widzimy
| 17 maja 2013 ]

Ojciec

Robio­ny na dru­tach sza­lik – pamiąt­ka po sza­lo­nej sta­rusz­ce (tak o niej mówi: cra­zy old lady, ale z czu­ło­ścią), któ­rą opie­ko­wał się, będąc stu­den­tem – i nie­ty­po­wy kape­lusz nie­zbyt pasu­ją do ele­ganc­kie­go zimo­we­go płasz­cza, ale ojciec nie­spe­cjal­nie się tym przej­mu­je. Do miesz­ka­nia wno­si zapach zimy. Dobrze mnie widzieć. A, i mam nowe oku­la­ry. Jeśli mnie to napraw­dę cie­ka­wi, zaraz opo­wie histo­rię kape­lu­sza, tyl­ko chwi­lę odsap­nie i cze­goś się napi­je. Czy znaj­dzie się odro­bi­na wody dla sta­re­go, led­wie żywe­go czło­wie­ka? Dla tego oto wra­ku czło­wie­ka, co to się tu doczła­pał ostat­kiem sił? Tyle tych scho­dów! Poda­ję wodę i bio­rę płaszcz. Co w ogó­le u mnie? Jak stu­dia? A wła­śnie, mia­ło być o kape­lu­szu. Dzia­ło się to we Wło­szech, było tak i tak. Opo­wia­da. Jego twarz przy­bie­ra z począt­ku poważ­ny, jak­by pełen zdzi­wie­nia, wyraz, ale w oczach już widać weso­łość, któ­ra zaraz roz­le­je się na całą twarz. Koń­czy histo­rię i wybu­cha śmie­chem. Ale co tam u mnie?

Odma­wia bło­go­sła­wień­stwo, powo­li i z prze­ję­ciem, po czym sia­da­my do obia­du. Stres: mię­so wyszło suche i twar­de. On mówi, że okej. Wia­dom­ka, co ma niby powie­dzieć ksiądz. Opo­wia­dam więc, co u mnie. Słu­cha w ciszy, popi­ja­jąc wino, potem dopy­tu­je się tro­skli­wie o to i owo . Jed­na rzecz go zain­te­re­so­wa­ła – zapi­su­je ją w note­sie.

Ber­nard B. Demo­nvel „Mens Over­co­at and spats” 1914

Podo­ba mi się jego sta­ro­świec­ka weł­nia­na mary­nar­ka. Takie rze­czy – uśmie­cha się – dosta­je się w darze od wdów po boga­tych męż­czy­znach. Jest w tym obie­gu mary­na­rek w przy­ro­dzie, myślę sobie, jakaś słusz­ność. Czy Jezus nie obie­cy­wał, że ci, co porzu­cą wszyst­ko dla Kró­le­stwa Nie­bie­skie­go, dosta­ną zapła­tę nie tyl­ko w przy­szłym życiu, ale i w tym? Tak więc to ojciec cho­dzi w mary­nar­kach po moż­nych tego świa­ta. (Z dru­giej stro­ny wolał­bym jed­nak, żeby nosił habit. Pamię­ta­cie pierw­szą sce­nę z „Harry’ego Pot­te­ra”: nagle w mie­ście poja­wia­ją się ludzie w pele­ry­nach, moż­na ich zoba­czyć to tu, to tam, na uli­cy i koło skle­pu, aż pan Dur­sley, czy jak on się zwał, zaczy­na się zasta­na­wiać, czy coś się nie sta­ło – podob­nie ma się spra­wa z habi­ta­mi: dla­te­go są, że coś się sta­ło).

Brak habi­tu to wszak nie przy­pa­dek. Ojciec jest nie­ste­ty kościel­nym lewa­kiem tudzież libe­ra­łem i w wie­lu spra­wach się nie zga­dza­my. On ma oczy­wi­ście prze­wa­gę, bo jest wybit­nym eks­per­tem, pod­czas gdy ja prze­czy­ta­łem kil­ka ksią­żek, i to nie w cało­ści. Ale łatwo skó­ry nie sprze­da­ję. W każ­dym jed­nak razie ojciec cza­sem ma rację, a nawet jak nie ma, to war­to go słu­chać, bo jeź­dził, wykła­dał, zna oso­bi­ście. Potrzeb­ny jest, mówi dziś, sys­tem – a więc św. Tomasz, ale potrzeb­na jest też świa­do­mość, że wszyst­ko jest histo­rycz­nie uwa­run­ko­wa­ne i pod­le­ga roz­wo­jo­wi – a więc Hegel. Tomasz i Hegel! Potrzeb­ne jest – rozu­miem? – dia­lek­tycz­ne napię­cie mię­dzy tym, co ponad­cza­so­we, i tym, co tym­cza­so­we. W ogó­le potrzeb­ne jest dia­lek­tycz­ne napię­cie we wszyst­kich sfe­rach. Niech żyje dia­lek­tycz­ne napię­cie! Dla­te­go też on, choć ksiądz – doda­je – jako nie­odrod­ny wnuk swe­go dziad­ka nie­bosz­czy­ka jest jed­no­cze­śnie dum­nym anty­kle­ry­ka­łem. Tak, an-ty-kle-ry-ka-łem! Dum­nym!

Ojciec nie cier­pi Garrigou-Lagrange’a. Aha, mam na pół­ce książ­kę o myśli tego nik­czem­ni­ka. Czy­li on jed­nak myślał. Niech będzie, nawet ten niski, pod­ły, pod­stęp­ny, zły, cho­ry – draż­ni się, okre­śla­jąc pro­mo­to­ra pra­cy dok­tor­skiej Woj­ty­ły naj­gor­szy­mi epi­te­ta­mi – cóż, nawet ten moral­ny karzeł, faszy­sta miał pew­ną dobrą ideę: że każ­dy chrze­ści­ja­nin, nie tyl­ko ksiądz, powo­ła­ny jest, by już tu i teraz mieć udział w życiu nad­przy­ro­dzo­nym przez modli­twę. Ojciec, mówiąc o modli­twie, poważ­nie­je; do zako­nu wstą­pił, żeby ktoś go zmu­sił do regu­lar­nej modli­twy.

Jak przy­sta­ło na kogoś, kto ma w żyłach połu­dnio­wo­eu­ro­pej­ską krew, jego żywio­łem jest pole­mi­ka, spór, wal­ka, wię­cej jesz­cze – zemsta. Tam, skąd pocho­dzą jego przod­ko­wie – mówi z kamien­ną twa­rzą, jak zawsze, gdy nie jest poważ­ny – ludzie poda­ją ci rękę (wycią­ga do mnie dłoń), lecz jed­no­cze­śnie (w tym momen­cie zata­cza łuk dru­gą ręką) wbi­ja­ją nóż w ple­cy: pach! Zadaw­szy mi pod­stęp­nie śmierć, tą samą ręką dole­wa nam obu wina. Jeśli jego tek­sty wyda­ją mi się może aż nad­to sto­no­wa­ne – tłu­ma­czy – jeśli wyda­ją mi się sober, jeśli wyda­ją mi się, jak to mówią Niem­cy, nüch­tern, to tyl­ko dla­te­go, że on się bar­dzo sta­ra tłu­mić w sobie ogień, któ­ry go tra­wi. Tak przy oka­zji, czy wspo­mi­nał mi, że w Pol­sce nie mamy praw­dzi­we­go chrze­ści­jań­stwa, tyl­ko jakieś dziw­ne, nacjo­na­li­stycz­ne pogań­stwo? Aha, wspo­mi­nał.

Wąt­ki mno­żą się, ale on nad nimi panu­je. Mówi: naj­pierw skoń­czy­my o tym, a potem po kolei omó­wi­my te raz, dwa, trzy, czte­ry tema­ty. Mam się modlić za jego zna­jo­me­go, bo ze zdro­wiem u nie­go nie naj­le­piej. No i jesz­cze muszę mu powie­dzieć, zanim pój­dzie, co w pra­cy. Bo, widzę, anio­ły w nie­bie cze­ka­ją z nie­cier­pli­wo­ścią na mój dok­to­rat. Zresz­tą nie tyl­ko na mój – ogól­nie, zda­je się, anio­ły bar­dzo obcho­dzą pol­skie dok­to­ra­ty. To jest nasza zemsta na histo­rii za Katyń, czy tego nie rozu­miem?

W jed­nym z arty­ku­łów, któ­re czy­ta­łem, przy­po­mi­nał, że choć Ewan­ge­lia zasad­ni­czo suge­ru­je, że w Kró­le­stwie Bożym nie może być jakiej­kol­wiek prze­mo­cy, a więc żad­nych wojen ani armii, to jed­nak u Łuka­sza mamy ów zagad­ko­wy frag­ment o dwóch mie­czach, któ­re Jezus pole­ca uczniom zabrać ze sobą (Łk 22,38). Te dwa mie­cze, pisał, to sym­bol wska­zu­ją­cy, że w Kró­le­stwie Bożym jest mimo wszyst­ko miej­sce na war­to­ści, któ­re zwy­kle koja­rzy­my z woj­skiem i woj­ną, takie jak dys­cy­pli­na, odwa­ga, ofiar­ność, soli­dar­ność żoł­nier­ska. Inter­pre­ta­cja ta w momen­cie czy­ta­nia mi się podo­ba­ła, zwłasz­cza, że byłem wów­czas pod wiel­kim wra­że­niem „Popio­łów”, ale pytam teraz ojca prze­kor­nie, czy nie jest aby nie­co nacią­ga­na. Może w Kró­le­stwie Bożym jest rów­nież miej­sce dla zemsty i wbi­ja­nia szty­le­tów w ple­cy? Poru­szy­łem nie­opatrz­nie kwe­stię egze­ge­zy, więc mój roz­mów­ca na chwi­lę sta­je się sober i nüch­tern i mówi spo­koj­nie o róż­nych inter­pre­ta­cjach tego frag­men­tu. Roz­mo­wa scho­dzi jed­nak szyb­ko na pew­ne­go nie­miec­kie­go egze­ge­tę, a więc na spra­wy ludz­kie. Naj­więk­szym dzie­łem tegoż egze­ge­ty było jakieś tam opra­co­wa­nie ency­klo­pe­dycz­ne, przy czym był on odpo­wie­dzial­ny tyl­ko za hasła od A do L. I potem – rozu­miem? – znał się tyl­ko na tym, co było od A do L. Czy rozu­miem? – jego oczy śmie­ją się. – Od A do L tyl­ko.

 

(Opo­wia­da­nie to powsta­ło na pod­sta­wie wie­lu róż­nych spo­tkań z pew­ną oso­bą).