widzimy
| 12 stycznia 2016 ]

Przyjaciele księdza Adama

Czterdzieści osiem historii. Czterdzieści osiem postaci. Czterdzieści osiem szkiców o przyjaciołach. Tylko tyle i aż tyle zawiera w sobie najnowsza książka ks. Adama Bonieckiego „Abonent chwilowo nieosiągalny”.

To nie jest pozycja, która mogłaby zdobyć literackie laury. Raczej nie usłyszymy o niej przy okazji Nagrody Nike. Jakakolwiek ambicja twórcza nie jest jej celem. Sam autor ma zresztą świadomość niejednorodnego stylu fragmentów-wspomnień, składających się na całość. „Abonent…” to raczej hołd i wyraz wdzięczności, złożony przez księdza redaktora swoim przyjaciołom, którzy odeszli.

Abonent chwilowo nieosiągalny

Ks. Boniecki przywołuje ze swojej pamięci postaci, które miały wpływ na jego dorosłe życie. Książka nie ma jednak charakteru stricte żałobnego. To raczej refleksyjne spojrzenie wstecz. Co istotne, przy doborze poszczególnych postaci autor nie kieruje się ich prestiżem, ale swoim osobistym stosunkiem do nich. Obok gigantów Kościoła XX wieku, jak Jan Paweł II czy kard. Lustiger, znajdziemy takich bohaterów, jak Bronisław Mamoń czy Krystyna Chmielecka, którzy choć bardzo ważni dla krakowskiego środowiska, nie są powszechnie znani. Obok Jerzego Giedroyca odszukamy jego brata Henryka, zawsze będącego w cieniu. Ksiądz Adam właśnie dzięki takim fragmentom przywraca nieco zapomnianym bohaterom ich miejsce w historii.

Wspomnienia, nawet dotyczące bardzo znanych postaci, zyskują osobisty charakter. Kard. Sapieha klepie małego Adasia po policzku, Jan Paweł II przy uroczystej kolacji czyta rozłożony na swoich kolanach krytyczny artykuł o sobie, Czesław Miłosz księdza onieśmiela, zaś umierający Tischner żartuje z niego i zapisuje na karteczce: „Jak tak będziesz rządził «Tygodnikiem» jak zgromadzeniem, to daleko nie zajedziesz”.

W tym tkwi urok książki. Wspomnienia są zazwyczaj ciepłe. Ksiądz redaktor przywołuje w pamięci opiekę, jaką roztoczyli nad nim Turowiczowie, gdy jako młody ksiądz zaczął pracować w „Tygodniku Powszechnym”. Opisuje wieczory, podczas których do późnych godzin nocnych wspólnie czytali poezję Czesława Miłosza. Wspomina z uśmiechem kolegia redakcyjne, które toczyły się w pozornym, wręcz absurdalnym chaosie.

Nie zabrakło jednak spraw wzruszających. Ks. Boniecki opowiada, jak przypadkowo był obecny przy śmierci mamy Jacka Kuronia, jak jedna z umierających na nowotwór przyjaciółek martwi się o niepełnosprawnego syna. Sam ksiądz całkiem serio mówi także o duchownych, którzy ukształtowali jego kapłańską duchowość (w tym miejscu przede wszystkich wypadałoby wspomnieć księży: Bozowskiego i Twardowskiego).

Autor nie ulega tendencji do naiwnego pocieszenia. Doskonale zdaje sobie sprawę z poczucia braku, jaki powoduje odejście kogoś bliskiego. Jak pisze w zakończeniu, nie płacze się nad tymi, którzy odeszli, ale nad nami, którzy tutaj jeszcze zostajemy. Niemniej w jego szkicach nie dominuje smutek, jest za to wdzięczność Bogu za dar spotkania tych ludzi.

Jeszcze jeden istotny rys tych wspomnień: w „Abonencie chwilowo nieosiągalnym” ks. Adam niewiele mówi o sobie. Ale przecież i on sam przebija z przywołanych przez siebie sytuacji jako dobry, życzliwy ludziom duchowny. Ma to tym większe znaczenie, że sam ksiądz zdaje się wątpić w sloganowe hasło, że „nie ma ludzi niezastąpionych”. Jak wynika ze wspomnień o Tischnerze czy abp. Życińskim, są tacy ludzie, zwłaszcza jeśli chodzi o polski Kościół. Na jego gruncie ks. Boniecki jawi się jako jeden z ostatnich przedstawicieli formacji duchowej, do której należeli Wojtyła, brat Roger, Martini, Turowicz, Pietraszko. Warto to docenić.