myslimy
| 24 grudnia 2013 ]

Opowieść wigilijna

1.

„Opowieści są cztery. Przez czas, jaki nam pozo­stał, będziemy je przeobrażać i snuć wciąż od nowa” – pisał Borges. Opowieść o oblężonym mieście, o powrocie do domu, o poszukiwaniu, o ofierze Boga. Ale można też powiedzieć, że opowieści są trzy: Homera o kosmosie pogańskiej starożytności, Dantego o kosmosie chrześcijańskiego średniowiecza i Szekspira o chaosie nowożytności. (Choć może jest i czwarta: ponowoczesna opowieść Borgesa o chaosie lub kosmosie pozostałych opowieści).

Geertgen tot Sint Jans, Nativity at Night, 1484-1490 r.

Nie wystąpiliśmy poza Szekspira; może dlatego, że – jak uważa Harold Bloom – zostaliśmy przez niego wymyśleni. My, współcześni. Przestaliśmy być chrześcijanami, więc zapomnieliśmy Dantego, dla którego „to be or not to be” Hamleta nie było i nie mogło być możliwym do zadania pytaniem: nie jest w mocy człowieka decydowanie o swoim nieistnieniu. Człowiek nie może zrzec się istnienia, przestać istnieć; nie może „nie być”: jego dusza już jest niezniszczalna, a ciało takie będzie. Człowiek, mając tylko początek, ale nie mając końca, może najwyżej zadawać sobie pytanie „żyć czy nie żyć?” (w sensie biologicznym) – ale już „być czy nie być?” byłoby dla Dantego kwestią absurdalną. „Oto jest pytanie”? To w ogóle nie jest pytanie. (Nie tylko nie jest to the question, ale nie jest to nawet a question).

Człowiek, jeśli już zaistniał, może tylko być. Inaczej uważają współcześni pisarze – bo zostali wymyśleni przez Szekspira – kiedy piszą na przykład tak, jak Jarosław Marek Rymkiewicz:

„(…) nic się nie zaczyna, nic się nigdy nie zaczęło, lecz wszystko się kończy. Nie ma początku i jest tylko koniec. Kiedy oglądam się za siebie i patrzę na moje życie, to nie widzę (nie znajduję) miejsca, w którym się zacząłem – ogląd tego miejsca jest dla mnie niedostępny, bo tego miejsca nie ma. Ale doskonale (spoglądając w drugą stronę) widzę miejsce, w którym się zakończę”.

Chrześcijanin odwrotnie: zaczyna się, ale nie kończy. Taka jest opowieść Dantego, taka jest wiara Kościoła.

2.

Opowieści są trzy, może cztery i – jak się zdaje – wszystkie mają, muszą mieć, jakiś początek. Dantego, niemogącego zrozumieć pytania Hamleta, po części zaświatów oprowadza Wergiliusz, który snuł tę samą opowieść co Homer; opowieść o powrocie do domu. Ale w kwestii początków i końców Wergiliusz miał do powiedzenia coś, co uznano za nieświadome prorokowanie w sprawie Początku szczególnego:

(…)
Oto nastała ostatnia pora wieszczby kumejskiej:
Wielki szereg stuleci rodzi się teraz od nowa.
Już powraca Dziewica, wraca królestwo Saturna
I z wysokiego nieba nowy zstępuje potomek.
Tylko ty chłopięciu, które się rodzi, by wieki
Ustały żelazne i powstał na całym świecie ród złoty,
Czysta sprzyjaj Lucyno! Już twój Apollo króluje.

Za twego to konsulatu wiek ten wspaniały nastanie,
Polionie, wtedy się zacznie pochód wielkich miesięcy.
Za twoich rządów, cokolwiek zostało z naszej zbrodni,
Będzie zmazane, krainy wyzwolą się z trwogi odwiecznej.
On boskie życie przyjmie i zmieszanych z bogami
Będzie widział herosów, i sam wśród nich się ukaże,
Rządząc światem cnotami ojca uspokojonym.
(…)
[Bukoliki, Ekloga IV, przekład Zygmunta Kubiaka]

Tak komentował ten fragment Wergiliusza Benedykt XVI: „Jednym z wątków tej atmosfery oczekiwania czegoś nowego jest także postać dziewicy, obraz czystości, integralności i zaczęcia ab integro. Należy do niej też oczekiwanie chłopca, „boskiego szczepu” (deum suboles). Dlatego wolno może powiedzieć, że dziewica i boski chłopiec stanowią w jakiś sposób element pierwotnych archetypów ludzkiej nadziei, które pojawiają się w momentach kryzysu i oczekiwania, mimo iż nie widać konkretnych postaci”.

A skąd w ogóle „atmosfera oczekiwania”? Bo był to czas przełomu, czas Oktawiana. Benedykt XVI wskazywał na Oktawiana Augusta jako na postać mesjańską, światowy rewers Jezusa z Nazaretu: August to władca świata, który zaprowadził pokój; boski cezar, nazwany Zbawicielem. Czy zbawczy cezarowie nie są godni tego, aby opowieści Wergiliuszów wszystkich czasów służyły właśnie im, przez to umacniając światowy pokój i służąc całej ludzkości?

Kiedy Herman Broch w jednej z największych książek dwudziestego wieku próbował zawrzeć sumę doświadczenia swojego i swoich czasów, za jej bohatera wybrał Wergiliusza i poddał go takiemu właśnie kuszeniu ze strony Oktawiana Augusta. Umierający Wergiliusz chce spalić „Eneidę”: wie, że opowieść stworzona tylko dla piękna albo na to, żeby służyć cezarom, kłamie. Ale poeta sam nie umie uzasadnić ostatecznie swojej opowieści, a więc także swojego własnego istnienia, a więc także istnienia w ogóle. I tylko w chwili śmierci rozwiązanie jawi się jako wizja matki z dzieckiem i jako prawdziwe, „niepojęcie niewyrażalne” słowo.

„Śmierć Wergilego” ukończona w ostatnim roku drugiej wojny światowej to być może ostatnia powieść o tak totalnych ambicjach; znaczące, że Broch, chcąc zmieścić w swojej arcyksiążce jak najwięcej (nawet kicz, nawet bełkot), umieścił rzecz w pogańskim świecie, dopiero oczekującym Przyjścia, Nowego Początku. W sześć stuleci po Dantem kolejny pisarz obrał sobie za przewodnika Wergiliusza, który czekał na Boże Narodzenie. Żeby opowiedzieć nam, mieszkańcom czasu przełomu, nam, wymyślonym przez Szekspira, nam, bohaterom czterech opowieści – obrońcom oblężonego miasta, wracającym do domu, poszukującym podróżnikom, krzyżującym swojego Boga – że opowieść jest tylko jedna i mając początek, nie ma końca.