myslimy
| 7 sierpnia 2012 ]

Puste miejsce po Powstaniu

Mamy już sprowadzanie etosu Powstania Warszawskiego do jednego tylko typu wrażliwości i jednego sposobu jego przeżywania, mamy demonstracje ideologiczne i polityczne na cmentarzach i miejscach pamięci, wykluczanie każdego, kto niezbyt równo skacze hop, hop, hop czy ociąga się z gwizdaniem na przedstawicieli „obozu zdrady i hańby”. Mamy już koszulki powstańcze, na których dominującym akcentem jest „MY” w klubowych barwach, są wlepki z powstańczą kotwicą w barwach klubu piłkarskiego. Podczas tegorocznych obchodów zaszliśmy jeszcze dalej; ujrzeliśmy bowiem bezprecedensową pogardę słów uczestników Powstania, lekceważące machnięcie ręką na prośby gen. Ścibor-Rylskiego, uliczne ganianki za tymi, którzy szli w innych grupach i delegacjach, mieliśmy wyzwiska w stronę księdza, który ośmielił się założyć szalik nie tej drużyny. Wieczorem zaś grupy kibiców Legii na Żoliborzu czciły pamięć powstańców, śpiewając pieśni skierowane do kibiców kilku polskich klubów piłkarskich i przewracając kosze na śmieci − lokalni patrioci! Za rok domalują na powstańczych opaskach zieleń, tworząc raz na zawsze właściwy sposób upamiętniania.

Zestaw Legia - Cmentarz Północny w Warszawie, Dzień Wszystkich Świętych

Czy istnieje i gdzie leży granica wulgaryzacji i partykularyzacji powstańczych obchodów? Czy mamy świadomość, że w absurdalnym wyścigu na coraz większe wieńce, coraz głośniejsze manifestowanie swego przywiązania do powstańczej spuścizny i kolejne formy upamiętniania w istocie rzeczy banalizujemy dramat, jakim było Powstanie? Zamiast upamiętniać – gramy nim, w miejsce zadumy organizujemy zadymę, gdy powinniśmy wspólnie pochylić głowy – wyciągamy pięści. Pierwszosierpniowe obchody stają się swoistym pokazem – czy raczej pokazówką – coraz częściej naskórkowego patriotyzmu, wybiegiem, na którym dumnie można prezentować insygnia własnego przywiązania, własnego odczuwania, własnej interpretacji. Zawsze jedynie słusznej, prawdziwie prawdziwej prawdy dostępnej wyłącznie prawdziwym Polakom. Dzień ten wszedł pod panowanie wszechobecnego MY, jakby obchody stały się zaledwie kolejną sposobnością wygrywania tego MY przeciw jakimś INNYM. Jakby stał się zaledwie kolejną okazją do podziału świata na swój, ten nazwany i oswojony kosmos, zmierzony i przewidywalny, sam regulujący swój bieg, czas z własną logiką dziejów i na świat inny, dziki, niby poznany, a wciąż nieoswojony, zniechęcający i odstręczający. Paraewangeliczny podział na owce i kozły już tu i teraz, 1 sierpnia. I naprawdę nieważne, kto jest w „obozie zdrady i hańby”, kto szczyci się mianem prawdziwego Polaka, a kto biegnie w przepaść wraz z innymi lemingami. Ważne jest MY – chorobliwie rozedrgane w obawie przed spotkaniem INNEGO, więc wykluczające.

W tej zabawie powstańczą spuścizną nie przejmujemy się już jej właściwymi depozytariuszami. Generał Ścibor-Rylski doczekał się wręcz tropicieli swoich korzeni; śledczy ci przypomnieli, że generał miał czelność poprzeć obecnego prezydenta, wywodzącego się przecież z „obozu zdrady i hańby”. Tym samym etos Powstania na zawsze przeszedł w ręce prawdziwych Polaków, którzy zdobyli moralne prawo do suwerennego nim rozporządzania.

Pozwalam sobie na te gorzkie słowa nie z powodu rozczarowania samą formą powstańczych obchodów. Ostatecznie jest mi bliżej do apologetów tego niepodległościowego zrywu niż do jego krytyków. Równie dobrze mogę sobie także wyobrazić, że spór ten inicjuje grupa stojąca po drugiej stronie politycznej barykady. Nie o etykietki tu chodzi. Myślę jednak, że nie potrafimy lub nie chcemy odnaleźć stosownej miary i odpowiedniego czasu na rozważną dyskusję o Powstaniu. Spory na ten temat rozpalają publicystyczne głowy w dniach, gdy należałoby z szacunku dla dramatu Warszawy zamilknąć, w ciszy zapalić znicz, wywiesić flagę, pomodlić się za życie wieczne żołnierzy i cywilów bądź wypić kieliszek wina za to umęczone miasto. Zależnie, kto w co wierzy. W czasie należnym ciszy władanie obejmuje jednak jazgot – jedni zakładają na Facebooku stronę „Wstydzę się powstania warszawskiego”, drudzy urządzają na ulicach historyczne rekonstrukcje, w których dziarscy chłopscy i rumiane dziewczęta bawią się w żołnierzy. Miasto z kolei organizuje masowy bieg uliczny, w którym można poczuć klimat powstańczej Warszawy – biegaczy dopingują bowiem dzieci przebrane za żołnierzy, z bronią w ręku, za barykadami. Symulakra, tak to chyba się nazywa…

A gdybyśmy tak spróbowali porzucić nasze ambicje upamiętniania przez upupianie czy honorowania przez zawłaszczanie? Czy minuta zadumy, gdy w Godzinę W pośród ryku syren staje całe miasto, to za mało? Czy zamiast „powstańczych” koszulek, kubków, biało-czerwonych opasek na ramię i całej tej konfekcji nie można wychowywać do wartości i odpowiedzialności, które niosło pokolenie Kolumbów? Rzeczywiście nie potrafimy znaleźć stosowniejszych dni, by spierać się o sens i zasadność powstańczej ofiary? I czy naprawdę jeden wieniec złożony przy pomniku Gloria Victis w imieniu dzieci Warszawy nie pomieści nas wszystkich?