widzimy
| 23 marca 2015 ]

Podzielone serce miasta

Muru Berlińskiego już nie ma i od wielu lat stolica Niemiec pracuje pełną parą, by znieść raniący tkankę miejską podział miasta, stara się nowymi inwestycjami przyśpieszyć „gojenie blizny”.

Tymczasem Warszawa cierpi na zupełnie inny podział, wprowadzony nie z zewnątrz, lecz od wewnątrz. Jeśli sercem, duszą świata mają być chrześcijanie – nasze miasto ma podzielone serce.

25 marca bieżącego roku przypada 23-lecie erygowania diecezji warszawsko-praskiej, czyli podziału stolicy na dwie diecezje. Dla mnie to smutna rocznica nieudanego eksperymentu.

Warszawa w czasie II wojny światowej tak bardzo zniszczona, pozbawiona tak wielkiej grupy swoich mieszkańców, odbudowana w latach komunizmu – w sposób mający jednak implementować w materialną i społeczną przestrzeń idee „jedynego właściwego ustroju”, od lat 90. chaotycznie rozbudowywana – straciła swoją tożsamość. Dopiero w ostatnich latach, w dużej mierze dzięki oddolnym, obywatelskim inicjatywom, odkrywaniu na nowo lokalnych tradycji, odzyskuje życie. O ile jednak na poziomie komunikacji, kultury, handlu, aktywności społecznej miasto się integruje, o tyle na poziomie administracji kościelnej – a więc i życia wiernych – utrzymywany jest sztuczny, narzucony podział. Jeśli wierzymy jako katolicy, że biskupstwo to nie tylko kwestia legislacyjno-urzędnicza, ale też coś więcej – duchowa wspólnota – sprawa przedstawia się jeszcze gorzej.

Wydaje mi się, że dla samych pasterzy sytuacja nie jest łatwa. Mam wrażenie, że żaden z nich nie może być w pełni charyzmatycznym, widocznym liderem dla warszawskich wiernych, bo nie chce konkurować z sąsiadem zza rzeki. A warszawskim katolikom potrzebny jest charyzmatyczny pasterz rozumiejący specyficzne wyzwania życia religijnego na „pustyni wielkiego miasta”.

Przy podziale Warszawy na dwie diecezje sposób przekazu Ewangelii wobec mieszkańców (zwłaszcza tych niezaangażowanych w życie Kościoła, czy wręcz nastawionych do niego wrogo) traci na czytelności, a bywa, że dochodzi w tej sferze nawet do kompromitacji wartości chrześcijańskich. Tak się dzieje wtedy, gdy dwóch naszych pasterzy prezentuje sprzeczne ze sobą wizje przewodniczenia wspólnocie.

Żenującym tego przykładem był brak porozumienia pomiędzy naszymi warszawskimi biskupami w kwestii dyspensy od postu piątkowego 2 maja zeszłego roku. Arcybiskup Nycz dyspensę dał, a arcybiskup Hoser – nie. Media społecznościowe zostały zalane rzeką (nomen omen) bardziej lub mniej śmiesznych żartów o jedzeniu kiełbasy na moście.

Wciąż mam w pamięci sytuację sprzed kilku lat, kiedy podczas homilii w jednym z praskich kościołów ksiądz opowiadał o tradycji chrzczenia dorosłych w Wigilię Paschalną jako o starodawnym, już niepraktykowanym, egzotycznym zwyczaju. W tym samym czasie w Wigilię Paschalną w kościele św. Jacka po drugiej stronie rzeki było uroczyście chrzczonych kilkoro dorosłych.

Problemem, który jest dość dotkliwy dla części praktykujących katolików, jest to, że na terenie prawobrzeżnej Warszawy komunia na rękę jest wydawana bardzo niechętnie, zdarzają się też przypadki kategorycznej odmowy takiego sposobu udzielenia komunii wiernemu, który o to prosi – księża powołują się tutaj na zdanie arcybiskupa Hosera. Tymczasem arcybiskup Nycz jak najbardziej dopuszcza udzielanie wiernym komunii na rękę i na terenie Warszawy lewobrzeżnej nie ma z tym takich problemów. Warszawski katolik chcący przyjmować komunię na rękę, uczestnicząc w Eucharystii musi więc za każdym razem pamiętać, po której stronie Wisły się znajduje, żeby nie narażać się na nieprzyjemne sytuacje.

Tego typu trudności na terenie Warszawy można znaleźć więcej. Są one tak dotkliwe, bo granica między diecezjami nie przebiega środkiem niezamieszkanego pola, ale środkiem najludniejszego miasta w Polsce.

Nie przekonuje mnie argument przytaczany zwykle jako powód wydzielenia diecezji warszawsko-praskiej, że w Warszawie i jej okolicach mieszka tak wielu katolików, że jedna kuria biskupia nie wystarczyłaby do ich „obsługi”. Rozwiązań organizacyjnych jest wiele, a arcybiskup Warszawy (i jej okolic) mógłby mieć do pomocy po prostu bardziej liczną grupę współpracowników, jeśli byłaby taka praktyczna potrzeba.

Nie znam drugiego miasta stołecznego na świecie, w którym istniałby podział na dwie diecezje i funkcjonowałoby równolegle dwóch biskupów (nie mówię oczywiście tutaj o biskupach pomocniczych). Nie sądzę też, żeby np. w Manili czy w mieście Meksyk i ich okolicach była mniejsza liczba wiernych.

Tymczasem sprawy wyglądają tak, jak wyglądają, a warszawskim wiernym wcale nie jest wygodniej (choćby w przypadku udzielania „międzydiecezjalnych” sakramentów, organizacji działania różnych stowarzyszeń i ruchów religijnych – które chcąc działać po obu stronach rzeki, muszą osobno załatwiać wszystkie formalności i starać się o uzyskiwanie zgody w dwóch kuriach itp).

Polskie społeczeństwo, zwłaszcza miejskie, świecczeje. Mamy niski przyrost naturalny. Słabnie migracja ze wsi do miast, nasila się tendencja odwrotna. Niedługo być może nie będzie więc również tej „praktycznej” potrzeby istnienia dwóch diecezji w Warszawie, malejącej liczbie praktykujących katolików będzie zaś trudniej utrzymać „podwojone” kościelne instytucje.

Bardzo bym chciała, by temat diecezjalnego podziału Warszawy nie był nienaruszalnym tematem tabu, ale by był poddany pod otwartą dyskusję.

Chrześcijanie mają być „zarzewiem jedności i pokoju” w świecie. Czemu więc w sercu Warszawy pielęgnowany jest podział?

PS. W tegorocznym Wielkim Poście powstała inicjatywa łącząca całe miasto – inspirowana piękną starożytną rzymską tradycją akcja „Kościoły Stacyjne Warszawy”. Na każdy dzień Wielkiego Postu został wyznaczony inny kościół (wybrano po równo świątyń z obu stron Wisły), w którym sprawowana jest specjalna liturgia. To krok w dobrym kierunku.


Zdjęcie użyte w tekście pochodzi z zasobów Wikicommons.