myslimy
| 27 listopada 2013 ]

Pokusa wiary

W jed­nym z wywia­dów kar­dy­nał Ber­go­glio, obec­nie papież Fran­ci­szek, wspo­mi­nał mało zna­ne fak­ty doty­czą­ce życia i śmier­ci Jor­ge Bor­ge­sa, swo­je­go dobre­go zna­jo­me­go: Bor­ges był „agno­sty­kiem, któ­ry codzien­nie wie­czo­rem odma­wiał «Ojcze nasz», bo obie­cał to swo­jej mat­ce, i miał kato­lic­ki pogrzeb”. W „Ulis­se­sie” Jame­sa Joyce’a Ste­fan Deda­lus, postać wystę­pu­ją­ca tak­że w powie­ści „Por­tret arty­sty z cza­sów mło­do­ści” i uzna­wa­na za – w dużej mie­rze – alter ego Joyce’a, sta­je wobec sytu­acji ana­lo­gicz­nej co Bor­ges, ale podej­mu­je inną decy­zję: „Nie chcia­łeś uklęk­nąć przy łóż­ku two­jej umie­ra­ją­cej mat­ki i pomo­dlić się za nią, cho­ciaż cię o to pro­si­ła. Dla­cze­go? Ponie­waż masz w sobie tę prze­klę­tą jezu­ic­ką żył­kę, tyl­ko że prze­bie­ga ona w prze­ciw­nym kie­run­ku” – stro­fu­je Deda­lu­sa jego współ­lo­ka­tor. Na kan­wie tej aneg­do­tycz­nej ana­lo­gii moż­na opi­sać dwa rodza­je agno­sty­cy­zmu, któ­re repre­zen­to­wa­li Bor­ges i Joy­ce: dwóch geniu­szy XX wie­ku, dwóch ociem­nia­łych pisa­rzy, dwóch nie­ka­to­li­ków wyro­słych na kato­lic­kim grun­cie.

Dla­cze­go Bor­ges nie widział nicze­go, co prze­szka­dza­ło­by mu modlić się sło­wa­mi chrze­ści­jań­skiej modli­twy, sko­ro był nie­wie­rzą­cy? Według argen­tyń­skie­go pisa­rza agno­sty­cyzm czy­ni życie bar­dziej fascy­nu­ją­cym, ponie­waż zawie­sza­jąc odpo­wiedź, spra­wia, że wszyst­kie odpo­wie­dzi są moż­li­we. Opo­wia­dał o tym w taki spo­sób:

Bycie agno­sty­kiem ozna­cza, że wszyst­ko jest moż­li­we, nawet Bóg, nawet Trój­ca Świę­ta. Ten świat jest tak dziw­ny, że wszyst­ko może się zda­rzyć i może się nie zda­rzyć. Bycie agno­sty­kiem spra­wia, że żyję w więk­szym, bar­dziej fan­ta­stycz­nym ze świa­tów, nie­mal nie­wia­ry­god­nym.

Bor­ges nie dla­te­go więc nie odpo­wia­dał na pyta­nie o Boga, że nie zna­lazł na nie odpo­wie­dzi, ale dla­te­go, że nie­ja­ko nie chciał jej znać, choć sam przy­zna­je, że sama moż­li­wość ist­nie­nia Trój­cy Świę­tej wyda­wa­ła mu się fascy­nu­ją­ca. Moż­na nazwać tę posta­wę agno­sty­cy­zmem pozy­tyw­nym: zawie­sza on sądy nie z koniecz­no­ści, zawsty­dzo­ny ułom­no­ścią ludz­kich moż­li­wo­ści poznaw­czych, ale afir­mu­je sam stan zawie­sze­nia jako pożą­da­ny. Bor­ges mógł więc modlić się sło­wa­mi „Ojcze nasz” i jed­no­cze­śnie nie prze­są­dzać, czy Bóg, do któ­re­go kie­ru­je swe sło­wa, ist­nie­je, czy nie.

