myslimy
| 13 marca 2013 ]

Polski kształt dialogu?

Śle­dze­nie pro­ble­mów absor­bu­ją­cych pol­ską sce­nę poli­tycz­ną oraz towa­rzy­szą­ce­go im dys­kur­su musi nawet u nie­szcze­gól­nie gor­li­wych obser­wa­to­rów w dość krót­kim cza­sie wywo­łać cha­rak­te­ry­stycz­ne symp­to­my. Zwy­kle zaczy­na się nie­win­nie: od mniej­sze­go lub więk­sze­go zain­te­re­so­wa­nia, któ­re jed­nak rychło prze­ra­dza się w znie­cier­pli­wie­nie. To z kolei stop­nio­wo prze­cho­dzi w pod­bu­do­wa­ną agre­sją nie­chęć, by następ­nie prze­obra­zić się we wstręt, a wresz­cie zmar­nieć w posta­ci nie­mal zupeł­nej obo­jęt­no­ści. Ewo­lu­cja ta nie odby­wa się, rzecz jasna, jed­no­ra­zo­wo. Jest to raczej nawra­ca­ją­cy cykl, któ­ry w poszcze­gól­nych przy­pad­kach róż­ni się dłu­go­ścią wymie­nio­nych faz. Trwa­łym efek­tem tego doświad­cze­nia jest jed­nak, jak sądzę, stop­nio­wa ero­zja zaan­ga­żo­wa­nia w spra­wy publicz­ne znacz­nej czę­ści oby­wa­te­li.

Fot. Maciej Choj­now­ski

Ta cho­ro­bli­wa przy­pa­dłość bie­rze się z fak­tu, że rodzi­me poli­tycz­ne dys­ku­sje i spo­ry, będą­ce prze­cież zasad­ni­czym ele­men­tem każ­dej zdro­wej demo­kra­cji, cha­rak­te­ry­zu­je w znacz­nym stop­niu nie­od­po­wie­dzial­ność za wypo­wia­da­ne sło­wo, czę­sta tym­cza­so­wość wyra­ża­nych opi­nii (a co za tym idzie ich nie­me­ry­to­rycz­ność) oraz lek­ce­wa­że­nie nie tyl­ko wzglę­dem poli­tycz­nych opo­nen­tów, lecz tak­że wobec publicz­no­ści zmu­szo­nej do obser­wa­cji owych wer­bal­nych zapa­sów.

Licz­ne przy­kła­dy ilu­stru­ją­ce powyż­sze spo­strze­że­nia każ­dy, nie­ste­ty, odnaj­dzie bez tru­du. Ja przy­wo­łam tyl­ko kil­ka cha­rak­te­ry­stycz­nych zja­wisk z ostat­nich tygo­dni. Pierw­sze z nich to oskar­że­nie wysu­nię­te przez lide­ra par­tii mie­nią­cej się naj­bar­dziej postę­po­wą for­ma­cją poli­tycz­ną w Pol­sce wobec jego klu­bo­wej kole­żan­ki (któ­ra nie tak daw­no temu, naj­praw­do­po­dob­niej z jego nomi­na­cji, zosta­ła wybra­na wice­mar­szał­kiem sej­mu) o ukry­te maso­chi­stycz­ne pra­gnie­nia bycia pod­da­ną – eufe­mi­stycz­nie rzecz ujmu­jąc – bru­tal­nej męskiej domi­na­cji. Dru­gim przy­kła­dem niech będzie wypo­wiedź jed­ne­go z bar­dziej roz­po­zna­wal­nych poli­ty­ków par­tii rzą­dzą­cej o tym, że zna­na pol­ska reży­ser­ka pro­mu­je okre­ślo­ne poglą­dy nie z uwa­gi na dobro kra­ju, ale z powo­du orien­ta­cji sek­su­al­nej wła­snej cór­ki. Wresz­cie naj­śwież­szy głos: pierw­szy pre­zy­dent III RP publicz­nie oświad­cza, że w jego mnie­ma­niu oso­by o pre­fe­ren­cjach sek­su­al­nych odmien­nych od więk­szo­ści powin­ny mieć – deli­kat­nie mówiąc – ogra­ni­czo­ne moż­li­wo­ści mani­fe­sto­wa­nia swo­ich prze­ko­nań w sfe­rze publicz­nej. Za wisien­kę na tor­cie niech posłu­ży tutaj rewe­la­cja pocho­dzą­ca z blo­ga jed­ne­go z kato­lic­kich duchow­nych (szyb­ko jed­nak wyco­fa­na – przy­pusz­czal­nie po inter­wen­cji zwierzch­ni­ków), któ­ry w dość naiw­nej poety­ce sen­ne­go apo­kry­fu snuł escha­to­lo­gicz­ne wizje „tęczo­wych” zaświa­tów.

