widzimy
| 27 sierpnia 2014 ]

Pobawmy się w śmierć

Rekonstrukcje historyczne były kiedyś sympatyczną zabawą w historię. Były, bo dziś są często makabryczną iluzją, która nie znając granic etycznych, pragnie się nazywać edukacją, choć w żaden sposób nią nie jest.

Z edukacją historyczną jest pewien problem. Nie są nim bynajmniej daty, czy zbyt duże namnożenie faktów. Zainteresowanie historią zabija jej dehumanizacja i odrealnienie. Przeciętny uczeń nie widzi związków pomiędzy swoim jestestwem a przeszłością. Nie dostrzega wspólnoty człowieczeństwa pomiędzy sobą a swoimi przodkami, nie zdaje sobie sprawy, że uczyć się historii to przeglądać się w lustrze, w którym odbijają się ludzkie namiętności, wady i zalety. Tym samym historia przestaje być nauką humanistyczną, a staje się bliżej nieokreślonym bytem opowiadającym o czymś, co człowieka – zdawałoby się – nie dotyczy.

Rekonstrukcja historyczna walk w czasie Powstania Warszawskiego - Mokotów '44. Fot. Piotr VaGla Waglowski, http://www.vagla.pl

Może właśnie dlatego w teorii edukacji historycznej coraz częściej wspomina się nie tylko o wiedzy, ale i o doświadczeniu. Stąd też popularne stają się wszelkie przedsięwzięcia, dzięki którym historii można dotknąć, zabawić się nią i obejrzeć. Chwytając do ręki gęsie pióro, łatwiej przecież zrozumieć nam, jak ciężką pracę wykonywał średniowieczny skryba, który nie mógł liczyć ani na klawisz „delete”, ani tym bardziej na automatyczny słownik ortograficzny. Na tej fali wyrosła też popularność rekonstrukcji historycznych, które z zabawy dla pasjonatów stały się jednym z elementów ścieżki edukacyjnej, a przynajmniej za takowy chcą być uważane.

Rekonstrukcje stały się fetyszem, który sprawia, że uświetniają już niemal każdą możliwą rocznicę czy wspomnienie wydarzenia. Ilość grup rekonstrukcyjnych pęcznieje, ale za ilością nie idzie wcale jakość. Nie wiem, czy można to nazwać syndromem wody sodowej, ale poczucie misyjności sprawia, że rekonstrukcja przekracza granice i pod płaszczykiem edukacji, stara się przekonywać, że pokazać można wszystko. Kilka lat temu w Lipnicy Murowanej inscenizowano pacyfikację wsi, w Będzinie likwidowano getto, w Radymnie zaś palono wioskę, nawiązując do rzezi wołyńskiej. Absurdalne rekonstrukcje narastają też wokół tradycji upamiętniania Powstania Warszawskiego. Klika dni temu w Łodzi grupa harcerzy ZHR we współpracy z Zakładem Wodociągów i Kanalizacji i Łódzkim Centrum Filmowym zorganizowała przejście kanałami. Marsz ten upamiętnić miał tragiczną drogę wielu powstańców, którzy zakończyli w podziemiach stolicy swoje życie. W kąśliwym komentarzu na Facebooku zadałem pytanie, czy ZWiK zapewnił harcerzom odpowiednie warunki nadające się do rekonstrukcji – odór, pływanie w fekaliach, spanikowany tłum, otwarte rany itp. – czy może całe przedsięwzięcie było jedynie zabawą? Pytanie czysto retoryczne, bo wcześniej ustami rzecznika instytucji odpowiedzialnej za łódzkie kanały zapewniono, że zostały ono odpowiednio wywietrzone i zabezpieczone. Artykuły dotyczące wydarzenia okraszono uśmiechniętymi twarzami młodych „powstańców” spacerujących po ciemnych kanałach.

Oczywiście daleki jestem od potępiania osób biorących udział w tego typu przedsięwzięciach. Nie wątpię (a przynajmniej wątpić nie chcę), że motywuje ich do tego autentyczna chęć pamięci i szacunek dla historii. Zachęcam jednak do refleksji nad tym, czy taka droga jest odpowiednia zarówno pod kątem korzyści edukacyjnych, jak i etyki. Aby to ocenić, ważne jest zastanowienie się, czym jest wspomniane wcześniej doświadczenie historii i do czego ma nas prowadzić. Otóż wydaje mi się, że jego podstawowym celem winna być próba wcielenia się w postać historyczną, zrozumienia sytuacji, w jakiej się znalazła, odczucia na własnej skórze okoliczności danego wydarzenia. Innymi słowy – humanizacja historii. Czy spacer po kanałach, barykada powstańcza albo zabawa dla dzieci w odbieranie zrzutu (co fundowało niedawno Muzeum Powstania Warszawskiego) oddaje dramaturgię tych zdarzeń? Czy pozwala odczuć, na czym polegała tragedia? Z pewnością nie. Wręcz przeciwnie, dramat zamienia w doskonałą zabawę. Absurdem byłoby przy tym domagać się większego urealnienia rekonstrukcji i inscenizacji. Może po prostu warto uznać, że nie wszystko da się pokazać, a i nie wszystko wypada.

Rekonstrukcja niesie za sobą bowiem jeszcze wymiar etyczny całego przedsięwzięcia. Czy inscenizatorom wolno naruszać sacrum śmierci, czy wolno zamieniać ludzkie tragedie w bezrefleksyjne widowiska, czy udawanie, że tak jak postacie z historii możemy przejść po kanałach, nie jest wchodzeniem w buty, do których nie mamy prawa?

Rzecz jasna powyższy „manifest” dotyczy wszystkich tych zjawisk, które za nic mają dobry smak. Środowisko rekonstruktorów nie jest w tej sprawie ani jednolite, ani nie można go jednoznacznie przypisywać do wszystkiego, co dzieje się wokół tego typu przedsięwzięć. Wielu rekonstruktorów, którzy w rekonstrukcji widzą przede wszystkim sposób na spędzanie wolnego czasu, samodoskonalenie się i zabawę, zachowuje dystans, zdając sobie sprawę, że są nieprzekraczalne granice, za którymi stoi już tylko kicz i tandeta. Jeśli bowiem historia ma być przeglądaniem się w lustrze, to uczyć winna też empatii, a ta raczej nie pozwala robić sobie z misterium śmierci doskonałej zabawy, nawet jeśli stałyby za nią najbardziej szczytne, edukacyjne motywy.


Zdjęcie wykorzystane w tekście pochodzi ze zbiorów WikiCommons.