myslimy
| 6 lipca 2016 ]

Poezja – Groźba i Odkupienie

O śmier­ci Geof­freya Hil­la dowie­dzia­łem się wczo­raj z gaze­to­we­go nagłów­ka. Nazwi­sko brzmia­ło zna­jo­mo, ale chwi­lę trwa­ło, zanim wró­ci­ły prze­czy­ta­ne przed kil­ko­ma laty, w okre­sie krót­kiej fascy­na­cji, nie­da­ją­ce się zapo­mnieć wer­sy. I ten jego głos patriar­chy z oglą­da­nych kie­dyś w inter­ne­cie poetyc­kich dys­ku­sji. Nie znam jego twór­czo­ści dobrze, piszę raczej dla­te­go, że ktoś jego śmierć u nas odno­to­wać musi.

Hill_okladka

Owe dys­ku­sje były o poezji Yeat­sa, bo też Hil­lo­wi pod pew­ny­mi wzglę­da­mi naj­bli­żej jest wła­śnie do anglo­ję­zycz­nych moder­ni­stów. Choć­by w tym sen­sie, że waż­ny jest dla nie­go indy­wi­du­al­ny ludz­ki pod­miot. Ale – ina­czej niż u wie­lu z moder­ni­stów i ich następ­ców, ina­czej niż u poetów z powo­jen­ne­go The Move­ment – Hill na pod­mio­cie nie koń­czy. „From the dep­ths of the self we rise to a con­cur­ren­ce with that which is not-self”, napi­sze w swo­im prze­ło­mo­wym wykła­dzie, „Poetry as «Mena­ce» and «Ato­ne­ment»”: „Z głę­bin [wła­snej] jaź­ni wzno­si­my się ku pew­nej zbież­no­ści z tym, co jest poza jaź­nią”. „Poza jaź­nią” jest tu przy tym nie naj­lep­szym tłu­ma­cze­niem, bo cho­dzi raczej o to, co jest w nas, ale nie z nas bie­rze swój począ­tek i w nas się nie wyczer­pu­je. A więc o histo­rię, wspól­no­tę – i pej­zaż! – któ­re nas kształ­tu­ją i któ­rym win­ni jeste­śmy (kry­tycz­ną) wier­ność. O świat zewnętrz­ny, któ­ry pozna­je­my naszy­mi zmy­sła­mi i któ­ry pró­bu­je­my nie­udol­nie opi­sy­wać naszym języ­kiem. O dobro i zło – dwa bie­gu­ny, mię­dzy któ­ry­mi toczy się nasze życie – i któ­re są prze­ra­ża­ją­co real­ne. Wresz­cie o trans­ce­den­cję i zba­wie­nie, o któ­re jakoś się ocie­ra­my i któ­re jesz­cze bar­dziej nie­udol­nie niż wszyst­ko inne pró­bu­je­my opi­sy­wać. Ta świa­do­mość nie­udol­no­ści ludz­kie­go opi­su jest u Hil­la cen­tral­na, ale nie zna­czy to, że pozo­sta­je nam tyl­ko apo­fa­tycz­ne mil­cze­nie. Raczej trze­ba nie­ustan­nie oczysz­czać nasz język, pokor­nie szu­kać słów i form, któ­re odda­ją spra­wie­dli­wość rze­czy­wi­sto­ści. Poeta ma moral­ną misję do speł­nie­nia, nie może (tyl­ko) mil­czeć – nawet po Auschwitz.