Pie­ter Bru­egel, Wie­ża Babel

 

Jak rzecz ma się z Joyce’em? Irlandz­ki pisarz odrzu­cił Kościół, a jed­nak jego dzie­ła, od „Por­tre­tu arty­sty z cza­sów mło­do­ści” po „Fin­ne­ga­nów tren” są usia­ne odnie­sie­nia­mi do Biblii, świę­te­go Toma­sza, dogma­tów i litur­gii Kościo­ła – choć czę­sto powra­ca­ją one w paro­dy­stycz­nych czy wręcz bluź­nier­czych prze­kształ­ce­niach. A jed­nak w jed­nym z póź­nych listów Joy­ce pisze, aby prze­ka­zać T. S. Elio­to­wi proś­bę o zamó­wie­nie kil­ku Mszy za nie­go i rodzi­nę. Jak roz­wi­kłać ten węzeł? Dla­cze­go Ste­fan Deda­lus z „Ulis­se­sa” odma­wia swo­jej mat­ce modli­twy, sko­ro i tak jest ona dla nie­go pustym gestem? Podob­na sce­na znaj­du­je się w „Por­tre­cie arty­sty…”: Ste­fan Deda­lus odma­wia proś­bie mat­ki o przy­stą­pie­nie do wiel­ka­noc­nej komu­nii, o czym roz­ma­wia ze swo­im przy­ja­cie­lem:

– Wie­rzysz w Eucha­ry­stię? - zapy­tał Cran­ly.

– Nie – odpo­wie­dział Ste­fan.

– A więc wąt­pisz?

– Ani wie­rzę, ani wąt­pię – rzekł Ste­fan.

– Jesteś prze­ko­na­ny, że nasza reli­gia jest fał­szy­wa i że Jezus nie jest Synem Bożym?

– Wca­le nie jestem prze­ko­na­ny – rzekł Ste­fan. – Jezus jest prę­dzej Synem Bożym ani­że­li synem Maryi.

– Więc dla­te­go nie chcesz przy­stą­pić do komu­nii – zapy­tał Cran­ly – bo i o tym nie jesteś prze­ko­na­ny, bo prze­czu­wasz, iż hostia tak samo może być cia­łem i krwią Syna Boże­go, a nie wypie­ka­nym opłat­kiem? Bo oba­wiasz się, że a nuż tak jest napraw­dę?

– Tak – odparł cicho Ste­fan – i prze­czu­wam, i oba­wiam się, że tak jest.

Ste­fan jest więc agno­sty­kiem, któ­ry wie, że – choć­by chciał – nie może udo­wod­nić wie­rze fał­szu i dla któ­re­go moż­li­wość, któ­rej nie da się oba­lić, sta­je się zagro­że­niem. Jeśli bowiem wia­ra jest praw­dzi­wa, zmu­sza do zmia­ny całe­go życia i do służ­by. Ste­fan nie może jej jed­nak przy­jąć, bo cho­ciaż nie jest w sta­nie wyka­zać, że wia­ra jest nie­praw­dą, tak samo nie potra­fi wyka­zać jej praw­dzi­wo­ści. Pozo­sta­je więc nie­ka­to­li­kiem, któ­ry wie, że wia­ra może jed­nak być praw­dzi­wa – i boi się tej moż­li­wo­ści.

Za komen­tarz do dyle­ma­tu Joyce’a mogą posłu­żyć sło­wa Bene­dyk­ta XVI, któ­ry jesz­cze jako Joseph Rat­zin­ger tak opi­sy­wał dyle­mat wia­ry i nie­wia­ry w swo­jej słyn­nej książ­ce „Wpro­wa­dze­nie w chrze­ści­jań­stwo”:

Jak wie­rzą­cy wie, że mu zawsze gro­zi nie­wia­ra, i tę nie­wia­rę musi zawsze odczu­wać jako nie­ustan­ną poku­sę – tak dla nie­wie­rzą­ce­go wia­ra pozo­sta­je zawsze zagro­że­niem i poku­są w jego pozor­nie na zawsze zamknię­tym świe­cie. Jed­nym sło­wem, nie ma uciecz­ki przed dyle­ma­tem ludz­kie­go ist­nie­nia. Kto chce unik­nąć nie­pew­no­ści w rze­czach wia­ry, będzie musiał doświad­czyć nie­pew­no­ści nie­wia­ry, któ­ra nigdy nie może osta­tecz­nie na pew­no powie­dzieć, czy jed­nak wia­ra nie jest praw­dą. Dopie­ro gdy ktoś odrzu­ci wia­rę, oka­zu­je się, że nie moż­na jej cał­ko­wi­cie odrzu­cić.

Rat­zin­ger pisał o „zagro­że­niu wia­rą” i tak wła­śnie mówi o wie­rze Ste­fan Deda­lus: „oba­wia się” jej praw­dzi­wo­ści. Na całą twór­czość Joyce’a moż­na spo­glą­dać jako na cią­głe odrzu­ca­nie wia­ry ze świa­do­mo­ścią, że „nie moż­na jej cał­ko­wi­cie odrzu­cić.”

