widzimy
| 28 marca 2015 ]

Potraktujmy to jako kolejną przygodę

Wyda­je mi się, że klu­czem do zro­zu­mie­nia oso­by i twór­czo­ści zmar­łe­go wczo­raj Toma­sa Trans­tröme­ra – jeśli w ogó­le idea okre­ślo­ne­go „klu­cza” do czy­je­goś życia ma jaki­kol­wiek sens – jest epi­zod z jego mło­do­ści, przy­wo­ły­wa­ny w jed­nym z auto­bio­gra­ficz­nych szki­ców z tomu „Wspo­mnie­nia mnie widzą”. Szwedz­ki poeta opi­su­je tam doświad­cze­nie para­li­żu­ją­ce­go lęku, któ­re­go doznał pod wpły­wem sce­ny alko­ho­lo­we­go deli­rium z fil­mu „Stra­co­ny week­end” (fil­mu Billy’ego Wil­de­ra z 1945 roku):

Z nagła atmos­fe­ra w poko­ju zgęst­nia­ła od stra­chu. Coś wzię­ło mnie bez resz­ty w posia­da­nie. Nie­ocze­ki­wa­nie moje cia­ło zaczę­ło trząść się, szcze­gól­nie nogi. Byłem zabaw­ką mecha­nicz­ną, któ­rą nakrę­co­no i któ­ra teraz trzę­sła się i podry­gi­wa­ła bez­rad­nie. Skur­cze były zupeł­nie poza kon­tro­lą woli. Nigdy wcze­śniej nie zda­rzy­ło mi się nic podob­ne­go. Zawo­ła­łem o pomoc i mama weszła do poko­ju.

Skur­cze już póź­niej nie wró­ci­ły, ale strasz­ny lęk nie opusz­czał nasto­let­nie­go Toma­sa przez wie­le mie­się­cy, cich­nąc nie­co za dnia, zwłasz­cza w szko­le, wra­ca­jąc z wiel­ką siłą noca­mi. Był to strach przed sza­leń­stwem i przed cho­ro­bą, czy raczej Cho­ro­bą pisa­ną wiel­ką lite­rą, wszech­ogar­nia­ją­cą rze­czy­wi­sto­ścią, przed któ­rą, zda­wa­ło mu się, nie ma uciecz­ki.

Naj­waż­niej­szym wymia­rem ist­nie­nia była Cho­ro­ba. Świat był ogrom­nym szpi­ta­lem. Widzia­łem przed sobą ludzi znie­kształ­co­nych na cie­le i duszy. Lam­pa pło­nę­ła, pró­bu­jąc zatrzy­mać na zewnątrz te okrop­ne twa­rze, ale cza­sem przy­sy­pia­łem, powie­ki opa­da­ły i te ogrom­ne twa­rze z nagła poja­wia­ły się tuż przy mnie. (…)

Bałem się osu­nąć w sza­leń­stwo, cho­ciaż poza tym nie czu­łem, żeby gro­zi­ła mi jakaś cho­ro­ba – to nie był przy­pa­dek hipo­chon­drii – nie, gro­zę budzi­ło cał­ko­wi­te pano­wa­nie cho­ro­by. Jak na fil­mie, gdzie nie­groź­ne wnę­trze miesz­ka­nia cał­ko­wi­cie zmie­nia cha­rak­ter, gdy tyl­ko włą­cza się budzą­ca lęk muzy­ka, tak ja zaczą­łem teraz ina­czej odczu­wać świat zewnętrz­ny, gdyż mia­łem świa­do­mość, że tam wła­śnie panu­je cho­ro­ba. Parę lat wcze­śniej chcia­łem zostać podróż­ni­kiem-odkryw­cą. Teraz dosta­łem się do nie­zna­ne­go kra­ju, gdzie nigdy nie chcia­łem się zna­leźć. Odkry­łem złą moc. Albo mówiąc popraw­niej: zła moc odkry­ła mnie.

Wyda­wa­ło się, że lęk nigdy nie odej­dzie, ale jed­nak odszedł. Raczej stop­nio­wo, choć sam jego koniec był rów­nie nagły jak począ­tek:

Sie­dzia­łem z kil­ko­ma kole­ga­mi i filo­zo­fo­wa­łem (paląc cyga­ro); trze­ba było wra­cać do domu jasną nocą wio­sen­ną, a ja wca­le nie czu­łem, że w domu cze­ka­ją na mnie jakieś okrop­no­ści.

A jed­nak to coś, co prze­ży­łem. Być może moje naj­waż­niej­sze doświad­cze­nie. Ale dobie­gło koń­ca. Myśla­łem, że to Infer­no, a to było Pur­ga­to­rium.

