myslimy
| 12 czerwca 2013 ]

Przemienić się w miłość

Przeżuwać Imię – cykl o medytacji chrześcijańskiej (5)

Roz­ma­wia­my więc o medy­ta­cji. A ja nie mogę uciec od myśli, że roz­mo­wa ta jest – by przy­wo­łać Fran­ka Zap­pę – jak taniec o archi­tek­tu­rze, bo rze­czy­wi­sto­ści tego doświad­cze­nia nie da się oddać w peł­ni sło­wa­mi. Mimo to temat ten sta­le wznie­ca medial­ny szum i publi­cy­stycz­ną szer­mier­kę, w któ­rej lubu­ją się nie­któ­rzy kato­lic­cy publi­cy­ści, dowo­dząc nie­ste­ty czę­sto nie­zna­jo­mo­ści wła­snej tra­dy­cji ducho­wej. Czy­ta­jąc opi­nie doty­czą­ce medy­ta­cji chrze­ści­jań­skiej, mam cza­sem ocho­tę zapy­tać – para­fra­zu­jąc Tomáša Halíka –„jak wyglą­da medy­ta­cja, któ­rej nie uzna­jesz?” I czy masz pew­ność, że sprze­ci­wiasz się medy­ta­cji chrze­ści­jań­skiej, a nie kon­glo­me­ra­to­wi wła­snych wyobra­żeń, obaw i dopo­wie­dzeń? Teo­lo­gia medy­ta­cji jest pro­sta – jest nią włą­cze­nie się w modli­twę, któ­rą Jezus Chry­stus zano­si w Duchu Świę­tym do Ojca (J 17). Dziać się to może przy pomo­cy róż­no­ra­kich form, gestów i postaw modli­tew­nych, tak­że tych dowar­to­ścio­wu­ją­cych i anga­żu­ją­cych cia­ło. Jed­ną z nich jest medy­ta­cja osa­dzo­na w roz­wi­ja­ją­cej się od cza­sów Ojców i Matek Pusty­ni teo­lo­gii Imie­nia Jezus i wyni­ka­ją­ca z pra­gnie­nia chrze­ści­jan, by głę­bo­ko żyć wezwa­niem same­go Jezu­sa (Łk 18,1-8).

Dobrze się sta­ło, że biskup płoc­ki Piotr Libe­ra zain­te­re­so­wał się dzia­łal­no­ścią w Pol­sce Świa­to­wej Wspól­no­ty Medy­ta­cji Chrze­ści­jań­skiej (WCCM). Być może przy­czy­ni się to do popu­la­ry­za­cji medy­ta­cji i pomo­że odcza­ro­wać ją z naro­słych wyobra­żeń i ste­reo­ty­pów. Gorzej, że w tym przy­pad­ku głów­ny­mi spe­cja­li­sta­mi od orto­prak­sji sta­li się w pol­skim Koście­le egzor­cy­ści. I jak nie nale­ży lek­ce­wa­żyć ist­nie­nia i dzia­ła­nia oso­bo­we­go zła, Sza­ta­na, tak nale­ży uwa­żać, by nie budo­wać swej chrze­ści­jań­skiej ducho­wo­ści według jego logi­ki. Zna­ko­mi­cie roz­wi­nął tę myśl w tek­ście „Kato­li­cy szu­ka­ją dia­bła” Woj­ciech Żmu­dziń­ski SJ. Kto budu­je swą poboż­ność na fun­da­men­cie lęku, kto ner­wo­wo wypa­tru­je obec­no­ści Sza­ta­na, ten z pew­no­ścią go znaj­dzie. Myślę, że jed­nak nie taka jest logi­ka życia chrze­ści­jań­skie­go. Poucza­ją­ca w tym wzglę­dzie może być Ewan­ge­lia z Nie­dzie­li Dobre­go Paste­rza (J 10,27 – 30), a tak­że roz­dział dzie­sią­ty Ewan­ge­lii według świę­te­go Jana. Jeste­śmy w ręku Boga i nic nie może nas z niej wyrwać. To On sam pro­wa­dzi nas moc­nym ramie­niem. Jeśli więc zosta­li­śmy przez Nie­go odku­pie­ni, to naszym fun­da­men­tal­nym doświad­cze­niem i prze­zna­cze­niem jest spo­tka­nie z żyją­cym Bogiem. Myślę, że cho­dzi tu o pod­sta­wo­we zaufa­nie Bożej obec­no­ści, pewien ducho­wy opty­mizm, pozba­wio­ny lęku akt woli skie­ro­wa­nej ku Bogu, któ­ry JEST. Mówiąc naj­pro­ściej – jeśli modlę się do Boga i szu­kam Go, to on sam zosta­wił nam obiet­ni­cę, że pozwo­li się zna­leźć (Iz 55, 6 – 9).

