myslimy
| 3 lipca 2014 ]

Przejrzystość

Jed­ną z naj­więk­szych zalet wyda­nej przez „Znak” książ­ki Rober­ta Claude’a SJ „Pier Gior­gio Fras­sa­ti” jest wstęp autor­stwa Kar­la Rah­ne­ra. Nie jest to naj­lep­sza reko­men­da­cja dla samej książ­ki, ale bez wpro­wa­dze­nia Rah­ne­ra czy­tel­nik pozo­stał­by jedy­nie z pane­gi­rycz­nym wyobra­że­niem Fras­sa­tie­go. Robert Clau­de przed­sta­wia bowiem bło­go­sła­wio­ne­go jako postać pra­wie nie­moż­li­wą do roz­po­zna­nia – cha­rak­ter­ne­go i peł­ne­go pasji stu­den­ta, czło­wie­ka o ser­cu i oczach wyczu­lo­nych na bie­dę na kar­tach książ­ki prze­sła­nia postać zwiew­na, chwi­la­mi pra­wie bez­pł­cio­wa. Jest to Fras­sa­ti, któ­re­mu świę­tość przy­da­rzy­ła się jak­by pomi­mo jego życia, wybo­rów, pasji, spo­łecz­nej wraż­li­wo­ści, miło­ści ubo­gich i miło­ści Chry­stu­sa.

Tym­cza­sem tym, co chy­ba naj­moc­niej pocią­ga w oso­bie Fras­sa­tie­go, tym, co naj­bar­dziej fascy­nu­ją­ce, jest jego życie pro­wa­dzo­ne w chrze­ści­jań­skiej per­spek­ty­wie „już – jesz­cze nie”, roz­cią­gnię­te mię­dzy Wcie­le­niem Sło­wa Boże­go a paru­zją, życie real­ne, głę­bo­ko zanu­rzo­ne w mono­to­nii codzien­no­ści („Moje życie jest mono­ton­ne, ale każ­de­go dnia tro­chę lepiej poj­mu­ję nie­zrów­na­ną łaskę bycia kato­li­kiem… Precz więc z melan­cho­lią. Ta może zago­ścić tyl­ko w ser­cu kogoś, kto stra­cił wia­rę”), prze­ży­wa­ne w peł­ni, bez popa­da­nia w skraj­ność egzal­to­wa­nej poboż­no­ści czy spo­łecz­ne­go akty­wi­zmu. War­to zatem zrzu­cić manie­rę Rober­ta Claude’a na karb cza­sów, w któ­rych powsta­ła książ­ka, a wczy­tać się w pozo­sta­wio­ne świa­dec­twa, wspo­mnie­nia, frag­men­ty listów, któ­ry­mi przy­ja­ciół i bli­skich obda­rzał Pier Gior­gio.

Dwie rze­czy, jak pisze w przed­mo­wie Karl Rah­ner, są szcze­gól­nie cen­ne i cha­rak­te­ry­stycz­ne dla życia Fras­sa­tie­go i mogą być dla nas dro­go­wska­zem. To „jed­ność całe­go jego życia”, a tak­że „zadzi­wia­ją­ca świę­ta naiw­ność, z jaką ta jed­ność była prze­ży­wa­na jak­by w zupeł­nie oczy­wi­sty spo­sób” (s. 7). Być może ta naiw­na oczy­wi­stość, z jaką Fras­sa­ti łączył modli­twę z nie­sie­niem pomo­cy ubo­gim i lewi­co­wym zaan­ga­żo­wa­niem (traf­niej będzie jed­nak dopo­wie­dzieć, że Fras­sa­ti nie tyle „anga­żo­wał się na rzecz ubo­gich”, co kochał ich miło­ścią na wzór miło­ści Jezu­so­wej), miłość do litur­gii z miło­ścią do nauki, pasję góro­ła­za z potrze­bą odda­wa­nia swe­go cza­su innym, być może ta wła­śnie świę­ta naiw­ność jest dla współ­cze­snych chrze­ści­jan naj­trud­niej­szą lek­cją, jaką mamy do odro­bie­nia. Lubi­my prze­cież skru­pu­lat­nie i z wyra­cho­wa­niem dzie­lić swój czas na świec­ki i boski, wpro­wa­dzać podział na to, co Bogu odda­je­my, a co zacho­wu­je­my pod swo­ją kura­te­lą. Fras­sa­ti jest dla chrze­ści­jan wyrzu­tem sumie­nia; prze­ła­mu­jąc model „zawo­do­we­go świę­te­go”, może stać się dla nas świet­nym nauczy­cie­lem nie­ustan­nej modli­twy, któ­rej korze­nie tkwią głę­bo­ko w sza­ru­dze codzien­ne­go dnia. Może być wzo­rem życia peł­ne­go, odważ­ne­go, wychy­lo­ne­go w stro­nę Jezu­sa Chry­stu­sa, któ­re­go twarz Fras­sa­ti roz­po­zna­wał w twa­rzach ubo­gich („Wokół cho­rych, wokół nie­szczę­śli­wych widzę szcze­gól­ne świa­tło, któ­re­go nie mają ani boga­ci, ani zdro­wi”), a zara­zem moc­no sto­ją­ce­go na zie­mi, kocha­ją­ce­go życie, przy­ja­ciół, zaba­wę, śmiech, pale­nie faj­ki zaan­ga­żo­wa­ne­go lewi­cow­ca. Takie życie jest łaską, ale do nie­go wła­śnie powin­ni­śmy dążyć, zamiast robić nasze­mu chrze­ści­jań­skie­mu powo­ła­niu wiwi­sek­cję i dzie­lić na licz­ne, nie zawsze Boże spe­cja­li­za­cje.