Fru­stra­cja wyni­kła z obco­wa­nia z takim nasi­le­niem poli­tycz­nej gro­te­ski skła­nia do szu­ka­nia odtrut­ki, któ­ra nie była­by jed­nak piguł­ka­mi Mur­ti-Bin­ga. Się­gam po wyda­ną kil­ka­na­ście lat temu „Poli­ty­kę płci” Sylvia­ne Aga­cin­ski – fran­cu­skiej filo­zof­ki i lewi­cu­ją­cej femi­nist­ki zna­nej m.in. ze wspar­cia udzie­lo­ne­go pro­jek­to­wi pary­te­tu. Autor­ka, w żad­nej mie­rze nie negu­jąc fak­tycz­no­ści ani zna­cze­nia kon­cep­cji gen­der, czy­li kry­tycz­nej reflek­sji nad kul­tu­ro­wo kon­stru­owa­ny­mi mode­la­mi płcio­wo­ści, pod­kre­śla zara­zem fun­da­men­tal­ny wymiar bio­lo­gicz­nej róż­ni­cy płci. Jej zda­niem ele­men­tar­ny podział na pier­wiast­ki męski i żeń­ski jest nie­zby­wal­ny, jeśli cho­dzi o racjo­nal­ne rozu­mie­nie pod­sta­wo­wych rela­cji spo­łecz­nych. Tym samym zacho­wa­nia dążą­ce do roz­my­cia tego podzia­łu czy – ujmu­jąc rzecz inny­mi sło­wy – do kate­go­rycz­nej trans­gre­sji wywra­ca­ją­cej na nice, rze­ko­mo przy­god­ny i opre­syj­ny, stan ist­nie­ją­cy od setek lat są nie­po­ro­zu­mie­niem. Świa­do­mość kry­tycz­na, zda­niem Aga­cin­ski, powin­na nie­ustan­nie i kon­se­kwent­nie dążyć do rewi­zji prak­tyk usta­na­wia­ją­cych i sank­cjo­nu­ją­cych sto­sun­ki panu­ją­ce w spo­łe­czeń­stwie. Nie może ona jed­nak zakła­dać, że wszyst­ko, co nas ota­cza, jest u swe­go źró­dła nie­zróż­ni­co­wa­ne i jako takie pozo­sta­je osta­tecz­nie jedy­nie kwe­stią wol­ne­go wybo­ru. Prze­ko­na­nie, iż rze­czy­wi­stość spo­łecz­na to de fac­to jedy­nie arbi­tral­ny wytwór domi­nu­ją­cych dys­kur­sów wła­dzy, jest tyleż efek­tow­ne reto­rycz­nie, co zaśle­pia­ją­ce w prak­ty­ce. Tak­że wol­ność samo­sta­no­wie­nia musi mieć swo­je gra­ni­ce. Aga­cin­ski prze­ko­nu­ją­co argu­men­tu­je, iż dąże­nie kobiet do wywal­cze­nia sobie praw, któ­re sta­wia­ły­by je na rów­ni z męż­czy­zna­mi, jest koniecz­no­ścią. Zara­zem jed­nak pod­kre­śla wagę odmien­no­ści płci i prze­strze­ga przed roz­my­wa­niem róż­nic, któ­re może skut­ko­wać para­dok­sal­nym uza­leż­nie­niem od domi­nu­ją­ce­go wzo­ru zacho­wań. To prze­ko­na­nie doty­czy tak­że toż­sa­mo­ści sek­su­al­nej.

Jed­nym z cie­kaw­szych frag­men­tów książ­ki jest część poświę­co­na homo­sek­su­ali­zmo­wi. Aga­cin­ski pisze: „nawet Michel Foucault, któ­re­go trud­no podej­rze­wać o chęć bana­li­za­cji okre­ślo­nych form pożą­da­nia, waha się mię­dzy uży­ciem pro­wo­ka­cyj­nych i uspo­ka­ja­ją­cych obra­zów homo­sek­su­ali­zmu. (…) Jeśli cho­dzi o ten­den­cję pole­ga­ją­cą na dąże­niu do budo­wa­nia i akcep­ta­cji homo­sek­su­al­ne­go try­bu życia na obraz i podo­bień­stwo kla­sycz­ne­go mode­lu mał­żeń­skie­go, to wyda­je mi się, że wywo­ła­ła­by u nie­go atak śmie­chu”.