Więk­szość zarzu­tów kie­ro­wa­nych wobec prak­ty­ki medy­ta­cji chrze­ści­jań­skiej doty­czy rze­ko­mych związ­ków z medy­ta­cją prak­ty­ko­wa­ną na spo­sób bud­dyj­ski. Kwe­stię tę pod­no­si Ewa Kie­dio w swym tek­ście „Chry­stus zre­du­ko­wa­ny”, pyta­jąc, jak zwo­len­ni­cy nauki WCCM wyobra­ża­ją sobie łącze­nie chrze­ści­jań­stwa z prak­ty­ka­mi bud­dyj­ski­mi. Nie chcę sta­wiać się w roli adwo­ka­ta WCCM i ojca Free­mana, dostrze­gam bowiem w naucza­niu tych­że ele­men­ty kon­tro­wer­syj­ne i nie do koń­ca roz­ja­śnio­ne czy prze­my­śla­ne, lecz pyta­nie i dal­sze zarzu­ty posta­wio­ne przez Ewę doma­ga­ją się odpo­wie­dzi. Otóż nie wyobra­żam sobie łącze­nia chrze­ści­jań­stwa z żad­ną for­mą bud­dy­zmu (swo­ją dro­gą cie­kaw jestem, co kry­ty­cy medy­ta­cji chrze­ści­jań­skiej rozu­mie­ją poprzez „prak­ty­ki bud­dyj­skie” i jaki bud­dyzm mają na myśli. Odpo­wiedź na te pyta­nia mogła­by rzu­cić nie­co świa­tła na kwe­stię łącze­nia chrze­ści­jań­stwa z bud­dy­zmem). Wyobra­żam sobie jed­nak, że chrze­ści­ja­nie i bud­dy­ści (niech już będzie, pomie­ść­my w tym jed­nym poję­ciu zło­żo­ność i wie­lość odpo­wie­dzi na „dra­mat świa­ta i czło­wie­ka” jaki daje sys­tem zapo­cząt­ko­wa­ny przez Bud­dę Sia­kja­mu­nie­go) mogą wspól­nie pozna­wać swo­je ducho­we tra­dy­cje, swo­je dro­gi odczy­ta­nia natu­ry świa­ta, czło­wie­ka i tej rze­czy­wi­sto­ści, któ­ra czło­wie­ka prze­kra­cza; mogą wresz­cie łączyć wysił­ki w czy­nie­niu świa­ta bar­dziej ludz­kim i pomóc bliź­nim w odkry­wa­niu sen­su naj­wyż­sze­go. Nie ma tu mowy o wymie­sza­niu i homo­ge­ni­za­cji wia­ry – nie uda­ło mi się tak­że tego typu postu­la­tu zna­leźć w naucza­niu WCCM, być może jestem nie­uważ­nym czy­tel­ni­kiem – jest za to, jak rozu­miem, wspól­ne podró­żo­wa­nie do miej­sca, w któ­rym obie tra­dy­cje muszą się roz­stać i podą­żyć wła­snym szla­kiem, jest wspól­ne poszu­ki­wa­nie odpo­wie­dzi na naj­waż­niej­sze pyta­nia i uważ­ne wsłu­chi­wa­nie się w głos pły­ną­cy z innej per­spek­ty­wy. Spo­tka­nie z innym jest, jak ufam, inspi­ru­ją­ce – pozwa­la ina­czej spoj­rzeć na zako­rze­nio­ną w nas tra­dy­cję, na nowo odkry­wać jej sen­sy, nie ozna­cza bynaj­mniej porzu­ca­nia wła­snej toż­sa­mo­ści czy rezy­gna­cji z Praw­dy, któ­rą jest sam Chry­stus.

