myslimy
| 5 czerwca 2013 ]

Pustka, która zakrywa Boga

Przeżuwać Imię – cykl o medytacji chrześcijańskiej (4)

Staram się brać sobie do serca rady zawarte w felietonie K.I. Gałczyńskiego pt. „Zaznaczam, że zarządzam, co następuje”. Trudno się wszak z autorem „Zaczarowanej dorożki” nie zgodzić, gdy zarządza, że „Nie wolno używać takich słów, jak: zagadnienie i koncepcja. Trzeba pracować”; gdy zakazuje „wszelkiego mętniactwa, pleplesji, koturnu i lipy”; gdy zabrania „opowiadać stare kawały”, „gonić w piętkę”, „bimbać sobie”, a także „w obecności osób nerwowych przygrywać na następujących instrumentach, a to: symfonałach, organach hydraulicznych, cymbergajach i tzw. dudach portugalskich”. Dawno już jednak przekonałem się, że zarządzenie: „Nie wolno opowiadać tasiemcowych wspomnień z życia osobistego, ponieważ to nikogo nic nie obchodzi” nie wytrzymuje tzw. konfrontacji z rzeczywistością. Bardzo lubię wspomnienia, świadectwa, a osobliwie zwierzenia, zatem autobiograficzny, lecz wcale nie tasiemcowy tekst Dawida Gospodarka przeczytałem z wielkim zaciekawieniem. Zresztą ton osobisty w mówieniu o medytacji wydaje się jak najbardziej na miejscu. Gdy o. John Main OSB, zmarły w 1982 r. nauczyciel o. Laurence’a Freemana OSB, dyrektora Światowej Wspólnoty Medytacji Chrześcijańskiej (WCCM), pisze w jednej z książek: „Nie chcę sugerować, że medytacja jest jedyną drogą, lecz tylko że jest jedyną, jaką ja znalazłem”, to przecież właśnie dzieli się swoim doświadczeniem. Tak więc i ja, choć świadom ogromnej duchowej dysproporcji między mną a o. Mainem (dość powiedzieć, że łączyła go bliska więź z Thomasem Mertonem), pozwolę sobie zacząć od akcentu autobiograficznego.

Medytacją chrześcijańską interesowałem się dość mocno pod koniec liceum i na początku studiów. Czytałem wówczas z rozpaloną głową konferencje oo. Maina i Freemana i oczywiście sam starałem się medytować, chadzając wieczorami na skraj lasu niedaleko rodzinnego domu. Byłem też raz na, miłym skądinąd, spotkaniu lokalnego kółka WCCM przy cerkwi prawosławnej w pewnej angielskiej miejscowości. Wspominając swoje ówczesne poszukiwania, muszę jednak przyznać, że nie były one motywowane – a w każdym razie nie przede wszystkim – miłością do Boga; raczej pragnąłem wówczas wewnętrznego spokoju. Oczywiście te dwie rzeczy nie muszą się nawzajem wykluczać – łaska buduje na naturze, więc wyciszenie pomaga otworzyć się na Boga. Ja jednak zapominałem wówczas, że pokój jest środkiem, a nie celem, i że tego pokoju, który naprawdę się liczy – a który może współistnieć, jak u Pana Jezusa w Ogrójcu i na krzyżu, z całym spektrum różnych emocji i doświadczeń, w tym z cierpieniem – nie da się zdobyć żadną praktyką, nawet pobożną. Jest on darem, który otrzymujemy od Pana, gdy zapominając o sobie (i swoim „spokoju wewnętrznym”), szukamy tylko Jego Królestwa. „Niczego nie przedkładać nad miłość Chrystusa” – czytamy w regule św. Benedykta, a wydaje mi się, że tego właśnie u mnie brakowało (zresztą nadal brakuje). Szukałem raczej siebie niż Boga, raczej samowystarczalności niż łaski, raczej chłodnej obojętności na rzeczywistość niż, często bolesnej, prawdy. Nie mówię, że tak samo jest w przypadku innych osób interesujących się medytacją chrześcijańską, zresztą za każdą formą religijności mogą przecież kryć się nie do końca właściwe intencje (faryzeusze, stojąc na rogach ulic, raczej nie medytowali, lecz modlili się, jak to się mówi, dyskursywnie, por. Mt 6,5). Rozumiem jednak ostrzeżenia kierowane do wiernych przez przedstawicieli Kościoła, choćby we wspomnianym przez o. Macieja Biskupa OP „Liście do biskupów Kościoła katolickiego o niektórych aspektach medytacji chrześcijańskiej” (narzekamy na długie listy od biskupów, ale oni nie mają lepiej). Okładkę „Tygodnika Powszechnego” z jednoznacznym hasłem: „Nie bój się medytacji!” przyjąłem, muszę przyznać, z mieszanymi uczuciami.