Autor­ki „Poli­ty­ki płci” nie spo­sób oskar­żyć o chęć sprzy­ja­nia kato­lic­kie­mu mode­lo­wi nauki spo­łecz­nej. Jest ona myśli­ciel­ką na wskroś póź­no­no­wo­cze­sną, w któ­rej myśle­niu próż­no szu­kać sen­ty­men­tów za har­mo­nij­nym i jed­no­znacz­nym obra­zem świa­ta. Jej podej­ście do ana­li­zo­wa­nych zagad­nień cha­rak­te­ry­zu­je rze­czo­wość i obiek­ty­wizm. Nie uni­ka­jąc tema­tów trud­nych i wzbu­dza­ją­cych kon­tro­wer­sje, stro­ni ona zara­zem od ide­olo­gicz­nych uprosz­czeń. Naj­lep­szym tego dowo­dem jest fakt, że czyn­nie przy­łą­czy­ła się do ruchu prze­ciw­ni­ków lega­li­za­cji mał­żeństw homo­sek­su­al­nych we Fran­cji. Wystę­po­wa­ła tam m.in. obok Chan­tal Mil­lon-Del­sol, kon­ser­wa­tyw­nej filo­zof­ki otwar­cie dekla­ru­ją­cej przy­na­leż­ność do Kościo­ła kato­lic­kie­go.

Co to wszyst­ko ma wspól­ne­go z Pol­ską? Nie­ste­ty, nie­wie­le… We fran­cu­skim sena­cie przed par­la­men­tar­nym gło­so­wa­niem nad usta­wą o pra­wie homo­sek­su­ali­stów do zawie­ra­nia mał­żeństw oraz adop­cji dzie­ci odby­ło się tzw. prze­słu­cha­nie filo­zo­fów, pod­czas któ­re­go przed­sta­wi­cie­le róż­nych opcji świa­to­po­glą­do­wych pre­zen­to­wa­li swój punkt widze­nia w tej waż­nej kwe­stii (była wśród nich wła­śnie Aga­cin­ski). Par­la­men­ta­rzy­ści zagło­so­wa­li zgod­nie ze swo­im sumie­niem i, jak wia­do­mo, usta­wa zosta­ła przy­ję­ta. Jed­nak nie o to kon­kret­ne roz­wią­za­nie praw­ne mi tutaj cho­dzi. Dużo istot­niej­sze wyda­je mi się tło owe­go spo­ru i jego nie­przy­sta­wal­ność wobec pol­skich realiów. Naj­bar­dziej zatrwa­ża inte­lek­tu­al­na miał­kość naszej poli­ty­ki, jej nie­mal abso­lut­na odpor­ność na rze­czo­wą deba­tę oraz brak sły­szal­no­ści gło­sów, któ­re były­by zdol­ne – bez wzglę­du na swo­ją iden­ty­fi­ka­cję poli­tycz­ną czy wyzna­nio­wą – sen­sow­nie pro­wa­dzić dys­ku­sję o rze­czy­wi­stym pro­ble­mie, któ­ra nie była­by od razu pre­tek­stem do żenu­ją­cej roz­gryw­ki w wal­ce o zdo­by­cie popar­cia elek­to­ra­tu.

Znacz­ne spo­la­ry­zo­wa­nie postaw pol­skie­go spo­łe­czeń­stwa nie ule­gnie meta­mor­fo­zie bez rze­tel­nej, uczci­wej pre­zen­ta­cji isto­ty sze­re­gu kwe­stii oby­cza­jo­wych, kul­tu­ro­wych i – w kon­se­kwen­cji – poli­tycz­nych tra­pią­cych świat, w tym tak­że nasz Pol­ski ogró­dek. Nie­ste­ty, na razie Tisch­ne­row­skie wyra­że­nie „pol­ski kształt dia­lo­gu” wyda­je się tyl­ko oksy­mo­ro­nem, a – w naj­lep­szym przy­pad­ku – poboż­nym życze­niem.