myslimy
| 27 stycznia 2013 ]

Pod cudzym niebem

Emigracja. Marta Kwaśnicka pisała niedawno na swoim sławnym już „Blogu o kulturze”, że szukając czegoś, co byłoby wspólne dla młodych Polaków – jakiegoś jednoczącego ich przeżycia – powinniśmy zwrócić uwagę na doświadczenie tymczasowej emigracji. Istotnie, chyba każdy zna – z pierwszej bądź drugiej ręki (gdy wyjeżdżają nasi krewni, znajomi) – negocjacje z obsługą lotniska w sprawie nadbagażu, wycieczki po ptasie mleczko i kiełbasę do polskiego sklepu, nocne rozmowy z rodziną na skajpie, msze w polskich kościołach na obczyźnie, z reguły bardziej tradycyjnych niż w kraju.

Życie pod cudzym niebem. Ludzie są oczywiście różni („każda dusza to inny świat” – czytamy w pewnym katolickim bestsellerze), więc i emigrację różnie przeżywają, ale wielu, jak sądzę, odnajdzie się w obrazie nakreślonym przez Kwaśnicką. Obrazie emigranta snującego się niczym duch po nie do końca prawdziwym, tymczasowym świecie. Emigranta, który wszystkiego doświadcza jakby w półśnie.

Emigrant ma też problem z własną tożsamością. Ja w każdym razie mam. Ciągle waham się pomiędzy rolami stałego mieszkańca i chwilowego gościa. I chyba bardziej – choć staram się identyfikować ze społeczeństwem, w którym żyję – odpowiada mi formuła gościa, próbującego okazywać wdzięczność swoim gospodarzom. Moim wzorem jest tu Julia Hartwig tytułująca swoją książkę poświęconą pobytom we Francji „Podziękowanie za gościnę”.

Ale żeby chociaż być gościem! Czasem czuję się ledwie turystą. Zwłaszcza gdy po raz kolejny poddaję się i idę do wiedeńskiego Muzeum Historii Sztuki, jakby ze strachu, że może niedługo nie będę już miał go na wyciągnięcie ręki.

** *
Obrazy Pietera Bruegla eksponowane w Wiedniu stanowią dla mnie odpowiedź na jeden z zarzutów przeciwko religii: że Pan Bóg zagraża człowiekowi, a cel nadprzyrodzony – doczesności. Że wierność niebu pociąga za sobą zdradę ziemi. „Zaklinam was, bracia” – pisał w tym duchu genialny nieszczęśnik Nietzsche – „Pozostańcie wierni ziemi i nie wierzcie tym, co wam o nadziemskich mówią nadziejach!”.

Bruegel odpowiada obrazami „Pochmurny dzień” i „Wieża Babel”. Na obydwu z nich mamy ten sam układ kompozycyjny: na pierwszym planie scenę rodzajową, na drugim – pejzaż z wioską bądź miastem.

Na „Pochmurnym dniu”, pomimo złowrogiej pogody, panuje harmonia. Główną dominantę stanowi, przerażający i piękny zarazem, górski krajobraz w tle (Bruegel, syn holenderskich równin, widział Alpy podczas podróży do Włoch i w czasie powrotu z nich: Karel van Mander pisał, że wówczas „połknął on te wszystkie góry i skały, by następnie, po powrocie, wypluć ja na swe płótna i deski”). Nieco bliżej są niewielkie osiedla ludzkie, na pierwszym zaś planie – grupa chłopów zajętych ścinaniem wierzbowych gałęzi.

Z płótna emanuje dziwny spokój i sens, aż odbiorca zachodzi w głowę: skąd się to bierze? U Bruegla to, co najważniejsze, jest często trudne do zauważenia. Na „Drodze krzyżowej” (obrazie ożywionym przez Lecha Majewskiego w filmie „Młyn i krzyż”) Jezus ginie w ignorującym Go półtysięcznym tłumie. Podobnie trudno dojrzeć maleńką postać tytułowego bohatera na „Nawróceniu Szawła”, obrazie zdominowanym przez zady koni na pierwszym planie. Wydaje mi się, że analogicznym elementem „Pochmurnego dnia” jest wieża wiejskiego kościółka, górująca nieznacznie nad innymi zabudowaniami miasteczka na drugim planie. Małe tabernakulum niezagrażające materialnemu światu, lecz tchnące weń wzniosłość i nadzieję, zamieniające go w bosko-ludzkie uniwersum dobrze znane z innych płócien Bruegla: „Tańca wieśniaków”, „Chłopskiego wesela”, „Walki postu z karnawałem”, „Zabaw dziecięcych”. Uniwersum tak bardzo ludzkie, bo jednocześnie boskie.

Pieter Bruegel, Wieża Babel

Nie tak jest w przypadku „Wieży Babel”. W centrum stoi gigantyczna konstrukcja, na swój sposób piękna, ale miażdżąca przytulne miasteczko niczym łapa Godzilli. Na pierwszym planie – król bezlitośnie rozkazujący poddanym, by nie ustawali w morderczej pracy. Jeśli mały kościółek stanowił afirmację doczesności przez jej wyniesienie ku wieczności, wieża Babel jest gwałtem na doczesności, bo próbuje wycisnąć z niej coś, czego ta dać nie może: większe piękno i większy sens, którym warto poświęcić życie.

* * *
Z perspektywy chrześcijańskiej emigracja stanowi dobrą metaforę doczesności. Choćbyśmy mieszkali w ojczyźnie, daleko jesteśmy od naszej Ojczyzny prawdziwej. Gdziekolwiek żyjemy – my, „wygnańcy, synowie Ewy” – żyjemy pod cudzym niebem. I jakby w półśnie, z którego przebudzimy się dopiero u kresu życia. „Przebywają na ziemi, lecz są obywatelami nieba” – czytamy w Liście do Diogneta z II w. I wcześniej: „każda ojczyzna [jest im] ziemią obcą”.

W tym samym liście napisane jest jednak również coś wręcz odwrotnego: „Każda ziemia obca jest im ojczyzną”. Chrześcijaństwo pozwala się zadomowić w doczesności (często złowrogiej, jak na „Pochmurnym dniu”), bo uczy właściwego do niej stosunku. Przypomina, czego nie można w niej znaleźć – i jednocześnie wynosi ją ku wieczności. Wierność niebu jest – zaryzykuję – jedynym sposobem, by nie zdradzić ziemi.