widzimy
| 2 grudnia 2016 ]

Papież Lenny szuka Boga

Gdy zna­na ame­ry­kań­ska sta­cja tele­wi­zyj­na ogło­si­ła nazwi­sko twór­cy swo­je­go naj­now­sze­go seria­lu, wśród pasjo­na­tów kina zawrza­ło. Oto Paolo Sor­ren­ti­no, naj­bar­dziej uzna­ny obec­nie euro­pej­ski reży­ser (kosz nagród za „Wiel­kie pięk­no”) pod­jął się nakrę­ce­nia współ­cze­snej opo­wie­ści o fik­cyj­nym papie­żu. Mia­ło być kon­tro­wer­syj­nie. Po zakoń­cze­niu sezo­nu moż­na stwier­dzić, że fak­tycz­nie było. Powsta­ło jed­nak dzie­ło przede wszyst­kim świe­że i głę­bo­kie. „Mło­dy papież” to peł­no­krwi­sty film, tyle że roz­pi­sa­ny na dzie­sięć tele­wi­zyj­nych aktów.

Sam pomysł wyj­ścio­wy seria­lu wyda­wał się cie­ka­wy. Pod­czas kolej­ne­go kon­kla­we (bli­żej nie­okre­ślo­ny czas, na pew­no po pon­ty­fi­ka­cie Jana Paw­ła II) kole­gium kar­dy­nal­skie wybie­ra na papie­ża niko­mu bli­żej nie­zna­ne­go mło­de­go kar­dy­na­ła z USA. Ks. Belar­do przy­bie­ra imię Pius XIII i roz­po­czy­na swój zaska­ku­ją­cy pon­ty­fi­kat.

Kadr z serialu „Młody papież”. HBO Polska. Photo by Gianni Fiorito

Kadr z seria­lu „Mło­dy papież”. HBO Pol­ska. Pho­to by Gian­ni Fio­ri­to

Zarzut, że „Mło­dy papież” to dzie­ło anty­kle­ry­kal­ne, wyda­je się praw­dzi­wy, wyma­ga jed­nak dopre­cy­zo­wa­nia. Serial spod ręki Sor­ren­ti­na jest anty­kle­ry­kal­ny w zna­cze­niu dobrze zna­nym wło­skiej tra­dy­cji fil­mo­wej. To anty­kle­ry­ka­lizm rodem z fil­mów Fel­li­nie­go czy – nie­co bar­dziej współ­cze­sne­go – Nan­nie­go Moret­tie­go (gło­śny „Habe­mus papam”). Podob­nie jak ma to miej­sce w dzie­łach przy­wo­ła­nych twór­ców, reży­ser „Mło­do­ści” przy­glą­da się życiu przed­sta­wi­cie­li struk­tur Kościo­ła, iro­nicz­nie pre­zen­tu­je ode­rwa­nie od rze­czy­wi­sto­ści jego hie­rar­chów. Przy czym, podob­nie jak Fel­li­ni i Moret­ti, zatrzy­mu­je się on nad aurą tajem­ni­czo­ści (towa­rzy­szą­cej kościel­ne­mu sacrum), w skost­nia­łych struk­tu­rach zaś szu­ka prze­ja­wów auten­ty­zmu. Iden­tycz­nie czy­nił już w „Wiel­kim pięk­nie” – o ile kar­dy­na­ło­wie zosta­ją wyśmia­ni, postać sio­stry San­ty jawi się głów­ne­mu boha­te­ro­wi jako jedy­ny znak obec­no­ści świa­ta (poza)ziemskiego (podob­ną rolę w seria­lu wyda­je się speł­niać ks. Gutie­rez). Upar­te dąże­nie do uka­za­nia momen­tów, któ­re prze­kra­cza­ją codzien­ność, swo­istych „szy­frów trans­cen­den­cji” to jeden ze zna­ków fir­mo­wych dotych­cza­so­we­go dorob­ku Sor­ren­ti­na.

Wło­skie­mu reży­se­ro­wi w ostat­nich latach uda­ło się wykre­ować autor­ską sty­li­sty­kę, prze­ja­wia­ją­cą się m.in. dąże­niem do prze­ja­skra­wie­nia, umi­ło­wa­niem para­dok­su, balan­so­wa­niem na gra­ni­cy kiczu. Reży­ser „Mło­do­ści” pozo­sta­je wier­ny swo­je­mu sty­lo­wi na pla­nie ame­ry­kań­skie­go seria­lu. „Mło­dy papież” to dzie­ło utka­ne ze sprzecz­no­ści, zarów­no w for­mie, jak też w tre­ści. Ame­ry­kań­ski hie­rar­cha w jed­nej ze scen opa­la się w sło­necz­nych oku­la­rach i z papie­ro­sem w ustach. W dru­giej ćwi­czy w oso­bi­stej siłow­ni, by pod­trzy­mać atrak­cyj­ną fizjo­no­mię (ma w koń­cu twarz Jude’a Lawa). W innej zosta­je wnie­sio­ny do Kapli­cy Syk­styń­skiej, by ode­brać od kar­dy­nal­skie­go kole­gium – reak­ty­wo­wa­ny przez sie­bie – gest poca­łun­ku w papie­ski trze­wik. Poprze­dza­ją­ca ten akt sekwen­cja zakła­da­nia maje­sta­tycz­nych szat przy akom­pa­nia­men­cie „I’m sexy and I know it” już sta­ła się naj­słyn­niej­szą sce­ną sezo­nu. Papie­żo­wi w sprzecz­no­ściach towa­rzy­szy jego dwór, któ­re­go przed­sta­wi­cie­le nie dają się łatwo zaszu­flad­ko­wać. Kocha­ją­cy luk­sus Sekre­tarz Sta­nu prze­sta­je być boga­tym biu­ro­kra­tą w sce­nach, gdy pota­jem­nie opie­ku­je się nie­peł­no­spraw­nym chłop­cem, swo­im „jedy­nym przy­ja­cie­lem”. Pięk­ne kaza­nie Pre­fek­ta ds. Ducho­wień­stwa prze­pla­ta się ze sce­na­mi jego miło­snych zbli­żeń z kochan­ką. Pod­nio­słej audien­cji z pre­mier Nor­we­gii towa­rzy­szy popo­wa pio­sen­ka, demon­stra­cja daru od nor­we­skie­go rzą­du.

Sor­ren­ti­no­wi przy kon­stru­owa­niu tych i podob­nych scen uda­je się uka­zać napię­cie pomię­dzy sfe­rą sacrum a pro­fa­num, mię­dzy codzien­ny­mi wada­mi ludzi Kościo­ła a prze­czu­ciem Tajem­ni­cy, któ­ra im towa­rzy­szy. Reży­ser „Wiel­kie­go pięk­na” nie był­by sobą, gdy­by zre­zy­gno­wał przy tym z oni­ry­zmu. Mie­sza­nie porząd­ku jawy i snu, wspo­mnie­nia i marze­nia sen­ne Pon­ti­fe­xa umiesz­czo­ne zosta­ją w nie­mal każ­dym odcin­ku. Sen­ne poszu­ki­wa­nia rodzi­ców papie­ża, noc­ny spa­cer „w cywi­lu” po Rzy­mie czy obja­wie­nie Mat­ki Bożej ks. Gutie­re­zo­wi to naj­bar­dziej autor­skie rysy wło­skie­go reży­se­ra w „Mło­dym papie­żu”.

Naj­moc­niej­szą stro­ną seria­lo­wej ukła­dan­ki pozo­sta­je tytu­ło­wa postać. Len­ny (imię przed wybo­rem) to z jed­nej stro­ny speł­nie­nie kosz­ma­ru wszyst­kich sym­pa­ty­ków obec­ne­go papie­ża Fran­cisz­ka, czło­wiek, któ­ry pra­gnie cof­nąć refor­my papie­stwa ostat­nich 50 lat. Pius XIII nie poka­zu­je się wier­nym (dosłow­nie, od momen­tu wybo­ru nie uka­zu­je swo­je­go obli­cza), nie pocie­sza, nie żar­tu­je, nie podró­żu­je. Zamy­ka się w murach Waty­ka­nu po to, by Urząd odzy­skał aurę nie­do­stęp­no­ści i tajem­ni­czo­ści. Jak wie­rzy bowiem ame­ry­kań­ski papież, „w Nie­obec­no­ści skry­wa się Obec­ność”. Z dru­giej stro­ny jed­nak ten zewnętrz­nie zdy­scy­pli­no­wa­ny i suro­wy hie­rar­cha pozo­sta­je czło­wie­kiem roz­dar­tym mię­dzy wia­rą i zwąt­pie­niem, mię­dzy samo­uwiel­bie­niem a cał­ko­wi­tą nie­wia­rą w moc swo­ją i Boga. Bul­wer­su­ją­ce wie­lu pyta­nie: „Czy papież wie­rzy w Boga?” towa­rzy­szy widzom przez nie­mal cały sezon (zresz­tą na ile seria­lo­wi kar­dy­na­ło­wie wie­rzą w dzia­ła­nie Ducha Świę­te­go w Koście­le, tak­że pozo­sta­je pyta­niem otwar­tym). I tu tak­że ist­nie­je roz­dar­cie: papież wąt­pi, jed­no­cze­śnie tak sil­nie się modli, że – dosłow­nie – wyma­dla cuda. Jest uoso­bie­niem ziem­skiej degra­da­cji naj­wyż­sze­go kościel­ne­go urzę­du? Czy prze­ciw­nie – argu­men­tem za jego nad­przy­ro­dzo­no­ścią? W kre­acji tytu­ło­we­go boha­te­ra Sor­ren­ti­na sub­tel­nie odda­je jesz­cze jeden spór: mię­dzy dok­try­ną i dys­cy­pli­ną a namięt­no­ścią.

Czy „Mło­dy papież” jest gor­szą­cy? Z pew­no­ścią przy powierz­chow­nym odczy­ta­niu może zostać tak ode­bra­ny. Nie jest to w koń­cu kościel­na laur­ka, kla­sycz­ny i poboż­ny film hagio­gra­ficz­ny. Reży­ser burzy zasta­ne wyobra­że­nia (wystar­czy wspo­mnieć intro seria­lu) i sche­ma­ty, balan­su­je na gra­ni­cy este­tycz­nej wraż­li­wo­ści widza. Sta­wia przy tym pyta­nia o wia­rę i sens, pozo­sta­wia­jąc widza w sta­nie moral­ne­go nie­po­ko­ju.