W trak­cie lek­tu­ry książ­ki Rober­ta Claude’a nie­od­par­cie powra­ca jed­nak pyta­nie – czy trze­ba było pisać w spo­sób momen­ta­mi nie­zno­śnie pane­gi­rycz­ny o czło­wie­ku zupeł­nie pozba­wio­nym emfa­zy i jakiej­kol­wiek maski? We wspo­mnie­niach przy­ja­ciół Pier Gior­gio zapi­sał się jako czło­wiek bez­kom­pro­mi­so­wy w ogniu dys­ku­sji poli­tycz­nych i odważ­ny w trak­cie mani­fe­sta­cji, koń­czą­cych się nie­rzad­ko zamiesz­ka­mi. W opi­sie bio­gra­fa ten sam czło­wiek czę­sto sta­je się sie­lan­ko­wo krysz­ta­ło­wy, jak cho­ciaż­by we frag­men­cie:

(…) w nie­dzie­lę bar­dzo wcze­śnie idzie do kościo­ła San Secon­do w butach z żela­zny­mi oku­cia­mi, z ple­ca­kiem, z kij­ka­mi do nart albo z cze­ka­nem. Odkła­da bagaż i zaczy­na słu­żyć do Mszy. Jaki jest pięk­ny w swo­im cie­le i w swo­jej wie­rze! Potem rado­śnie idzie w góry. Biel śnie­gu i biel Eucha­ry­stii. (s. 133)

Tym­cza­sem wystar­czy prze­czy­tać jego listy, by prze­ko­nać się, że Pier Gior­gio potra­fił być dale­ki od poli­tycz­nej popraw­no­ści:

Piszę, żeby Cię uspo­ko­ić: dowiesz się z dzien­ni­ka, że wczo­raj ponie­śli­śmy małe stra­ty w naszym miesz­ka­niu ze stro­ny tych sk… faszy­stów. Było to przed­się­wzię­cie tchó­rzy i tyle. (…) Krew się we mnie wzbu­rzy­ła. Bie­głem, krzy­cząc: «Tchó­rze, mor­der­cy!» i typo­wi od tele­fo­nu zaser­wo­wa­łem cios pię­ścią. Sły­sząc męski głos, te bar­dzo odważ­ne przy­jem­niacz­ki ucie­kły na uli­cę. (…) Są to ludzie bez wsty­du. Po tych wyda­rze­niach w Rzy­mie faszy­ści powin­ni się oblać rumień­cem i ukryć. Szczę­śli­wie może­my się chlu­bić, że zawsze byli­śmy prze­ciw­ko tej par­tii, zło­żo­nej ze zło­czyń­ców, zło­dziei, mor­der­ców, jed­nym sło­wem: byli­śmy prze­ciw same­mu faszy­zmo­wi. (s. 114 – 115)

Fras­sa­ti na pew­no nie daje się zamknąć w gład­kich ramach inspi­ro­wa­nych „Zło­tą legen­dą”. W spo­sób natu­ral­ny i oczy­wi­sty łączy docze­sność z wiecz­no­ścią, sta­jąc się mode­lem chrze­ści­ja­ni­na total­ne­go. Kto chce prze­ko­nać się, jak to moż­li­we, niech się­gnie po książ­kę Claude’a – znaj­dzie tam pocią­ga­ją­ce świa­dec­two życia i wia­ry.

Wspo­mnie­nie litur­gicz­ne Pier Gior­gia Fras­sa­tie­go obcho­dzo­ne jest 4 lip­ca.

O Frassatim pisze na stronie Dywizu także Marcin Suskiewicz w tekście „Lawina Życia w papierowej czapce”.