Dys­ku­syj­ne jest dla mnie tak­że czy­nie­nie zarzu­tu Fre­ema­no­wi z posłu­gi­wa­nia się ter­mi­nem „man­tra”. Nie po raz pierw­szy – dość wspo­mnieć grec­ki ter­min „pro­so­pon” – chrze­ści­jań­stwo korzy­sta ze słow­ni­ka innych reli­gii czy sys­te­mów filo­zo­ficz­nych, nada­jąc mu swe odcie­nie zna­cze­nio­we i insta­lu­jąc we wła­snym para­dyg­ma­cie. Tym bar­dziej, że o ile dobrze czy­tam Free­mana, to uży­wa on ter­mi­nu „man­tra” poza jego stric­te bud­dyj­skim kon­tek­stem i zna­cze­niem – jest to bowiem dla dyrek­to­ra WCCM „pro­ste sło­wo”, modli­twa, w któ­rej wie­rzą­cy zawie­ra swe wyzna­nie wia­ry w Trój­je­dy­ne­go Boga, któ­re­go szu­ka, pra­gnie i kocha.

Nie­zro­zu­mia­łe wyda­je mi się tak­że twier­dze­nie, jako­by powta­rza­nie suge­ro­wa­nej przez Free­mana man­try „Mara­na­tha” sytu­owa­ło wie­rzą­ce­go poza kon­tek­stem chrze­ści­jań­skiej modli­twy. Podob­nie jak wezwa­nia Modli­twy Jezu­so­wej, tak i man­tra Free­mana wyra­sta z keryg­ma­tu, jest stresz­cze­niem Dobrej Nowi­ny o zba­wie­niu czło­wie­ka przez kocha­ją­ce­go Boga – każ­da modli­twa rodzi się, co oczy­wi­ste, w kon­tek­ście wia­ry i nie ist­nie­je w ode­rwa­niu od niej. Man­trę nale­ży tu raczej rozu­mieć jako modli­tew­ne odda­nie ini­cja­ty­wy Bogu, gdyż to nie my zaczy­na­my roz­mo­wę z Bogiem, lecz dar spo­tka­nia przy­cho­dzi od Nie­go. Wyra­ził to już czter­na­sto­wiecz­ny mistyk angiel­ski Wal­ter Hil­ton: „Nie robisz nic. Tyl­ko pozwa­lasz Mu dzia­łać w two­jej duszy”; świę­ta Tere­sa z Ávi­li w swej „Twier­dzy wewnętrz­nej” pisa­ła z kolei: „Nasze tu dzia­ła­nie całe zasa­dza się na tym, byśmy sta­wa­li przed Bogiem jak ubo­dzy i żebra­cy przed wiel­kim i boga­tym monar­chą, a zanió­sł­szy proś­bę naszą, z oczy­ma spusz­czo­ny­mi pokor­nie wyglą­da­li zmi­ło­wa­nia Jego. Jeśli Pan ukry­ty­mi dro­ga­mi swy­mi zda­je się dawać nam do zro­zu­mie­nia, że nas słu­cha, wów­czas, sko­ro dopusz­cza nas tak bli­sko sie­bie, dobrą rze­czą jest mil­czeć”. Oto tajem­ni­ca man­try chrze­ści­jań­skiej, pro­ste­go sło­wa na służ­bie ciszy, poko­ry i ubó­stwa, z któ­ry­mi chrze­ści­ja­nin sta­je przed Bogiem.

Czy praw­dą jest – jak twier­dzi Ewa Kie­dio – że man­tra w nauce WCCM jest względ­na i bez zna­cze­nia? Co do pierw­sze­go okre­śle­nia mogę się czę­ścio­wo zgo­dzić – medy­tu­ją­cy może sam wybrać dowol­ne sło­wo lub pro­ste zda­nie – wie­lu wybie­ra „Jezus”, „Abba”, „Zmi­łuj się Panie” – ponie­waż w medy­ta­cji chrze­ści­jań­skiej nie ma obo­wiąz­ku, bez­względ­nej koniecz­no­ści uży­wa­nia jako man­try kon­kret­ne­go sło­wa. Nie ozna­cza to jed­nak, że powta­rza­ne sło­wo nie ma zna­cze­nia! Kry­je się ono w samej teo­lo­gii sło­wa, któ­re jest pro­po­no­wa­ne przez o. Free­mana – „Mara­na­tha”, przyjdź Panie Jezu. To sło­wo zaczerp­nię­te z Nowe­go Testa­men­tu, sło­wo, któ­rym pozdra­wia­ły się mło­de kościo­ły pierw­szych lat chrze­ści­jań­stwa, jest wyzna­niem wia­ry w tego same­go Boga, któ­re­go wyzna­je­my sło­wa­mi Modli­twy Jezu­so­wej. Man­tra nie jest więc, jak chce Ewa Kie­dio, czy­stą tech­ni­ką na dro­dze „samo­po­zna­nia i podą­ża­nia do czy­stej świa­do­mo­ści bytu”, lecz ubo­gą modli­twą na dro­dze do zjed­no­cze­nia z Bogiem Ojcem, przez Jezu­sa w Duchu Świę­tym. Jest dro­gą wia­ry i, by użyć okre­śle­nia św. Tere­sy z Lisieux, „dąże­niem ser­ca”. Pokój, samo­po­zna­nie itp. mogą być dane na sku­tek rela­cji z Jezu­sem, lecz są one dru­go- i trze­cio­rzęd­ne; są, jak słusz­nie zauwa­ża Mar­cin Suskie­wicz, środ­kiem, nie celem.

Nie mogę się jed­nak oprzeć wra­że­niu, że już krok dalej, przy budo­wa­niu roz­róż­nie­nia modli­twy nie­dy­skur­syw­nej na medy­ta­cję, któ­rej „przed­mio­tem jest pust­ka, próż­nia, nic”, i usta­wio­ną nie­ja­ko w opo­zy­cji do niej kon­tem­pla­cję, „któ­rej przed­mio­tem jest «coś»”, autor mie­sza porząd­ki, myli śro­dek z celem. Medy­ta­cja chrze­ści­jań­ska nie cele­bru­je pust­ki ani nie szu­ka „sen­ne­go, bez­oso­bo­we­go Abso­lu­tu”. Owe „pust­ka, próż­nia, nic” trak­to­wać nale­ży jako posta­wę i dys­po­zy­cję modlą­ce­go się chrze­ści­ja­ni­na, któ­ry w poko­rze i ubó­stwie ducha kie­ru­je swój wewnętrz­ny słuch na głos kocha­ją­ce­go Boga i wypa­tru­je Jego woli. Mar­cin Suskie­wicz utoż­sa­mia jed­nak owe przy­mio­ty, będą­ce środ­kiem, z celem ducho­wych dążeń wie­rzą­ce­go, co wpro­wa­dza zamęt i rodzi nie­zro­zu­mie­nie samej isto­ty modli­twy medy­ta­cyj­nej, któ­rą jest – powtórz­my – włą­cze­nie się całą isto­tą (a nie tyl­ko myślą!) w modli­twę Jezu­sa Chry­stu­sa. Modli­twa medy­ta­cyj­na to zamiesz­ki­wa­nie w Bogu, któ­re nie odci­na od świa­ta, ale do nie­go pro­wa­dzi.

W tym sen­sie sta­wia­nie tezy, jako­by kon­tem­pla­cja – któ­rej nota bene Suskie­wicz przy­pi­sał cechy medy­ta­cji – była upraw­nio­nym spo­so­bem modli­twy chrze­ści­jań­skiej, w miej­sce nie­upraw­nio­nej medy­ta­cji, jest nie tyl­ko ryzy­kow­na, lecz tak­że nie­spra­wie­dli­wa.

Wąt­pli­wo­ści Mar­ci­na Suskie­wi­cza doty­czą­ce dro­gi wio­dą­cej chrze­ści­jan do Boga pro­wa­dzą nas do szer­sze­go tema­tu, jakim jest teo­lo­gia apo­fa­tycz­na i moż­li­wość nie­dy­skur­syw­ne­go pozna­nia Boga. Nie­je­den z nas mógł­by powtó­rzyć za Wit­t­gen­ste­inem: „Gra­ni­ce mego języ­ka wska­zu­ją gra­ni­ce mego świa­ta”. I nie spo­sób odmó­wić słusz­no­ści Macie­jo­wi Bisku­po­wi OP, gdy w tek­ście „Modli­twa Jezu­so­wa – medy­ta­cja Obec­no­ści” mówi: „Dzi­siaj, gdy roz­my­ślamy nad jaki­miś praw­dami wia­ry, nad Sło­wem Bożym, to bar­dzo czę­sto ogra­ni­czamy się do «prze­my­śli­wa­nia» sło­wa i szu­kamy rozu­mowo jego zna­cze­nia. Świa­do­mie lub nie, jako «dzie­ci Oświe­ce­nia», jeste­śmy prze­ko­nani, że im wię­cej rze­czy jeste­śmy w sta­nie wymy­ślić i zro­zu­mieć pod­czas nasze­go czy­ta­nia, tym jest ono lep­sze. To tak, jak­by­śmy naiw­nie wie­rzyli, że nasze zro­zu­mie­nie rze­czy­wi­sto­ści dopie­ro nada­je jej ist­nie­nie”. A co z Bogiem, któ­ry sam prze­kra­cza ideę Boga, któ­ry jest ponad wszel­ką myślą o Nim i wyobra­że­niem? Czy stwo­rze­nie nie ma innej moż­li­wo­ści spo­tka­nia swo­je­go Stwór­cy niż sku­pie­nie się na tym, co da się ująć w ramy myśli?

Mar­cin Suskie­wicz pisze: „Wła­śnie dla­tego, że Bóg obja­wia się w czymś i poprzez coś, natu­ralną dla chrze­ści­ja­nina for­mą modli­twy nie­dy­skur­syw­nej będzie kon­tem­pla­cja – poboż­ne sku­pie­nie się całą oso­bą na «czymś»: na stwo­rze­niu jako Bożym dzie­le, na frag­men­cie Pisma Świę­tego, przede wszyst­kim zaś na oso­bie, sło­wach i czy­nach Jezu­sa Chry­stusa. Do Tego, któ­ry JEST, docie­ramy przez to, co jest”. Zgo­da. Jed­nak czy czło­wiek, któ­ry otwie­ra się na Bożą łaskę, cze­ka na głos swo­je­go Pana – z całym bogac­twem sie­bie jako oso­by, któ­re nie zni­ka tyl­ko dla­te­go, że w danym momen­cie nie jest przed­mio­tem myśli – zaprze­cza w ten spo­sób temu wszyst­kie­mu, co jest? Skąd prze­świad­cze­nie, że Bóg przy­go­to­wał dla nas tyl­ko tę jed­ną dro­gę do sie­bie – dro­gę zako­rze­nio­ną w mate­rii?

W stwier­dze­niu Mar­ci­na Suskie­wi­cza dostrze­gam coś wię­cej – nie­uf­ność wobec tra­dy­cji teo­lo­gii apo­fa­tycz­nej, na któ­rej fun­da­men­cie wyra­sta ponie­kąd modli­twa mono­lo­gicz­na, misty­ka nad­reń­ska, czter­na­sto­wiecz­na misty­ka angiel­ska czy w koń­cu czer­pią­ca z nich medy­ta­cja chrze­ści­jań­ska. A prze­cież świę­ta Tere­sa twier­dzi, że nie o to cho­dzi, by na modli­twie wie­le roz­my­ślać, lecz by wie­le kochać. „Pod wie­czór nasze­go życia będzie­my sądze­ni z miło­ści” – wtó­ru­je św. Jan od Krzy­ża. A Jan Bere­za OSB pisze:Kie­dy medy­tu­jesz, to Jezus / modli się w tobie do Ojca w Duchu. / Jesteś nie­sio­ny żarem Jego miło­ści. / Bądź jak rze­ka słu­żą­ca każ­de­mu, / aż przyj­dzie czas, że się prze­mie­nisz w Miłość”.

War­to pamię­tać o tym, że osta­tecz­nie naj­więk­sze tajem­ni­ce życia Boga są przed nami zakry­te. Roz­my­śla­jąc o stwo­rze­niu, Bogu i Jego inter­wen­cji w histo­rię świa­ta i histo­rię każ­de­go osob­ne­go życia, napo­ty­ka­my „obłok nie­wie­dzy”, sfe­rę, w któ­rej roz­po­zna­je­my obec­ność Boga – Boga, któ­ry zechciał się obja­wić w Chry­stu­sie, lecz pozo­sta­je przed nami zakry­ty, tajem­ni­czy, nie do koń­ca roz­po­zna­ny. Choć bli­ski i kocha­ją­cy, to wciąż nicze­mu i niko­mu nie­pod­le­gły. Zwo­len­ni­cy tra­dy­cji modli­twy mono­lo­gicz­nej pole­ca­ją, by nie krą­żyć upo­rczy­wie wokół blo­kad, któ­re nie­zmien­nie sta­wia nam umysł, lecz – jak pisze autor „Obło­ku nie­wie­dzy” – „wznieść swą miłość ku owe­mu obło­ko­wi albo raczej pozwo­lić pocią­gnąć swą miłość ku nie­mu. […] Bądź cał­kiem pewien, że nigdy w tym świe­cie nie dostą­pisz wizji Boga nie­osło­nię­tej obło­kiem. […] Miłość zdol­na jest dosię­gnąć Boga nawet w tym życiu – ale wie­dza nigdy! Przez ten czas, gdy dusza prze­by­wa w znisz­czal­nym cie­le, jasność nasze­go ducho­we­go rozu­mie­nia, szcze­gól­nie rozu­mie­nia Boga, pozo­sta­je jak­by zaćmio­na, co spra­wia, iż nasze dzie­ła są nie­do­sko­na­łe, i co dopro­wa­dzi­ło­by do wie­lu błę­dów, gdy­by nie pomoc ducho­wej łaski”.

Dla­te­go na dro­dze medy­ta­cji war­to naśla­do­wać Marię z Beta­nii, któ­ra „nie zwa­ża­ła ani na zaję­cie swej sio­stry, ani na nie­opi­sa­ną i bło­go­sła­wio­ną dosko­na­łość Jego zewnętrz­nej posta­ci, ani na pięk­no Jego gło­su i słów. Wpa­try­wa­ła się bowiem w naj­wyż­szą mądrość Jego Bóstwa, odzia­ną w sło­wa Jego czło­wie­czeń­stwa. W niej utkwi­ła wzrok pełen ser­decz­nej miło­ści. Żaden widok ani odgłos nie mógł jej roz­pro­szyć, sie­dzia­ła zupeł­nie nie­po­ru­szo­na, do głę­bi prze­ję­ta sło­dy­czą i nie­cier­pli­wą miło­ścią, tęsk­nie wzno­sząc się ku owe­mu obło­ko­wi nie­wie­dzy pomię­dzy nią a Bogiem”.

W cyklu „Prze­żu­wać Imię” uka­zały się teksty: