widzimy
| 9 stycznia 2014 ]

Opus sacrum. Opus profanum

Relacji z łódzkiej wystawy „Opus sacrum. Opus profanum” nie mogło na „Dywizie” zabraknąć już choćby z racji samego tytułu. Związek między sacrum i profanum, pogranicze obydwu sfer jest tym, co tygrysy lubią najbardziej.

Po wejściu do przestronnej sali drogę zagradza nam „Matka Boska” pędzla Witolda Pruszkowskiego. Płótno duże, hipnotyzujące, lekko rozmyte, prawie monochromatyczne. Przedświt uchwycony w momencie, gdy kolory – błękit szaty, zieleń trawy, brąz wężowej skóry, czerwień jabłka – dopiero nieśmiało nabierają intensywności, i młoda dziewczyna o pięknej, niewinnej twarzy. Załamanie spowijającej ją szaty płynnie przechodzi w sierp księżyca umieszczonego – zamiast, jak w tradycyjnym malarstwie, pod jej stopami – na niebie. Główna postać i otaczająca ją przyroda tworzą jedno. Dzień dlatego wschodzi, że w jej duszy panuje miłość i zgoda na Boży plan.

Jacek Malczewski, "Chrystus przed Piłatem"

Dalej jest jeszcze ciekawiej i nie brakuje wielkich nazwisk: Malczewski, Mehoffer, Kossakowie, Boznańska, Brandt. Nie zawsze są to tak ważne płótna, jak jedna z głównych atrakcji wystawy, „Chrystus przed Piłatem” Malczewskiego. Niektóre sprawiają też wrażenie niezwiązanych z przewodnią tematyką, ale całość – właśnie jako całość – zdecydowanie godna jest polecenia. Może okazać się bowiem, że taka na przykład klasycystyczna „Iluminacja Kaniowa podczas przejazdu Katarzyny II i Stanisława Augusta w 1787 r.” przedstawiająca coś w rodzaju pokazu sztucznych ogni, obraz realistyczny, akademicki, ale niesamowicie barwny, nabierze ze względu na sąsiadujące z nią płótna jakichś zgoła nowych, mglistych, abstrakcyjnych znaczeń.

58 obrazów wypożyczonych z liczącej ich ponad 2000 kolekcji malarstwa polskiego Lwowskiej Narodowej Galerii Sztuki przyjechało do Centralnego Muzeum Włókiennictwa już w listopadzie zeszłego roku w związku z XVII Festiwalem Kultury Chrześcijańskiej. Wystawa czynna jest do 12 stycznia bieżącego roku, najbliższy weekend jest więc ostatnią okazją, by ją obejrzeć. A dla osób spoza Łodzi będzie to być może dobry pretekst do odwiedzenia tego omijanego zwykle przez turystów miasta; miasta starych fabryk i kamienic, zarośniętych bluszczem cmentarzy, ale też i sztuki, zwłaszcza sztuki współczesnej, której zaskakująco bogate zbiory są na stałe eksponowane w Muzeum Sztuki. Miasta, dodajmy, w którym działa prężny Kościół Środowisk Twórczych, dysponujący własnym teatrem i co roku organizujący wspomniany Festiwal Kultury Chrześcijańskiej (kolejną edycję zaplanowano na 2-16 listopada 2014 roku).

Większość obrazów – tak jak ten Pruszkowskiego – datuje się na przełom XIX i XX wieku, czasy dla polskiego malarstwa wyjątkowe. Bo przecież i szkoła monachijska, i Malczewski, i Wyspiański, i w ogóle dość liczna wtedy subkultura malarzy, której tak dowcipny obraz dał Sienkiewicz w swojej minipowieści „Ta trzecia”. Patrząc na przejmujący obraz „Odpuść nam nasze winy” Piotra Stachiewicza, przedstawiający zakonnika w habicie, z kajdanami na brudnych stopach, leżącego przed aniołem, uświadamiamy sobie, że był to pod pewnymi względami drugi polski romantyzm, czas spazmatycznych emocji i intensywnych poszukiwań, także duchowych. Przypomina się historia przytoczona przez Romana Brandstaettera w „Kręgu biblijnym”, jak to Wyspiański przez dzień i dwie sąsiadujące z nim noce czytał bez przerwy Pismo Święte, nie śpiąc w tym czasie i nie jedząc. „Siny z zziębnięcia, oczy przekrwione, okrążone ciemnymi «podkowami», twarz umęczona, zgaszona w wyrazie”, dygocący „z przerażenia” – tak przedstawiał się nazajutrz napotkanemu w mieście znajomemu.

Oczywiście związki malarstwa tamtego okresu z religią mają swój niezwykły finał w losach jednego z monachijczyków, może nie najzdolniejszego, ale dobrego kolorysty i w ogóle młodopolskiego artysty całą duszą (nawet gościa, przez krótki czas, lwowskiego szpitala dla obłąkanych), który przeszedł do historii pod swoim zakonnym imieniem Brata Alberta. Szkoda, że nie ma jego obrazów we lwowskiej kolekcji i że żaden nie znalazł się w związku z tym na tej wystawie. Jego życie, życie ostatecznie przede wszystkim sprawnego − mimo wewnętrznej nadwrażliwości – organizatora pomocy dla ubogich i bezdomnych jest w jakimś sensie Bożą pointą tej epoki burz i uniesień.

Główną chyba myślą po obejrzeniu „Opus sacrum. Opus profanum” jest jednak: pojechać do Lwowa i zobaczyć całość.

[Obraz Jacka Malczewskiego wykorzystany w tekście pochodzi ze zbiorów Wikicommons]