myslimy
| 5 lipca 2013 ]

PR-owiec Franciszek

Papież Fran­ci­szek w ponie­dzia­łek ma odwie­dzić Lam­pe­du­sę − wło­ską wyspę, cel tysię­cy uchodź­ców z Afry­ki w dro­dze do Euro­py. Cho­ciaż nie ma dokład­nych danych, wia­do­mo, że wie­lu z nich nie docie­ra do brze­gu. Media infor­mu­ją za waty­kań­skim biu­rem pra­so­wym, że papież chce modlić się za tych, któ­rzy zgi­nę­li, oraz odwie­dzić prze­by­wa­ją­cych na wyspie uchodź­ców.

Co na to inter­nau­ci? Wiem, co znaj­dę w komen­ta­rzach pod infor­ma­cją zamiesz­czo­ną na por­ta­lach. Ale to nic − czy­tam. Oka­zu­je się, że ktoś chwa­li papie­ża za PR, bo prze­cież dobrze jest sfo­to­gra­fo­wać się od cza­su do cza­su z ubo­gi­mi. Ktoś inny kry­ty­ku­je Fran­cisz­ka za to, że dzia­ła, wpi­su­jąc się w poli­ty­kę popraw­no­ści doty­czą­cą imi­gran­tów, któ­rzy − para­fra­zu­ję − wkrót­ce zale­ją i zgu­bią Euro­pę. Są też pyta­nia, czy papież „wyło­ży kasę” lub udzie­li azy­lu uchodź­com w Waty­ka­nie. „Hej­te­rzy” − moż­na by pod­su­mo­wać.

Nie mogłam się oprzeć, by nie wziąć udzia­łu w tym roz­rzu­co­nym w wir­tu­al­nej prze­strze­ni dia­lo­gu. Tym bar­dziej że na decy­zję papie­ża Fran­cisz­ka o wizy­cie na wyspie Lam­pe­du­sa patrzę w inny spo­sób. Pasterz Kościo­ła poka­zu­je mi, kato­li­ko­wi, kto jest naj­waż­niej­szy − ten poza nawia­sem, ubo­gi, cudzo­zie­miec. Ale przede wszyst­kim to, że ja nie dora­stam do Ewan­ge­lii.

Jezus zwró­cił uczniom uwa­gę na kobie­tę − bied­ną wdo­wę, któ­ra była na tyle wol­na, że wrzu­ci­ła do skar­bo­ny „ze swe­go nie­do­stat­ku wszyst­ko, co mia­ła, całe swe utrzy­ma­nie”. Nie dora­stam do Dobrej Nowi­ny o tym, że nie muszę się bać tra­cić na rzecz dru­gie­go. Że mogę tra­cić i robić to w wol­no­ści, z wia­rą, że Bóg się o mnie zatrosz­czy.

Nie­któ­rzy kazno­dzie­je w zgrab­ny lub mniej zgrab­ny spo­sób omi­ja­ją rady­kal­ne wezwa­nia Ewan­ge­lii lub roz­wad­nia­ją je. Nie wia­do­mo, co gor­sze. Cza­sem odno­szę wra­że­nie, że gło­szą tak, żeby przy­pad­kiem nie wywo­łać w wier­nych nie­po­ko­ju, nie spo­wo­do­wać dys­kom­for­tu, a nie daj Panie Boże nie­straw­no­ści w pięk­ne nie­dziel­ne popo­łu­dnie. Tym­cza­sem papież Fran­ci­szek, pasterz Kościo­ła, jasno wska­zu­je kie­ru­nek.

W jed­nym z ostat­nich kazań pod­czas mszy św. w Domu św. Mar­ty mówił, że „aby spo­tkać Boga żywe­go, musi­my z miło­ścią uca­ło­wać rany Jezu­sa w naszych bra­ciach bied­nych, głod­nych, cho­rych, uwię­zio­nych”. Papież, komen­tu­jąc roz­mo­wę św. Toma­sza ze zmar­twych­wsta­łym Jezu­sem, mówi, że „dro­gą do spo­tka­nia z Jezu­sem-Bogiem są Jego rany. Nie ma innej”. To nie jest pusta reto­ry­ka w papie­skim wyda­niu.

Ten, kto nigdy nie posma­ko­wał Ewan­ge­lii, być może będzie w wizy­cie Fran­cisz­ka na wyspie Lam­pe­du­sa widział PR-owskie zagra­nie, któ­re ma przy­spo­rzyć mu popu­lar­no­ści. Będzie mówił o poli­ty­ce, stra­te­giach, zagro­że­niach. Tyl­ko napraw­dę nie o to w tym cho­dzi.