Strasz­ne doświad­cze­nie Trans­tröme­ra „dobie­gło koń­ca” zanim na dobre został poetą, jego twór­czość nie jest więc sta­le pod­szy­ta – jak u naszych Miło­sza, Cze­cho­wi­cza czy Kor­cza­ka – tłu­mio­nym lękiem przed sza­leń­stwem (bo też u nich lęk przed sza­leń­stwem wią­zał się z doświad­cze­nia­mi rodzin­ny­mi, nie ze sce­ną z fil­mu). U Trans­tröme­ra są pogo­da ducha, pew­ność sie­bie, zgo­da na świat i współ­od­czu­wa­nie z cier­pią­cy­mi, jakie daje wła­śnie doświad­cze­nie wyj­ścia cało z pie­kła – pie­kła, któ­re oka­za­ło się tyl­ko czyść­cem. (Zgo­da, to wszyst­ko jest też u Miło­sza czy Kor­cza­ka, ale współ­ist­nie­je z nie­ule­czal­nym lękiem, u pierw­sze­go z nich cich­ną­cym wraz z wie­kiem, u dru­gie­go zwal­cza­nym bez ustan­ku akty­wi­zmem i dobro­cią). Na zdję­ciach z ostat­niej deka­dy życia, po dotkli­wym wyle­wie do mózgu, Trans­trömer pra­wie zawsze się uśmie­cha. Myślę sobie, że jest to uśmiech, któ­ry mówi: nie przez takie rze­czy prze­cho­dzi­łem. Potrak­tuj­my to jako kolej­ną przy­go­dę.

Trans­trömer został poetą dopie­ro po swo­im mło­dzień­czym doświad­cze­niu, ale może też dzię­ki temu doświad­cze­niu. Wyostrzo­ne zmy­sły, któ­re w cza­sie napa­dów lęku spra­wia­ły, że nie mógł zasnąć; buj­na wyobraź­nia, któ­ra sta­wia­ła mu wów­czas przed ocza­mi znie­kształ­co­ne ludz­kie twa­rze; nad­mier­na wraż­li­wość, któ­ra kaza­ła mu się przej­mo­wać pano­wa­niem Cho­ro­by na świe­cie – to wszyst­ko pozo­sta­ło czę­ścią jego cia­ła i jego oso­bo­wo­ści, ale zosta­ło ujarz­mio­ne. Zmy­sły, wyobraź­nia, wraż­li­wość z dzi­kich zwie­rząt prze­ro­dzi­ły się w zwie­rzę­ta gospo­dar­cze, pra­cu­ją­ce ocho­czo na siel­skiej szwedz­kiej far­mie. Dla­te­go gdy ktoś mówi, że Trans­trömer jest poetą melan­cho­lij­nym, trze­ba pamię­tać, że to dobra melan­cho­lia: potrak­tuj­my to sza­re nie­bo, tę mrocz­ną wyspę, ten bez­na­mięt­ny tłum pędzą­cy do pra­cy – jako kolej­ną przy­go­dę.

Zmar­ły w ten pią­tek Tomas Trans­trömer nauczył mnie, że poezja jest czymś wię­cej niż „zaję­ciem arty­stycz­nym” (podob­nie jak filo­zo­fia jest czymś wię­cej niż zaję­ciem aka­de­mic­kim). Poezja jest – może być – spo­so­bem, w jaki widzi się świat po wyj­ściu z pie­kła.

Dla­te­go twór­czość Trans­tröme­ra, choć tak napraw­dę rzad­ko reli­gij­na (jest to raczej poezja świec­kich zachwy­tów nad nie­bem, kwia­tem, muzy­ką), jest twór­czo­ścią zmar­twych­wsta­nia.

Na koniec jeden z jego wier­szy, ten sam, któ­ry przy­po­mniał wczo­raj po śmier­ci auto­ra „Tygo­dnik Powszech­ny”:

W del­cie Nilu

Mło­da żona pła­ka­ła nad tale­rzem
w hote­lu po powro­cie z mia­sta
gdzie na uli­cach czoł­ga­li się i leże­li cho­rzy
a dzie­ci cze­ka­ła śmierć z nędzy.

Uda­li się z mężem do poko­ju na górze
skro­pio­ne­go wodą, by nie uno­sił się kurz.
Pra­wie bez sło­wa poszli do łóżek.
Ona zapa­dła w cięż­ki sen. On nie mógł zasnąć.

W mro­ku na zewnątrz prze­ta­czał się hałas.
Szum, tupot, krzy­ki, tur­kot wozów, śpiew.
W tona­cji nędzy. Bez wytchnie­nia.
I męż­czy­zna zasnął sku­lo­ny w wiel­kie „nie”.

I przy­szedł sen. Że pły­nie stat­kiem.
W sza­rej wodzie powstał wir
i prze­mó­wił głos: „Jest ktoś dobry.
Jest ktoś, kto widzi wszyst­ko bez nie­na­wi­ści”.