myslimy
| 12 lipca 2013 ]

Podsiadło – język dzieciństwa

Ręka do góry, kto w sta­rych, dobrych cza­sach, gdy „Tygo­dnik Powszech­ny” dru­ko­wa­ny był w zbyt dużym for­ma­cie, by go nor­mal­nie czy­tać, w związ­ku z czym nie czy­ta­ło się go „nor­mal­nie”, lecz z odświęt­nym namasz­cze­niem – ręka do góry, kto wów­czas zaczy­nał coty­go­dnio­wą lek­tu­rę od felie­to­nów Jac­ka Pod­sia­dły.

Okład­ka książ­ki Jac­ka Pod­sia­dły „A mój syn”

Pod­sia­dło jest dla mnie zagad­ką. Jego opa­słe „Wier­sze zebra­ne”, ów poetyc­ki zapis wkra­cza­nia w doj­rza­łość, są jed­ną z waż­niej­szych dla mnie ksią­żek, może nawet swe­go rodza­ju prze­wod­ni­kiem po życiu, lecz jed­no­cze­śnie wiem, że jej auto­ro­wi nie jest za bar­dzo po dro­dze z tym, co dla mnie w życiu naj­waż­niej­sze – wia­rą i moral­ną nauką Pana Jezu­sa. Rasta­fa­ria­nizm, bud­dyzm, wege­ta­ria­nizm i anar­chizm – to oczy­wi­ście tyl­ko hasła, ale jakoś odda­ją­ce poszu­ki­wa­nia świa­to­po­glą­do­we Pod­sia­dły – nie są prze­cież do koń­ca tym samym, co kato­li­cyzm, nawet jeśli kato­li­cyzm też zawsze był dla nie­go jakimś punk­tem odnie­sie­nia (w Szew­nej pod Ostrow­cem, gdzie się uro­dził i dora­stał, pro­bosz­czem był ksiądz Mar­cin Popiel, jeden z moich ido­li, o któ­rym Pod­sia­dło pisze, nie wiem, czy na serio, czy z iro­nią: „lokal­ny świę­ty, któ­re­go imię nosi w Ostrow­cu most, bo zabra­kło dlań uli­cy”). Zagad­ka pole­ga na tym, że twór­czość Pod­sia­dły wyda­je mi się jed­nak w jakimś waż­nym sen­sie chrze­ści­jań­ska.

Chrze­ści­jań­ski ele­ment nie jest chy­ba aż tak trud­ny do ziden­ty­fi­ko­wa­nia w felie­to­nach z serii „A mój syn…”, któ­re mają – by posłu­żyć się pasu­ją­cym tu zda­niem Andrze­ja Horu­ba­ły z recen­zji „Obso­le­tek” Justy­ny Bar­giel­skiej – „taki ładu­nek prze­ka­zu pro-life, taki ładu­nek pro­mo­cji war­to­ści rodzin­nych, jakich nie ma czę­sto cały kiosk para­fial­ny razem z orto­dok­syj­nie łypią­cą panią sprze­daw­czy­nią”. Zada­nie jest nie­co trud­niej­sze w przy­pad­ku wier­szy, zwłasz­cza wcze­snych, choć­by licz­nych „nie­ślub­nych ero­ty­ków”. To, co wyda­je mi się w poezji Pod­sia­dły chrze­ści­jań­skie, to – być może para­dok­sal­nie – jej swo­isty ego­tyzm. Pod­sia­dło sku­pia się na sobie, na swo­ich prze­my­śle­niach, tro­skach, eks­ta­zach, ale uczy nas przez to trud­nej sztu­ki posia­da­nia wła­sne­go losu. Jak się to ma do wia­ry, jak się ma na przy­kład do takiej modli­twy ks. Popie­la: „Mary­jo, pro­szę, niech znik­nie moje «ja». Jestem tyl­ko zna­kiem dzia­ła­nia Boże­go. Nie «mam» żad­nej zasłu­gi – wszyst­ko jest dzie­łem miło­sier­dzia”? Może tak, że żeby coś Bogu oddać, trze­ba to naj­pierw posia­dać.

Ale to też nie jest, według mnie, naj­bar­dziej chrze­ści­jań­skim ele­men­tem tej twór­czo­ści. I nie jest nim jej kontr­kul­tu­ro­wość – choć w świe­cie, w któ­rym domi­nu­ją­ca kul­tu­ra nie jest chrze­ści­jań­ska, wła­śnie bunt oka­zu­je się czę­sto naj­lep­szą „pra­eam­bu­la fidei” – wstę­pem do wia­ry.

Wyda­je mi się, że decy­du­ją­cy jest tu – mam na myśli przede wszyst­kim felie­to­ny, ale nie tyl­ko – język. Język, któ­ry Pod­sia­dło prze­cho­wał w sobie z cza­sów dzie­ciń­stwa i któ­re­go czę­ścio­wo może nauczył się od Astrid Lind­gren – język dobro­ci, cie­pła, iro­nii, odwa­gi, zgo­dy (choć nie bez­wa­run­ko­wej) na świat. Podob­ny znaj­dzie­my u Kor­cza­ka i ks. Twar­dow­skie­go. Oczy­wi­ście to nie jest jedy­ny język, jakie­go potrze­bu­je­my – sta­ra chrze­ści­jań­ska zasa­da mówi, że na nic nie zda się miłość, gdy będzie pozba­wio­na praw­dy, a miło­sier­dzie, gdy zabrak­nie spra­wie­dli­wo­ści – ale takie­go też potrze­bu­je­my. Dziś może bar­dziej niż kie­dy­kol­wiek.