G.K. Chesterton porównuje chrześcijaństwo do ogrodu, w którym wszystko istnieje dla jakiegoś celu. Bawiące się w ogrodzie dziecko może nie wiedzieć, po co są grabie lub kot, ale ufa swoim rodzicom, że obydwa po coś są – i że jakoś przyczyniają się do piękna całości. Podobnie jest z chrześcijaństwem. „Jakaś doktryna albo jakiś rytuał mogły mi się wydawać równie brzydkie jak grabie – czytamy w „Ortodoksji”. Przekonałem się jednak na własne oczy, że te brzydkie rzeczy mają jakiś wpływ na istnienie trawy i kwiatów”. W ten sposób Chesterton doszedł do wniosku, że chrześcijaństwo jest religią, która „przekonuje nawet wtedy, gdy nie jest atrakcyjna; w końcu zawsze okazuje się, że miała rację, zupełnie jak mój ojciec w ogrodzie”. A oto przykład: „Teozofia […] głosi bezsprzecznie atrakcyjne pojęcie reinkarnacji, ale jeśli chcemy doczekać się jego logicznych następstw, będą nim duchowa wyniosłość i okrucieństwo kasty. Jeśli bowiem ktoś jest żebrakiem z powodu swoich prenatalnych grzechów, ludzie będą nim pogardzać. Chrześcijaństwo natomiast głosi bezsprzecznie nieatrakcyjne pojęcie grzechu pierworodnego, ale jeśli zaczekamy na jego następstwa, będą nimi patos i braterstwo, a także burza śmiechu i litości, bo tylko mając świadomość grzechu pierworodnego możemy równocześnie współczuć biedakowi i nie ufać królom”.

Idąc tym samym tropem, chciałbym postawić pytanie: dlaczego pozornie atrakcyjna forma modlitwy, jaką jest medytacja w rozumieniu wschodnim, tradycyjnie nie zajmuje ważnego miejsca w chrześcijaństwie i budzi opory wielu wiernych i hierarchów? Dlaczego przeważają raczej inne, mniej atrakcyjne formy modlitwy? Poniżej postaram się zaproponować – z pewnością niedoskonałą – odpowiedź na te pytania.

Każda prawdziwa modlitwa składa się z elementu naturalnego (ludzkiego) i elementu nadprzyrodzonego (Boskiego). Element naturalny – postawa ciała, stan umysłu, stopień skupienia, przedmiot rozważań i towarzyszące im uczucia – jest ważny (znów „łaska buduje na naturze”), ale całkowicie drugorzędny w porównaniu z elementem nadprzyrodzonym – dobrowolnym, a nawet nieco kapryśnym udzielaniem się Boga ludzkiej duszy. Można klęczeć w skupieniu godzinami, a jednocześnie być daleko od Boga, jeśli On do nas nie przyjdzie. „Chleb spożywacie zapracowany ciężko, a Pan i we śnie darzy swych umiłowanych” − czytamy w Psalmie 127 i słowa te chyba szczególnie dobrze pasują do modlitwy. Św. Jan Chryzostom mówi z kolei: „Można modlić się często i gorąco. Nawet na targu czy w czasie samotnej przechadzki, siedząc w swoim sklepiku czy też kupując lub sprzedając, a nawet przy gotowaniu”. Chyba właśnie ze względu na przekonanie o prymacie tego, co nadprzyrodzone, chrześcijaństwo, w odróżnieniu od religii Wschodu, nigdy nie przywiązywało zbyt dużej wagi do „technicznych” aspektów modlitwy. Jeśli jakiś czynnik ludzki jest w modlitwie szczególnie ważny, to ten, o którym jeszcze nie było mowy (bo też trudno nazwać go naturalnym): czystość duszy modlącej się osoby; stopień, w jakim oddana jest ona miłości lub – przeciwnie – grzechowi.

Wróćmy jednak do „technikaliów”. Jednym z ważnych aspektów modlitwy jest przedmiot, na którym modlący się koncentruje swoją uwagę. Wydaje mi się, że można tu wyróżnić dwa rodzaje modlitwy niedyskursywnej: kontemplację, której przedmiotem jest „coś”, oraz medytację, której przedmiotem jest pustka, próżnia, nic. Terminy „kontemplacja” i „medytacja” zwykle nie mają tak ściśle określonych znaczeń – np. esej Romana Guardiniego „O istocie medytacji” albo wspomniana przez Dawida Gospodarka książka „Medytacja chrześcijańska” Hansa Ursa von Balthasara niewątpliwie traktują przede wszystkim o tym, co nazywam tutaj kontemplacją – ale dla jasności im je przypiszmy. Otóż zaryzykuję tezę, że z chrześcijańskiego punktu widzenia kontemplacja jest znacznie bardziej odpowiednią formą modlitwy niż medytacja.

Stawką jest tu, według mnie, sposób postrzegania (by nie użyć zakazanego przez Gałczyńskiego słowa „koncepcja”) relacji między Bogiem a Jego stworzeniem. Chrześcijaństwo – na ile je rozumiem – wyznaje niewidzialnego Boga, który objawia się w swoim stworzeniu i poprzez swoje stworzenie. Wszystko, co istnieje (każda rzecz, osoba, myśl), jeśli jest odpowiednio przez nas traktowane, nie zakrywa Boga, lecz głosi Jego chwałę. „Albowiem od stworzenia świata niewidzialne Jego przymioty – wiekuista Jego potęga oraz bóstwo – stają się widzialne dla umysłu przez Jego dzieła” (Rz 1,20), przy czym Bóg w sposób szczególny objawia się w człowieku, którego stworzył „na swój obraz” (Rdz 1,27). Ponadto wchodzi w ludzką historię – najpierw przez wielkie dzieła, których dokonuje w historii narodu wybranego, aż wreszcie przez Wcielenie Syna Bożego w osobie Jezusa, który mówi o sobie: „Kto widzi mnie, widzi i Ojca” (J 14,9). Właśnie dlatego, że Bóg objawia się w czymś i poprzez coś, naturalną dla chrześcijanina formą modlitwy niedyskursywnej będzie kontemplacja – pobożne skupienie się całą osobą na „czymś”: na stworzeniu jako Bożym dziele, na fragmencie Pisma Świętego, przede wszystkim zaś na osobie, słowach i czynach Jezusa Chrystusa. Do Tego, który JEST, docieramy przez to, co jest.

Inaczej sprawa by się miała, gdyby to, co jest, jedynie zakrywało Boga. Wówczas najlepsza droga do Niego prowadziłaby właśnie przez pustkę, próżnię, nic. Z pozoru wydaje się to rozsądne: Bóg jest wszędzie, więc tam, gdzie nic nie ma, jest jedynie On sam. Sądzę jednak, że w myśleniu tym kryje się zasadniczy błąd. „Niedostępna światłość” (1 Tm 6,16), w której przebywa Bóg, to sfera absolutnego istnienia, nie absolutnego braku. Jeśli możemy zbliżyć się do tejże „niedostępnej” sfery, to właśnie przez to, co również istnieje, szczególnie zaś przez Tego, którego ludzkie usta wypowiedziały słowa: „Zanim Abraham stał się, JA JESTEM” (J 8,58). Tam, gdzie nic nie ma, Bóg jest nadal obecny – ale jest obecny „najmniej”, nie „najbardziej”. Albo lepiej – w pustce Bóg jest najmniej dostępny, bo nie ma nic, przez co mógłby objawić się nam, istotom cielesno-duchowym. W pustce „niewidzialne Jego przymioty” nie stają się nagle widzialne same przez się. Wręcz przeciwnie – Boga, który jest Pełnią, najskuteczniej zakrywa właśnie pustka.

Ścierają się tu, myślę, dwa obrazy Boga – Boga, który jest właśnie Pełnią, różnorodnością (Trójca!), niespożytym życiem, miłością, dobrocią, i Boga który jest jedynie sennym, bezosobowym Absolutem. Chesterton pisał o różnicy między sztuką chrześcijańską a buddyjską: chrześcijańscy święci mają oczy szeroko otwarte, buddyjscy – zamknięte.

Wydaje mi się, że jeśli u niektórych mistyków chrześcijańskich spotykamy się z zaleceniem, by „porzucić wszystko, co jest”, jeśli np. u św. Jana od Krzyża mamy ów sławny opis drogi prowadzącej przez „nic, nic, nic, nic i nic”, to zawsze chodzi o nasz stosunek do rzeczywistości stworzonej (którą trzeba traktować jak nic, o ile nie prowadzi nas do Boga), nie o to, by tę rzeczywistość porzucić na rzecz, rzekomo lepszej, pustki. W przypisie 12 do „Listu do biskupów” cytowana jest homilia bł. Jana Pawła II na cześć św. Teresy od Jezusa, w której padają słowa, że modlitwa skupiona całkowicie na Chrystusie „ma wartość także w naszych czasach, przeciw niektórym sposobom modlitwy, które nie czerpią natchnienia z Ewangelii i które praktycznie zmierzają do pominięcia Chrystusa, na korzyść pustki myślowej, która w chrześcijaństwie nie ma sensu”.

O. Maciej Biskup OP, choć zasadniczo opisuje (i to ze wspaniałym rozmachem) to, co nazwałem kontemplacją, widzi również miejsce dla doświadczenia pustki, wpisując je w chrześcijański kontekst: „W tym właśnie «miejscu» spotkać się może buddyjskie rozumienie medytacji, prowadzącej do ogołocenia, «nie bycia»” i harmonijnego rozpłynięcia się w Absolucie, z chrześcijańskim przeświadczeniem, że o własnych siłach człowiek dotknąć może wyłącznie pustki. Jednocześnie jest to moment, w którym medytacja chrześcijańska każe nam zrobić skok w to, co naprawdę JEST”. O ile taki skok z pustki w Boże ramiona jest zapewne możliwy, sądzę, że znacznie łatwiej wybić się z tego, co jest. Miejsce doświadczenia pustki w modlitwie chrześcijańskiej zasługuje jednak z pewnością na głębszą niż moja refleksję. Podejmował się jej np. filozof Jacques Maritain w eseju o „naturalnym mistycznym doświadczeniu próżni” zawartym w tomie „Quatre essais sur l’esprit dans sa condition charnelle”.

Czy medytacja chrześcijańska w wydaniu WCCM jest kontemplacją czy raczej medytacją? Trudno mi to ocenić. Ale często wydaje mi się, że właśnie medytacją. Zwróćmy choćby uwagę – pisze o tym Ewa Kiedio – na różnicę w traktowaniu powtarzanej frazy (mantry) przez o. Freemana i w tradycyjnej Modlitwie Jezusowej. W Modlitwie Jezusowej słowa – błaganie o miłosierdzie skierowane do Jezusa – nie są bez znaczenia, bo właśnie przez zawartą w nich treść ukierunkowujemy się, poprzez Syna, na Ojca, w oczekiwaniu, że do nas przyjdą. Mantra, którą każe powtarzać o. Freeman jest natomiast sama w sobie nieważna, bo chodzi o oczyszczenie umysłu z wszelkich treści – nie wypełnienie go treścią.

Być może niektórzy chrześcijanie rzeczywiście powołani są do wprowadzania dalekowschodnich praktyk medytacyjnych w łono chrześcijaństwa – nie wiem. Znacznie bardziej naglące wydaje mi się jednak przypominanie tej zapomnianej prawdy, że każdy chrześcijanin jest powołany do bycia mistykiem, mistyka natomiast jest czymś nieskomplikowanym i ma niewiele wspólnego z taką czy inną pozycją ciała, z powtarzaniem lub niepowtarzaniem jakiegoś słowa, nawet nie ze skupionym lub rozproszonym umysłem, ani takimi czy innymi odczuciami. Prawdziwa chrześcijańska mistyka, mistyka wytartych klęczników i kuchennych garnków, streszcza się w jednym zdaniu: „Jeśli Mnie kto miłuje, będzie zachowywał moją naukę, a Ojciec mój umiłuje go i przyjdziemy do niego, i mieszkanie u niego uczynimy” (J 14,23).

W cyklu „Prze­żu­wać Imię” uka­zały się teksty: