widzimy
| 28 maja 2013 ]

Piekło oblepione miodem

W historii, którą opowiada w książce „Jutro przypłynie królowa” Maciej Wasielewski, jest dużo słońca, bajeczne krajobrazy, gaje mandarynkowe i uśmiechnięci ludzie. A jednak od pierwszych stron wyczuć można atmosferę nabrzmiałą tajemnicą. „Co za diabeł prowadzi cię na Pitcairn – pytał Wasielewskiego spotkany po drodze marynarz. – Mówię ci, ta wyspa jest przeklęta. Ludzi łączy tylko współodpowiedzialność za zbrodnię”.

Mieszkańcy wyspy to w prostej linii potomkowie buntowników z Bounty, których historię opisał Juliusz Verne. Statek Bounty wypłynął w 1787 roku z południowej Anglii, by przywieźć z Tahiti sadzonki drzewa chlebowego. Dowodził kapitan William Blight – zabijaka i furiat, który bez mrugnięcia okiem katował swoich podwładnych do nieprzytomności. Po kilku miesiącach załoga prowadzona przez pierwszego oficera Fletchera Christiana wznieciła bunt i przejęła kontrolę nad statkiem, wypuszczając kapitana i garstkę wiernych mu marynarzy w małej szalupie na otwarte morze. Choć trudno w to uwierzyć, łódeczka kapitana dotarła do brzegu oddalonego prawie 4 000 mil morskich, a on sam powrócił wkrótce do Anglii w glorii bohatera (jego spisane wspomnienia były ponoć rozprzedawane na pniu). Od tego momentu wiadomo już było, że Fletcher Christian i jego towarzysze nie mają szansy powrotu do Europy. Toczyła się gra na śmierć i życie, gdzie jedyną szansą na przetrwanie było znalezienie bezpiecznej kryjówki, o której wie możliwie jak najmniej osób. Malutka, górzysta wyspa Pitcairn – położona 15 tys. kilometrów od Londynu – wydawała się idealna. Tam właśnie w 1790 roku dopłynęli buntownicy wraz z pojmanymi wcześniej Tahitańczykami, spalili Bounty i rozpoczęli drugie życie.

Obecnie na wyspie mieszka około 50 osób, w tym kilkoro dzieci. Mieszkańcy z dumą odwołują się do historii buntowników z Bounty, pielęgnując nienawiść do brytyjskiej korony, co nie przeszkadza im w najmniejszym stopniu korzystać z pieniędzy brytyjskiego rządu (Pitcairn oficjalnie jest jednym z 14 zamorskich terytoriów Wielkiej Brytanii). Na każdym kroku podkreślają swoją niezależność, siłę i upór, które pozwoliły im przetrwać 200 lat na skalistej wysepce. W tym czasie nie tylko wybudowali osadę i utwardzoną drogę, ale także utworzyli Kościół (staraniem misjonarzy-adwentystów) i ustanowili własną konstytucję. Regularnie wybierają władze lokalne z burmistrzem na czele, prowadzą też wymianę handlową ze statkami, które sześć razy w roku podpływają do wyspy. Ich życie było nieustanną walką z widmem głodu, z żywiołem natury, która nie zna litości. Dlatego na wyspie wszystko musiało być podporządkowane przetrwaniu. Wszystko musiało wspierać najsilniejsze elementy systemu. Wszystko musiało być poświęcone dla wspólnoty. Wszystko.

 

Dotarcie na odludną wyspę jest trudne, ale nie niemożliwe. Najgorsza wcale nie jest jednak wielodniowa, męcząca podróż. O wiele większym wyzwaniem jest przekonać mieszkańców wyspy, że warto zaakceptować czyjeś podanie. Sami dokonują starannej selekcji zgłoszeń, zadają sporo pytań. Dziennikarze są skreślani od razu. Dlatego Maciej Wasielewski podał się za antropologa badającego sagi żeglarskie i dostał się na wyspę, by na własne oczy przekonać się, jak wygląda życie na Pitcairn. Jego wyprawa skończyła się już po 10 dniach, gdy odkryto jego prawdziwą tożsamość.

Książka, która powstała po tej wizycie, jest jedną z najbardziej wstrząsających historii, z jakimi zetknęłam się w życiu. Ta książka śniła mi się w nocy, dopadała mnie w dzień, gdy na chwilę pozwoliłam odpłynąć myślom. W trakcie lektury odrzucałam ją ze strachem, by pobiec w stronę kogoś, komu ufam, kogo kocham, by upewnić się, że na świecie jest też dobro.

Choć sceneria jest rajska, a maleńka republika zdaje się ucieleśnieniem hipisowskich ideałów życia w komunie, to pod cienką warstwą pozorów pulsuje czyste zło. Wasielewski opisuje świat, w którym nie obowiązują znane nam reguły, całkowicie zerwany jest zrozumiały dla nas porządek przyczynowo-skutkowy. Czytanie tej książki jest jak bieganie po labiryncie luster. Już, już, wydaje ci się, że widzisz wyjście, gdy znowu uderzasz głową w zimną taflę – nigdy nie wiesz, które z setek zwielokrotnionych obrazów są prawdziwe. Świat wyspy nawet na chwilę nie daje ci odpocząć, każda kolejna strona zwiększa ból. A jednak czytasz dalej, bo nie wierzysz, że istnieją kolejne kręgi piekła. Bo chcesz wierzyć, że sprawiedliwość zwycięży, że w cywilizowanym świecie praw człowieka (przecież Pitcairn należy do Unii Europejskiej!) to nie mogło się wydarzyć. Nie tu, gdzie żyją tak mili i uprzejmi ludzie, a drzewa uginają się pod ciężarem pomarańczy. I dopiero w pewnym momencie z dreszczem zaczynasz uświadamiać sobie, że „Pitcairn to tylko pozornie mała wyspa zagubiona na wielkim oceanie. – jak napisał Witold Szabłowski. – W książce Wasielewskiego Pitcairn to metafora całego świata, piekła, które my, ludzie, tworzymy sobie nawzajem. Piekła oblepionego miodem”.