wa­nia praw­dy. Zacho­wu­jąc oczy­wi­ście ska­lę tema­tu, może­my spoj­rzeć na wzór św. Augu­sty­na, któ­ry wła­śnie tak­że publicz­ny­mi deba­ta­mi roz­wi­jał kato­lic­ką myśl teo­lo­gicz­ną. Pod­sta­wo­wym natchnie­niem do takie­go poszu­ki­wa­nia powin­ny być dla nas sta­le sło­wa same­go Chry­stu­sa: „Pozna­cie praw­dę, a praw­da Was wyzwo­li” [1].

„Bogu, który jedynie jest mądry”[2]

O. Szu­stak nie jest pierw­szym cha­ry­zma­tycz­nym kazno­dzie­ją, nie jest też zapew­ne ostat­nim. Jak Ojciec Świę­ty Fran­ci­szek powta­rza za Bene­dyk­tem XVI w adhor­ta­cji apo­stol­skiej „Evan­ge­lii gau­dium”, Kościół nie rośnie przez nawra­ca­nie, ale przez przy­cią­ga­nie[3]. Potrze­bu­je­my zatem nie­stru­dzo­nych gło­si­cie­li Sło­wa, któ­rzy będą potra­fi­li porwać słu­cha­czy, zachę­cić ich atrak­cyj­no­ścią i rado­ścią Ewan­ge­lii, by to ziar­no Dobrej Nowi­ny mogło w nich wykieł­ko­wać. Znam oso­bi­ście ludzi, któ­rym reko­lek­cje i kon­fe­ren­cje o. Szu­sta­ka pomo­gły w nawró­ce­niu, któ­rych przy­cią­gnę­ły do Kościo­ła. I każ­dy taki czło­wiek dowo­dzi war­to­ści jego ewan­ge­li­zo­wa­nia. Znam też jed­nak oso­by, w któ­rych począt­ko­wa fascy­na­cja po pew­nym cza­sie wyga­sła i któ­rych dro­gi z chrze­ści­jań­stwem znów się roze­szły. Dla­cze­go tak się dzie­je? Co może­my, jako wspól­no­ta trosz­czą­cych się o sie­bie nawza­jem wyznaw­ców, zro­bić, żeby ten neo­fic­ki zapał nie wyga­sał, ale prze­mie­niał się w świa­do­mą i doj­rza­łą wia­rę?

W tym momen­cie nale­ży zapy­tać przede wszyst­kim, co jest fun­da­men­tem nawró­ce­nia. Czy Bóg i jego orę­dzie miło­ści, czy też cha­ry­zma­tycz­ny i podzi­wia­ny kapłan, któ­ry prze­ma­wia tak pięk­nie, tak praw­dzi­wie, że ser­ce rwie się do zanu­rze­nia w każ­dym sło­wie? Św. Paweł w 1 Liście do Koryn­tian pisze sło­wa, któ­re oso­bi­ście uzna­ję za jed­ne z naj­pięk­niej­szych w całym Piśmie Świę­tym:

Myślę o tym, co każ­dy z was mówi: «Ja jestem Paw­ła, a ja Apol­lo­sa; ja jestem Kefa­sa, a ja Chry­stu­sa». Czyż Chry­stus jest podzie­lo­ny? Czyż Paweł został za was ukrzy­żo­wa­ny? Czyż w imię Paw­ła zosta­li­ście ochrzcze­ni? [4]

To woła­nie św. Paw­ła doty­ka w rów­nej mie­rze nas, świec­kich, co kapła­nów – zwłasz­cza reko­lek­cjo­ni­stów, któ­rzy szcze­gól­nie uczest­ni­czą w misyj­nej posłu­dze Kościo­ła. Jest sta­re przy­sło­wie, któ­re mówi, że gdy mędrzec wska­zu­je na gwiaz­dę, głu­piec patrzy na palec. Pozo­sta­wia­jąc na boku uży­te w przy­sło­wiu obraź­li­we sfor­mu­ło­wa­nie, war­to zazna­czyć, że odpo­wie­dzial­ność spo­czy­wa tak­że na „mędr­cu”. To on musi zadbać, żeby nie sku­pić uwa­gi na sobie, ale całą swo­ją posta­wą wska­zy­wać na coś o wie­le waż­niej­sze­go. Para­dok­sal­nie im więk­sza sku­tecz­ność, im więk­szy zasięg ewan­ge­li­za­to­ra, tym więk­sze nie­bez­pie­czeń­stwo błęd­ne­go zro­zu­mie­nia. Dla­te­go ze smut­kiem obser­wu­ję bar­dzo emo­cjo­nal­ne reak­cje na tekst Jaro­sła­wa Dudy­cza, któ­re zamiast przy­jąć styl ubo­ga­ca­ją­cej mery­to­rycz­nej deba­ty i odpo­wie­dzieć na przed­sta­wio­ne przez auto­ra poglą­dy, trak­tu­ją każ­dą dys­ku­sję na temat wypo­wie­dzi o. Szu­sta­ka jako ude­rze­nie w nie­go czy nawet zaprze­cze­nie jego war­to­ści. A przede wszyst­kim, co naj­bar­dziej smu­ci, per­so­nal­nie ata­ku­ją auto­ra, kwe­stio­nu­jąc jego wia­rę, inte­li­gen­cję czy kom­pe­ten­cję. Moc­no tkwią w mojej pamię­ci sło­wa, któ­re w cza­sie kur­su cere­mo­nia­rzy litur­gicz­nych usły­sza­łem od ks. Zbi­gnie­wa Kapłań­skie­go. Powie­dział on, że chrze­ści­ja­nin powi­nien mieć wąt­pli­wo­ści. Bo czło­wiek, któ­ry nie ma wąt­pli­wo­ści, jest fana­ty­kiem. A fana­ty­cy są nie­bez­piecz­ni. Bądź­my więc otwar­ci na roz­mo­wę – na wymia­nę poglą­dów, któ­ra nie­ko­niecz­nie ma pro­wa­dzić do prze­ko­na­nia roz­mów­cy i zmia­ny jego zda­nia, ale do wza­jem­ne­go wzbo­ga­ce­nia.

Przy­pa­dek słu­cha­czy domi­ni­ka­ni­na jest naj­bar­dziej wyraź­ny, ale nie­ste­ty nie jedy­ny. Zbyt czę­ste są w pol­skim Koście­le przy­kła­dy grup sku­pio­nych wokół kon­kret­ne­go kapła­na, wspól­no­ty czy świec­kie­go auto­ra, któ­rych zamknię­cie na kon­struk­tyw­ny kry­ty­cyzm spra­wia wra­że­nie izo­la­cji wyklu­cza­ją­cej moż­li­wość pogłę­bia­nia jed­no­ści Kościo­ła powszech­ne­go. A o klu­czo­wym zna­cze­niu tej jed­no­ści mówi już nie tyl­ko św. Paweł, ale i sam Jezus w Modli­twie Arcy­ka­płań­skiej:

Nie tyl­ko za nimi pro­szę, ale i za tymi, któ­rzy dzię­ki ich sło­wu będą wie­rzyć we Mnie; aby wszy­scy sta­no­wi­li jed­no, jak Ty, Ojcze, we Mnie, a Ja w Tobie, aby i oni sta­no­wi­li w Nas jed­no, aby świat uwie­rzył, żeś Ty Mnie posłał. I tak­że chwa­łę, któ­rą Mi dałeś, prze­ka­za­łem im, aby sta­no­wi­li jed­no, tak jak My jed­no sta­no­wi­my. Ja w nich, a Ty we Mnie! Oby się tak zespo­li­li w jed­no, aby świat poznał, żeś Ty Mnie posłał i żeś Ty ich umi­ło­wał tak, jak Mnie umi­ło­wa­łeś [5].

W ostat­nich latach mogli­śmy się bole­śnie prze­ko­nać o groź­nych kon­se­kwen­cjach porzu­ca­nia jed­no­ści. Wystar­czy wspo­mnieć o wciąż żywych w świa­do­mo­ści nie­któ­rych wier­nych pismach suspen­do­wa­ne­go już ks. Pio­tra Natan­ka czy nad­uży­ciach w kie­row­nic­twie ducho­wym, przez któ­re zastą­pio­no głów­nych dusz­pa­ste­rzy wspól­no­ty Ruchu Rodzin Naza­re­tań­skich. Zazna­czam, że w żad­nym wypad­ku nie suge­ru­ję podo­bień­stwa takich wypa­czeń do dzia­łal­no­ści o. Ada­ma Szu­sta­ka. Przy­po­mi­nam jed­nak o tych wyda­rze­niach, aby raz jesz­cze uzmy­sło­wić nam wszyst­kim, że nie­za­leż­nie od kapła­nów, któ­rych sza­nu­je­my i słu­cha­my, od reko­lek­cji, w któ­rych uczest­ni­czy­my, czy od wspól­not, w któ­rych dzia­ła­my, wszyst­kie te aktyw­no­ści mają sens o tyle, o ile są zanu­rzo­ne w Bogu i ufa­jąc kie­ro­wa­ne­mu przez Ducha Świę­te­go Kościo­ło­wi, umac­nia­ją jego jed­ność.

„Pożyteczne do nauczania, do przekonywania, do poprawiania, do kształcenia w sprawiedliwości”[6]

Przejdź­my do mery­to­rycz­nych argu­men­tów, jakie w swo­im arty­ku­le wysu­wa Jaro­sław Dudycz. Pisze on, że o. Szu­stak zanie­dbu­je dosłow­ne, histo­rycz­ne zna­cze­nie Pisma Świę­te­go, sku­pia­jąc się jedy­nie na jego teo­lo­gicz­nym odnie­sie­niu do życia każ­de­go i każ­dej z nas. Przede wszyst­kim, jak słusz­nie zauwa­ża Kata­rzy­na A. Nocuń, cytu­jąc List do Hebraj­czy­ków (cho­ciaż już błęd­nie przy­pi­su­jąc jego autor­stwo św. Paw­ło­wi − ta kwe­stia dla bibli­stów cały czas pozo­sta­je nie­ja­sna), w odno­sze­niu histo­rii biblij­nych do nasze­go życia nie ma abso­lut­nie nic zdroż­ne­go, „żywe bowiem jest sło­wo Boże, sku­tecz­ne i ostrzej­sze niż wszel­ki miecz obo­siecz­ny” [7]. O tej sku­tecz­no­ści pisze tak­że św. Paweł: „Bo ja nie wsty­dzę się Ewan­ge­lii, jest bowiem ona mocą Bożą ku zba­wie­niu dla każ­de­go wie­rzą­ce­go, naj­pierw dla Żyda, potem dla Gre­ka [8]”.

Zatem powin­ni­śmy odczy­ty­wać Pismo Świę­te, nie tyl­ko inter­pre­tu­jąc to, co zna­czy­ło dla jego boha­te­rów lub sta­ro­żyt­nych adre­sa­tów, ale tak­że (a może przede wszyst­kim) poszu­ki­wać wska­zó­wek i rad, któ­re dzi­siaj Bóg kie­ru­je przez natchnio­ne księ­gi do nas. Autor­ka pole­mi­ki, wyty­ka­jąc błąd Dudy­czo­wi, sama nie ustrze­gła się jed­nak nie­ści­sło­ści. Napi­sa­ła: „To jed­nak Dudycz popeł­nia błąd, trak­tu­jąc wyda­rze­nie opi­sa­ne w Pię­ciok­się­gu niczym w kro­ni­ce wyda­rzeń we współ­cze­snym rozu­mie­niu tego sło­wa. To ana­chro­nizm”. Otóż nie­zu­peł­nie. Zanim jed­nak wyja­śnię dla­cze­go, zacy­tu­ję jesz­cze frag­ment z kolej­nej pole­mi­ki, tym razem autor­stwa Micha­ła Lewan­dow­skie­go:

Nawią­zu­jąc jed­nak do wyczu­le­nia, z jakim autor trak­tu­je reali­stycz­ną inter­pre­ta­cję Pisma […], chcia­ło­by się zapy­tać, jak według tego same­go klu­cza (nie tyle biblij­nych meta­for, nie tyle dru­gie­go dna, ile real­nych wyda­rzeń) odczy­ta on na przy­kład opo­wie­ści o Jona­szu prze­by­wa­ją­cym przez trzy dni w brzu­chu wiel­kiej ryby bądź kon­stru­owa­ny przez wie­le­set lat opis (wystę­pu­ją­cy w dwóch wer­sjach) stwo­rze­nia świa­ta. Czy w ich kon­tek­ście na pierw­szy plan tak­że win­ny wysu­wać się real­ne wyda­rze­nia czy może bar­dziej ukry­ta i meta­fo­rycz­na treść, któ­rą chciał zawrzeć żyją­cy w kon­kret­nych warun­kach kul­tu­ro­wych i histo­rycz­nych autor natchnio­ny?

Pro­blem z dwo­ma powyż­szy­mi cyta­ta­mi jest taki, że Pismo Świę­te nie jest jed­no­li­tym utwo­rem – „Biblia” ozna­cza de fac­to „księ­gi”, zatem już sama nazwa suge­ru­je plu­ra­lizm, któ­ry trze­ba uwzględ­nić przy szu­ka­niu sen­su wyra­zo­we­go. Dla­te­go nie moż­na do jed­ne­go wor­ka wrzu­cać całe­go Pię­ciok­się­gu (z opi­sem Stwo­rze­nia i dzie­jów Moj­że­sza), histo­rii Jona­sza i na przy­kład Apo­ka­lip­sy św. Jana. Aby wyja­śnić, dla­cze­go nie powin­no się z inter­pre­ta­cji jed­ne­go tek­stu przez ana­lo­gię prze­ska­ki­wać do inne­go, przy­po­mnę krót­ko pod­sta­wo­we fak­ty o księ­gach natchnio­nych.

Pismo Świę­te skła­da się z 73 ksiąg, z któ­rych 46 sta­no­wi Sta­ry Testa­ment, a 27 Nowy Testa­ment. Księ­gi te dzie­li­my na trzy kate­go­rie – histo­rycz­ne, dydak­tycz­ne (mądro­ścio­we) i pro­roc­kie. Zasad­ni­czo jedy­nie księ­gi histo­rycz­ne (od Księ­gi Rodza­ju do 2 Księ­gi Kro­nik oraz Ewan­ge­lie i Dzie­je Apo­stol­skie) są kro­ni­kar­skim opi­sem zda­rzeń, któ­re mia­ły miej­sce w okre­ślo­nym momen­cie dzie­jów Izra­ela. Nie­słusz­nie więc Kata­rzy­na Nocuń nazy­wa takie podej­ście do Pię­ciok­się­gu ana­chro­ni­zmem. Jest jed­nak jeden wyją­tek – pierw­sze jede­na­ście roz­dzia­łów Księ­gi Rodza­ju sta­no­wi tak zwa­ną „pre­hi­sto­rię biblij­ną”. Zosta­ły napi­sa­ne znacz­nie póź­niej i nie sta­no­wią opi­su histo­rycz­ne­go. Wstęp do Księ­gi Rodza­ju w Biblii Tysiąc­le­cia mówi:

Cho­dzi tu raczej o eta­py dzie­jów ludz­ko­ści niż o kon­kret­ne wyda­rze­nia (stwo­rze­nie, raj i pierw­szy grzech, bra­to­bój­stwo, potop i pierw­sze przy­mie­rze z Bogiem, wie­ża Babel).

Dla­te­go opi­su (czy raczej opi­sów) Stwo­rze­nia nie moż­na inter­pre­to­wać w taki sam spo­sób jak Księ­gi Wyj­ścia. Pierw­szy roz­dział Księ­gi Rodza­ju jest poema­tem, któ­re­go treść obja­wia się w refre­nie – Bóg stwo­rzył świat i czło­wie­ka, a całe stwo­rze­nie było dobre. Resz­ta tego roz­dzia­łu jest for­mą, w któ­rą natchnio­ny autor wtło­czył swo­je myśli. Jed­nak­że od przy­mie­rza Boga z Abra­ha­mem roz­po­czy­na się histo­ria biblij­na, któ­rej w żad­nym razie nie powin­ni­śmy spro­wa­dzać do sym­bo­li­ki.

Michał Lewan­dow­ski pisze rów­nież o histo­rii Jona­sza. Zali­cza­my ją do ksiąg pro­roc­kich (jej boha­te­rem jest zapew­ne pro­rok Jonasz z Gat ha-Che­fer żyją­cy w VIII wie­ku przed Chry­stu­sem), jed­nak sam jej cha­rak­ter jest bar­dziej dydak­tycz­ny niż histo­rycz­ny. W tym zakre­sie bli­sko jej zatem do mądro­ścio­wej Księ­gi Hio­ba. Odwo­łam się znów do wstę­pu z Biblii Tysiąc­le­cia:

Księ­ga Jona­sza nie jest ani auto­bio­gra­fią Pro­ro­ka, ani jego bio­gra­fią real­ną, ale wyda­je się, iż jest to utwór dydak­tycz­ny. Histo­ria bowiem nie notu­je fak­tu tak wspa­nia­łe­go nawró­ce­nia Nini­wy. […] Te dane pozwa­la­ją przy­pusz­czać, iż Księ­ga Jona­sza nale­ży do rodza­ju lite­rac­kie­go midra­szów, bar­dzo roz­wi­nię­tych po nie­wo­li, któ­re poda­wa­ły jakąś lek­cję budu­ją­cą. Księ­ga Jona­sza chce pouczyć o woli miło­sier­ne­go Boga, któ­ry cze­ka nas znak praw­dzi­wej poku­ty, aby móc prze­ba­czyć.

Wra­ca­jąc do o. Szu­sta­ka, jeśli cho­dzi o jego podej­ście do histo­rycz­no­ści wyda­rzeń biblij­nych, sku­pił­bym się raczej na tym, że inter­pre­ta­cję nie­któ­rych frag­men­tów opie­ra na poetyc­kich szcze­gó­łach, któ­re nie sta­no­wią ich natchnio­nej tre­ści. Tak było na przy­kład z, god­ny­mi skąd­inąd pole­ce­nia, reko­lek­cja­mi „Noe. czło­wiek, któ­ry cho­dził z Bogiem” czy wcze­śniej­szy­mi reko­lek­cja­mi inter­ne­to­wy­mi „Wil­ki dwa”. Wyda­je mi się jed­nak, że domi­ni­ka­nin zda­je sobie spra­wę z tych wąt­pli­wych inter­pre­ta­cji, bo kil­ku­krot­nie, nawią­zu­jąc do swo­ich nauk, zwra­cał uwa­gę na tę nie­hi­sto­rycz­ność. W tym kon­tek­ście moż­na tak­że dostrzec nie­po­ko­ją­cą ten­den­cję do nagi­na­nia Pisma Świę­te­go do wła­snej homi­lii poprzez cza­sa­mi bar­dzo swo­bod­ne podej­ście do zna­cze­nia dane­go frag­men­tu. War­to by się zasta­no­wić, czy zada­niem nas wszyst­kich nie powin­no być raczej nagi­na­nie życia i naucza­nia do Ewan­ge­lii, nie zaś odwrot­nie.

Ars celebrandi

Ostat­nim tema­tem, jaki chcę poru­szyć, jest podej­ście o. Ada­ma Szu­sta­ka do litur­gii. Nie­daw­no zakoń­czy­ły się adwen­to­we reko­lek­cje inter­ne­to­we „Pla­ster mio­du”, któ­re zgro­ma­dzi­ły nie­spo­ty­ka­ną wcze­śniej licz­bę ludzi słu­cha­ją­cych Sło­wa Boże­go i jed­no­czą­cych się we wspól­nej modli­twie. Tym­cza­sem na samym począt­ku tych reko­lek­cji zakon­nik kil­ku­krot­nie zazna­czył, że Adwent nie jest okre­sem ocze­ki­wa­nia na Boże Naro­dze­nie, ale wyłącz­nie przy­go­to­wa­niem na powtór­ne przyj­ście Chry­stu­sa, oraz, jako czas podob­ny do Wiel­kie­go Postu, nie jest okre­sem rado­snym. W odnie­sie­niu do sfor­mu­ło­wa­nia „rado­sny czas ocze­ki­wa­nia na Świę­ta Boże­go Naro­dze­nia” padło nawet takie zda­nie:

Muszę się przy­znać, że do głę­bi ser­ca nie cier­pię tego wyra­że­nia. Dla­te­go że mam takie jakieś dogłęb­ne prze­ko­na­nie, że każ­de sło­wo w tym wyra­że­niu jest jakoś abso­lut­nie nie­praw­dzi­we i że ono nie opo­wia­da o tym, czym jest Adwent.

Zostaw­my na chwi­lę temat tej wypo­wie­dzi i zasta­nów­my się, czym jest litur­gia i jaki­mi pra­wa­mi się rzą­dzi. Przede wszyst­kim jej cen­trum, a tak­że sze­rzej cen­trum życia chrze­ści­jań­skie­go, jest Eucha­ry­stia, w któ­rej jed­no­czy­my się ze zba­wio­ny­mi w Nie­bie i włą­cza­my w spra­wo­wa­nie wiecz­nej Ofia­ry Chry­stu­sa. Nad kształ­tem tej cele­bra­cji czu­wa Urząd Nauczy­ciel­ski Kościo­ła, któ­ry, kie­ro­wa­ny opie­ką Ducha Świę­te­go, usta­la spo­so­by, for­my i zna­ki rzą­dzą­ce skła­da­niem tej Ofia­ry. Moż­na więc powie­dzieć, że litur­gia jest danym nam przez Kościół języ­kiem, któ­rym może­my w naj­do­sko­nal­szy spo­sób komu­ni­ko­wać się z Bogiem, uczest­ni­cząc w naj­więk­szej tajem­ni­cy w histo­rii Zba­wie­nia – tajem­ni­cy odku­pie­nia czło­wie­ka.

Powyż­szy frag­ment ma na celu poka­za­nie, że prze­pi­sy litur­gicz­ne nie są jedy­nie wska­zów­ką, któ­rą moż­na wedle uzna­nia zmo­dy­fi­ko­wać, ale trud­nym do prze­ce­nie­nia aspek­tem życia Kościo­ła, jego uświę­co­nym udzia­łem w śmier­ci i zmar­twych­wsta­niu Chry­stu­sa. Co więc Świę­ta Mat­ka Kościół mówi nam o Adwen­cie? Za każ­dym razem, gdy mowa o okre­sach litur­gicz­nych, war­to się­gnąć do „Ogól­nych norm roku litur­gicz­ne­go i kalen­da­rza”. Czy­ta­my tam:

Okres Adwen­tu ma podwój­ny cha­rak­ter. Jest okre­sem przy­go­to­wa­nia do uro­czy­sto­ści Naro­dze­nia Pań­skie­go, przez któ­rą wspo­mi­na­my pierw­sze przyj­ście Syna Boże­go do ludzi.

Rów­no­cze­śnie jest okre­sem, w któ­rym przez wspo­mnie­nie pierw­sze­go przyj­ścia Chry­stu­sa kie­ru­je się dusze ku ocze­ki­wa­niu Jego powtór­ne­go przyj­ścia na koń­cu cza­sów. Z obu tych wzglę­dów Adwent jest okre­sem poboż­ne­go i rado­sne­go ocze­ki­wa­nia [9].

Adwent ma podwój­ny cha­rak­ter, w tych dwóch uzu­peł­nia­ją­cych się zna­cze­niach tkwi jego pięk­no, któ­re­go nie moż­na spły­cać i uprasz­czać. Rozu­miem dosko­na­le chęć pod­kre­śle­nia aspek­tu ocze­ki­wa­nia na Paru­zję, ale odrzu­ca­nie i nazy­wa­nie nie­praw­dzi­wą uświę­co­nej Tra­dy­cji Kościo­ła budzi mój głę­bo­ki sprze­ciw. Co wię­cej, Litur­gia Sło­wa Adwen­tu (zwłasz­cza szcze­gól­nie inten­syw­nie wyko­rzy­sty­wa­na Księ­ga Iza­ja­sza) wprost nawią­zu­ją wła­śnie do ocze­ki­wa­ne­go przez Naród Wybra­ny przyj­ścia Mesja­sza, do naro­dze­nia Chry­stu­sa.

