widzimy
| 5 września 2013 ]

Opowieść o zwyczajnym szaleństwie

Premierę każdego kolejnego filmu Woody’ego Allena witam z radością (uwzględniając mój kinowy staż, przyznać należy, że miałam szanse tych premier obejrzeć może kilkanaście, nie więcej). Bo jak tu nie cieszyć się na doświadczenie rozrywki gwarantowanej próby? Wiadomo – będzie ironicznie i błyskotliwie. A do tego będą postaci, które zachwycają estetycznie, a jednocześnie tak gładko ucieleśniają tzw. typy ludzkie. Właśnie daleko posunięta umowność od lat była dla mnie wyznacznikiem Allenowskiego kina. Owszem, zdarzały się w ostatnim czasie odstępstwa od normy – „Wszystko gra” czy „Sen Kasandry” trudno uznać za kino humorystyczno-rozrywkowe, ale jednak w większości jego produkcji postaci są uspokajająco papierowe (co nie znaczy, że w samej historii odbiorca nie może odnaleźć rzeczy ważkich).

Nowy film Allena to jednak zupełnie nowa jakość. Ten film to precyzyjne i odważne studium upadku, które okraszone zostało odrobiną absurdu w epizodach i skrzeczącym tłem eksponującym pierwszoplanowy dramat. Główna bohaterka to Jasmine – na pierwszy rzut oka piękna, elegancka, zachwycająca kobieta sukcesu. Jednak ten sukces to kolos na glinianych nogach – Jasmine jako studentka wyszła za mąż za bogatego biznesmena, który zapewnił jej życie w luksusie i skutecznie w ten sposób ubezwłasnowolnił. Poznajemy ją w chwilę po śmierci męża, który aresztowany za malwersacje finansowe odebrał sobie życie w więzieniu. Państwo zabrało jej dom, samochody, zablokowało konta, a ona została z długami i swoimi nawykami żony milionera. Właśnie opuściła scenę dramatu i z Nowego Jorku przyleciała do siostry w San Francisco, by zacząć wszystko od nowa.

Od pierwszego kadru wiemy jednak, że Jasmine znajduje się na równi pochyłej. Jej wiecznie zaczerwienione oczy coraz bardziej nerwowo szukają w przestrzeni jakiegoś znanego punktu odniesienia, jej piękne ręce zdobne w elegancką biżuterię coraz częściej sięgają po tabletki antydepresyjne, które popijane ciepłym martini stale zapewniają jej bezpieczny dystans od rzeczywistości. Oto kobieta w średnim wieku, nadal piękna, ale już coraz większym kosztem, pozbawiona wykształcenia, pracy, pieniędzy. Przez wiele lat była elementem dekoracyjnym u boku męża, który zdejmował z jej barków wszelką odpowiedzialność za życie, ale żądał za to bezgranicznej, ślepej wierności. Cóż, życia pozbawionego zmartwień nie dostaje się za darmo. Tym razem cena była bardzo wysoka – za każdym razem, gdy Jasmine przymykała oko na machlojki i romanse męża wikłała się w sieć kłamstw, która oplatała ją coraz ciaśniej (znamienne są ataki bezdechu, na które cierpi). Nie, ona sama nie kłamała, ona tylko pozwalała, by kłamstwo zostało uznane za prawdę. Jej bierność budowała struktury zła, które wciągnęły ją tak głęboko, że nawet śmierć męża nie zdołała jej z nich wyrwać. Tolerując zło, pozwoliła się nim zainfekować. Podobno każde kolejne kłamstwo jest łatwiejsze…

Za sukcesem tego filmu stoi niewątpliwie zjawiskowa Kate Blanchett, która mistrzowsko buduje tę – jak chciałoby się powiedzieć za Zelenką – „opowieść o zwyczajnym szaleństwie”. Odwołanie do tego czeskiego reżysera nie jest tu przypadkowe, bo w „Blue Jasmine” nie brakuje elementów komediowych i postaci rodem z humoreski, a jednak pokazanych w sposób tak życzliwy i pełen zrozumienia, że nie sposób im nie kibicować. Film Allena to słodko-gorzki koktajl o świetnie wyważonych proporcjach.