Mało któ­ry współ­cze­sny liryk wytrzy­ma zesta­wie­nie z Hil­lem. Przy jego wier­szach, pod­szy­tych roz­le­głą wie­dzą histo­rycz­ną, filo­zo­ficz­ną, reli­gij­ną, twór­czość wie­lu wyda­je się naiw­na i mała. Seamus Heaney wska­zy­wał na jego „głę­bo­ką, uczo­ną świa­do­mość reli­gij­nej i poli­tycz­nej pod­bu­do­wy wszyst­kie­go w Wiel­kiej Bry­ta­nii”. Rze­czy­wi­ście, jak nikt inny potra­fił w histo­rycz­nych, a tak­że współ­cze­snych zja­wi­skach dostrze­gać wpły­wy reli­gij­ne, choć­by śla­dy gno­sty­cy­zmu czy zbyt­nie­go super­na­tu­ra­li­zmu. W swo­ich sym­pa­tiach poli­tycz­nych się­gał po Rady­kal­nych Tory­sów XIX wie­ku i agra­rian (i innych zwo­len­ni­ków regio­na­li­zmu i zako­rze­nie­nia) róż­nych kra­jów i cza­sów. Znaj­dzie­my u nie­go tak­że odnie­sie­nia do posta­ci być może szcze­gól­nie bli­skich czy­tel­ni­kom „Dywi­zu”: do Joh­na Henry’ego New­ma­na, do Char­les Péguy’ego (zwłasz­cza w poema­cie „The Myste­ry of the Cha­ri­ty of Char­les Péguy”), do Jacques’a Mari­ta­ina, do kar­me­li­tań­skich misty­ków. Odnie­sie­nia czę­sto ukry­te, poplą­ta­ne, bar­dzo trud­no dostęp­ne dla czy­tel­ni­ka, dla któ­re­go, jak dla mnie, język angiel­ski jest języ­kiem obcym. Hill nie jest, dodaj­my, chy­ba pra­wie w ogó­le (a może w ogó­le?) tłu­ma­czo­ny na pol­ski – choć jego Pol­ska inte­re­so­wa­ła. W „Ruchu Lite­rac­kim” sprzed paru lat (Jean Ward, „Angiel­ski poeta o «wiel­kim pol­skim lumi­na­rzu»: Geof­frey Hill i «Ciem­ne świe­ci­dło» Alek­san­dra Wata”, R. LII, 2011, Z. 1, 304) znaj­dzie­my bar­dzo cie­ka­wy esej o róż­nych pol­skich odnie­sie­niach w twó­czo­ści Hil­la.

Geof­frey Hill cza­sem się­ga po kla­sycz­ne for­my, ale nie zna­czy to, że jest kla­sy­cy­stą. Tytuł wspo­mnia­ne­go wcze­śniej gło­śne­go wykła­du z 1977 roku, „Poetry as «Mena­ce» and «Ato­ne­ment»” („Poezja jako «Groź­ba» i «Odku­pie­nie» ”), jest tu dobrym przy­kła­dem. Mam na myśli te cudzy­sło­wy, będą­ce chy­ba nie tyl­ko zna­kiem cyta­tu (choć Hill cytu­je tu okre­śle­nia Kar­la Bar­tha), lecz tak­że wyra­zem nowo­cze­snej iro­nii i kry­tycz­ne­go dystan­su do wiel­kich spraw, o któ­rych kie­dyś pisa­ło się wprost. Jego poezja jest rze­czy­wi­ście peł­na iro­nii i dystan­su – i osta­tecz­nie nie wia­do­mo, czy pochwa­la, czy gani, czy wyzna­je, czy wąt­pi. Ale potra­fi on – i jest to dowo­dem jego mistrzo­stwa – zaprząc te nowo­cze­sne ele­men­ty do pozy­tyw­nej ducho­wej robo­ty: sta­ją się one narzę­dzia­mi oczysz­cze­nia, pozwa­la­jąc jesz­cze głę­biej zanu­rzać się w spra­wy naj­waż­niej­sze.

Reli­gij­ność Hil­la to z kolei temat jesz­cze osob­ny (zresz­tą co my wie­my o cudzej reli­gij­no­ści?). Sam mówił o swo­jej twór­czo­ści, że jest ona „marze­niem here­ty­ka o zba­wie­niu wyra­żo­nym w obra­zach orto­dok­sji, z któ­rej on sam został eks­ko­mu­ni­ko­wa­ny”. Jego dru­ga żona, angli­kań­ska pastor­ka, infor­mu­jąc o śmier­ci Hil­la, pro­si­ła o „modli­twy za odpo­czy­nek duszy moje­go męża”. W każ­dym razie jego zma­ga­nia z wia­rą były zma­ga­nia­mi wagi cięż­kiej. Bo też reli­gia inte­re­so­wa­ła go nie jako doda­tek, orna­ment do spo­koj­ne­go życia w libe­ral­nym spo­łe­czeń­stwie, ale jako – być może? – samo cen­trum świa­ta, to cen­trum, gdzie dobro oddzie­la się od zła, gdzie grzech i okru­cień­stwo sty­ka­ją się z łaską. „By blo­od we live, the hot, the cold, / To rava­ge and rede­em the world: / The­re is no blo­odless myth will hold” („Krwią żyje­my, gorą­cą, zim­ną / Co nisz­czy i zba­wia świat: / Żaden bez­kr­wa­wy mit się nie utrzy­ma”).