Powyż­szy frag­ment uzu­peł­nij­my o następ­ny, pocho­dzą­cy z „Cere­mo­nia­łu litur­gicz­nej posłu­gi bisku­pów”, któ­ry sze­rzej mówi o rado­snym cha­rak­te­rze tego okre­su oraz róż­ni­cach w sto­sun­ku do Wiel­kie­go Postu:

Od Śro­dy Popiel­co­wej aż do momen­tu into­na­cji hym­nu Chwa­ła na wyso­ko­ści Bogu we Mszy Wigi­lii Pas­chal­nej grę na orga­nach i na innych instru­men­tach ogra­ni­cza się tyl­ko do pod­trzy­ma­nia śpie­wu [10].

W Okre­sie Adwen­tu nale­ży uży­wać orga­nów i innych instru­men­tów muzycz­nych. Nale­ży zdo­bić ołtarz kwia­ta­mi, z umia­rem odpo­wia­da­ją­cym cha­rak­te­ro­wi tego cza­su, bez uprze­dza­nia peł­nej rado­ści świą­tecz­nej pły­ną­cej z Naro­dze­nia Pań­skie­go [11].

Zaka­zu­je się przy­ozda­biać ołta­rza kwia­ta­mi w okre­sie Wiel­kie­go Postu [12].

Zatem Adwent jest okre­sem rado­snym – świad­czy o tym nie tyl­ko wspo­mnia­na już bez­po­śred­nia infor­ma­cja, ale rów­nież zachę­ta do uży­wa­nia orga­nów i zdo­bie­nia ołta­rza kwia­ta­mi. To wła­śnie ogra­ni­cze­nie muzy­ki i zakaz przy­stra­ja­nia ołta­rza są głów­ny­mi zna­ka­mi akcen­tu­ją­cy­mi pokut­ny cha­rak­ter Wiel­kie­go Postu

Mówiąc o ewan­ge­li­za­cji, nie wol­no nigdy zapo­mi­nać o jej owo­cach. A te w przy­pad­ku o. Szu­sta­ka są nie­za­prze­czal­ne. Sza­cu­nek dla osią­gnięć nie wyklu­cza jed­nak mery­to­rycz­nej roz­mo­wy, któ­ra może nas wszyst­kich ubo­ga­cić i zbli­żyć do praw­dy. Dla­te­go bar­dzo się cie­szę, że ta dys­ku­sja ma miej­sce, a tak­że że mam moż­li­wość wziąć w niej udział i podzie­lić się moimi prze­my­śle­nia­mi. Te naj­pro­ściej wyra­ża­ją się w tym, że na kapła­nach spo­czy­wa olbrzy­mia odpo­wie­dzial­ność zwią­za­na z posia­da­nym przez nich auto­ry­te­tem, a im bar­dziej cha­ry­zma­tycz­ny czło­wiek, tym moc­niej dzia­ła­ją jego nauki. Reko­lek­cjo­ni­ści muszą więc nie­ustan­nie pamię­tać o tym, żeby swo­im naucza­niem wska­zy­wać na Boga, nie zaś na sie­bie, a tak­że nie zapo­mi­nać o potęż­nym i nie zawsze uświa­do­mio­nym wpły­wie, jaki auto­ry­tet wywie­ra na słu­cha­czy. Nato­miast my, słu­cha­ją­cy gło­szą­cych Sło­wo kapła­nów, pamię­taj­my, by zawsze kon­fron­to­wać ich sło­wa z tym, cze­go od wie­ków naucza Tra­dy­cja Kościo­ła.


[1] J 8,32.
[2] Rz 16,27.
[3] Por. EG 14.
[4] 1 Kor 1,12-13.
[5] J 17,20-23.
[6] 2 Tm 3,16.
[7] Hbr 4,12.
[8] Rz 1,16.
[9] „Ogól­ne nor­my roku litur­gicz­ne­go i kalen­da­rza”, nr 39.
[10] CE 41.
[11] CE 236.
[12] CE 48.

Artykuł stanowi część dyskusji zapoczątkowanej tekstem Jarosława Dudycza „Między teologią a psychologią − manowce ojca Szustaka”. Pozostałe teksty:

Katarzyna Nocuń, „Zobaczę, że jestem jak Piotr
Michał Lewandowski, „Realne i metaforyczne
Marcin Suskiewicz, „Bóg nie wprost
Sebastian Adamkiewicz „Żywe Słowo na palmie”