Ani Bor­ges, ani Joy­ce nie odpo­wie­dzie­li na „poku­sę wia­ry”, na pyta­nie „a jeśli to praw­da?”. Bor­ges widział war­tość w zawie­sze­niu odpo­wie­dzi, choć nie miał­by nic prze­ciw­ko temu, gdy­by oka­za­ła się ona twier­dzą­ca. Joy­ce odwrot­nie: nie chciał odpo­wie­dzi zawie­szać, naj­chęt­niej odpo­wie­dział­by nega­tyw­nie, ale wie­dział, że to nie­moż­li­we – i bał się, że odpo­wiedź na pyta­nie może być twier­dzą­ca. Stąd Bor­ges modlą­cy się na proś­bę mat­ki i Ste­fan Deda­lus odrzu­ca­ją­cy taką samą proś­bę.

Czy taki lub inny agno­sty­cyzm obu pisa­rzy ma jakie­kol­wiek zna­cze­nie dla ich twór­czo­ści w kate­go­riach nie reli­gij­nych czy świa­to­po­glą­do­wych, ale czy­sto lite­rac­kich? „Pozy­tyw­ny agno­styk” Bor­ges pisał swo­je opo­wia­da­nia na mar­gi­ne­sie cudzych języ­ków i dzieł, ist­nie­ją­cych i zmy­ślo­nych. Według nie­go wszyst­kie moż­li­we opo­wie­ści już opo­wie­dzia­no, a odpo­wie­dzi udzie­lo­no, ale nie sta­no­wi to zagro­że­nia – raczej umoż­li­wia wła­sną twór­czość i ją zabez­pie­cza. Pisarz bawił się wymy­śla­niem róż­no­ra­kich kon­cep­cji teo­lo­gicz­nych, meta­fi­zycz­nych czy epi­ste­mo­lo­gicz­nych, nie dając upra­wo­moc­nić się żad­nej z nich. Świa­to­po­glą­do­we cre­do Bor­ge­sa – „wszyst­ko odpo­wie­dzi są moż­li­we” – zna­la­zło więc odbi­cie w prak­ty­ce twór­czej. Po dru­giej stro­nie stał­by „agno­styk nega­tyw­ny” Joy­ce, dla któ­re­go cudze języ­ki i opo­wie­ści są zagro­że­niem. „Jego język, taki swój i taki obcy, zawsze będzie dla mnie języ­kiem naby­tym. Ja nie two­rzy­łem ani nie zatwier­dza­łem słów tego języ­ka” – myśli z gory­czą Ste­fan Deda­lus, słu­cha­jąc słów księ­dza. Joy­ce dążył zatem do „utwo­rze­nia i zatwier­dze­nia” wła­sne­go języ­ka (cze­go reali­za­cją jest jego ostat­nie dzie­ło „Fin­ne­ga­nów tren”), przy oka­zji oba­la­jąc i wyśmie­wa­jąc wszyst­kie „języ­ki naby­te” – bowiem zarów­no „Ulis­ses”, jak i „Fin­ne­ga­nów tren” są jed­ną wiel­ką paro­dią wszel­kich lite­rac­kich sty­lów i lite­ra­tu­ry jako takiej – są, w pew­nym sen­sie, anty­li­te­ra­tu­rą. Tak jak Joy­ce czuł się zagro­żo­ny wia­rą i sta­rał się ją oba­lić bez nadziei na powo­dze­nie tego przed­się­wzię­cia, tak samo czuł się w lite­ra­tu­rze zagro­żo­ny cudzy­mi języ­ka­mi i sta­rał się je oba­lić, usta­na­wia­jąc wła­sny język – obej­mu­ją­cy wszyst­kie inne oraz jed­no­cze­śnie sto­ją­cy ponad nimi – wie­dząc, że to przed­się­wzię­cie z grun­tu nie­moż­li­wie, para­dok­sal­ne.

Posta­wy obu pisa­rzy dale­kie były od agno­sty­cy­zmu jako zobo­jęt­nie­nia na spra­wy wia­ry: zarów­no „pozy­tyw­ny agno­sty­cyzm” Bor­ge­sa, jak i „nega­tyw­ny” Joyce’a (oba zresz­tą trak­tu­ją­ce kato­li­cyzm jako punkt odnie­sie­nia) były prze­my­śla­ną posta­wą, któ­rej kon­se­kwen­cje prze­ja­wia­ły się w ich twór­czo­ści. Przy­kład pisa­rzy może być jesz­cze jed­nym argu­men­tem za tezą post­se­ku­lar­nej filo­zo­fii: teo­lo­gię moż­na odna­leźć w pozor­nie nie­zwią­za­nych z nią ide­ach i wytwo­rach kul­tu­ry – choć­by mia­ła to być, jak w tym wypad­ku, swo­ista przed-teo­lo­gia agno­sty­ków.