widzimy
| 8 listopada 2013 ]

Problemy z adoracją

Pra­ca Jac­ka Mar­kie­wi­cza „Ado­ra­cja Chry­stu­sa” pre­zen­to­wa­na na wysta­wie „Bri­tish Bri­tish Polish Polish” w war­szaw­skim Cen­trum Sztu­ki Współ­cze­snej zosta­ła w śro­dę (6 listo­pa­da) opro­te­sto­wa­na − pod budyn­kiem CSW zebra­li się mani­fe­stan­ci. Jak moż­na prze­czy­tać na stro­nie Fron​da​.pl: „Inter­pe­la­cję [w spra­wie tej pra­cy] zło­żył do mini­stra kul­tu­ry Bog­da­na Zdro­jew­skie­go poseł Sta­ni­sław Pię­ta. Par­la­men­ta­rzy­sta zgło­sił tak­że zawia­do­mie­nie o popeł­nie­niu prze­stęp­stwa”. Kuria Metro­po­li­tal­na War­szaw­ska w wyda­nym przez sie­bie oświad­cze­niu, pod­pi­sa­nym przez kard. Kazi­mie­rza Nycza, stwier­dzi­ła, że „wspie­ra słusz­ne dzia­ła­nia wszyst­kich, któ­rzy sta­ra­ją się zapo­biec temu i podob­nym nad­uży­ciom”. Video-art Mar­kie­wi­cza przed­sta­wia nagie­go męż­czy­znę leżą­ce­go obok natu­ral­nych roz­mia­rów kru­cy­fik­su. Męż­czy­zna doty­ka ręką twa­rzy Chry­stu­sa i ocie­ra się o Nie­go, co może mieć kono­ta­cje sek­su­al­ne.

Kie­dy tydzień temu oglą­da­łam w CSW video-art Jac­ka Mar­kie­wi­cza, rodzi­ły się w mojej gło­wie licz­ne myśli na temat sty­ku sacrum i pro­fa­num oraz prze­zwy­cię­że­nia tej gra­ni­cy dzię­ki wcie­le­niu Chry­stu­sa. W prze­ci­wień­stwie do wysta­wy „In God We Trust” (któ­rą nie­daw­no moż­na było obej­rzeć w Zachę­cie, a któ­ra wyko­rzy­stu­jąc sym­bo­li­kę reli­gij­ną, w isto­cie nie mówi­ła nic lub pra­wie nic o trans­cen­den­cji − rze­czy­wi­stym tema­tem czy­niąc spo­łe­czeń­stwo ame­ry­kań­skie) pra­ca Mar­kie­wi­cza doty­ka, według moje­go jej odczy­ta­nia, same­go ser­ca reli­gii, a może i wia­ry. Wska­zu­je na rady­kal­ną bli­skość z Bogiem, jaką przy­niósł ze sobą Chry­stus − bli­skość w wizu­al­nej for­mie uka­za­ną przez nagość, sym­bol intym­no­ści, ale też odda­nia się w peł­nym zaufa­niu. Misty­cy uży­wa­li prze­cież do odda­nia rela­cji z Bogiem języ­ka zako­rze­nio­ne­go w ero­ty­ce. Powszech­nie funk­cjo­nu­je też mówie­nie o Chry­stu­sie jako o Oblu­bień­cu i nie jest to wyra­że­nie zare­zer­wo­wa­ne wyłącz­nie dla kobiet. Pra­ca Mar­kie­wi­cza wyda­ła mi się więc dotknię­ciem na dro­dze sztu­ki, a więc na dro­dze nie­dy­skur­syw­nej, tego, co w rela­cji z Bogiem naj­istot­niej­sze, a przez to nie­na­zy­wal­ne.

Wypo­wiedź same­go auto­ra pra­cy wska­zu­je jed­nak na to, że jego inten­cje szły w innym kie­run­ku niż moje odczy­ta­nie. W wywia­dzie udzie­lo­nym Kata­rzy­nie Kozy­rze i Artu­ro­wi Żmi­jew­skie­mu Jacek Mar­kie­wicz powie­dział: „Gdy wsze­dłem do kościo­ła w War­sza­wie i zoba­czy­łem ludzi modlą­cych się do wyrzeź­bio­ne­go niby-boga, prze­ży­łem szok. Do pra­cy, w któ­rej piesz­czę Chry­stu­sa moty­wo­wa­ła mnie chęć obra­zy tego, co nie jest Bogiem. I mimo wszyst­ko jest to pra­ca reli­gij­na − o uwiel­bie­niu Boga. Liżąc wiel­ki śre­dnio­wiecz­ny kru­cy­fiks, doty­ka­jąc go nagim cia­łem, obra­ża­jąc go, gdy leży pode mną, modlę się do Praw­dzi­we­go Boga” (cytu­ję za stro­ną Cul​tu​re​.pl). Po takich sło­wach rodzą się wąt­pli­wo­ści, jaką Mar­kie­wicz ma wie­dzę na temat spo­rów iko­no­kla­stycz­nych, któ­re toczy­ły się z wiel­ką tem­pe­ra­tu­rą w VIII i IX wie­ku, a któ­re doty­czy­ły, jak wia­do­mo, wła­śnie kwe­stii tego, czy wyrzeź­bio­ny lub odda­ny na obra­zie wize­ru­nek Chry­stu­sa nie będzie prze­ja­wem bał­wo­chwal­stwa; czy nie sta­nie się, jak to ujął Mar­kie­wicz „niby-bogiem”. W wyni­ku tych spo­rów, z wiel­kim tru­dem (a w histo­rię tę wpi­sa­ne było prze­cież tak­że znisz­cze­nie przez iko­no­kla­stów wiel­kiej licz­by ikon) wypra­co­wa­no w Koście­le sta­no­wi­sko doty­czą­ce kwe­stii wize­run­ków. „Kto czci obraz, ten czci oso­bę, któ­rą obraz przed­sta­wia” − stwier­dzał Sobór Nicej­ski II. Św. Tomasz w „Sum­ma the­olo­giae” pisał: „Obra­zom nie odda­je się czci reli­gij­nej ze wzglę­du na nie same jako na rze­czy, ale dla­te­go, że pro­wa­dzą nas ku Bogu, któ­ry stał się czło­wie­kiem. A zatem cześć obra­zów jako obra­zów nie zatrzy­mu­je się na nich, ale zmie­rza ku temu, kogo przed­sta­wia­ją”. Czy Jacek Mar­kie­wicz, podej­mu­jąc w swo­jej pra­cy ten temat, może nie znać histo­rii iko­no­kla­zmu? Było­by to wyso­ce dziw­ne, ale… skąd w takim razie ów prze­ży­ty przez nie­go szok, wspo­mnia­ny w wywia­dzie? Szok i akty obra­zo­bur­cze już były − ponad tysiąc lat wcze­śniej.

Pełny tekst artykułu znajduje się na stronie Laboratorium WIĘZI.