myslimy
| 9 stycznia 2015 ]

Realne i metaforyczne

Dyskusja o metodzie ojca Szustaka – część 3

Z przy­jem­no­ścią prze­czy­ta­łem tekst Jaro­sła­wa Dudy­cza, w któ­rym pole­mi­zu­je on z „meto­dą dusz­pa­ster­ską” (ukuj­my robo­czo takie okre­śle­nie) o. Ada­ma Szu­sta­ka – zna­ne­go reko­lek­cjo­ni­sty, kazno­dziei i byłe­go dusz­pa­ste­rza kra­kow­skiej „Becz­ki”. Przy­jem­no­ścią tym więk­szą nie tyl­ko dla­te­go, że doty­czy on bli­skie­go mi tema­tu (chy­ba nale­żę do jed­no­stek, w któ­rych życiu spo­tka­nie z tek­sta­mi o. Szu­sta­ka ode­gra­ło istot­ną rolę), ale tak­że że jest gło­sem kry­tycz­nym – jed­nym z pierw­szych bądź pierw­szym w tym kon­kret­nym tema­cie. Do tego wyra­żo­nym tonem spo­koj­nym, odle­głym od pseu­do­pu­bli­cy­stycz­nych debat tele­wi­zyj­nych i popar­tym rze­czo­wy­mi argu­men­ta­mi.

Rozu­miem, że nie­po­kój zwią­za­ny z poru­szo­ną kwe­stią musiał być znacz­ny, sko­ro zmu­sił auto­ra (tak­że przy­zna­ją­ce­go się do owe­go „szu­sta­ko­we­go” dzie­dzic­twa) do wypro­wa­dze­nia takiej pole­mi­ki. Przy całej jed­nak – w co głę­bo­ko wie­rzę – czy­sto­ści inten­cji i pró­by rze­czo­we­go podej­ścia do oma­wia­nej kwe­stii, autor sto­su­je dowo­dy kon­tro­wer­syj­ne i sam czę­sto sta­je się ofia­rą przy­ję­tej przez sie­bie meto­dy.

Głów­ną tezę pre­zen­to­wa­ną przez Jaro­sła­wa Dudy­cza moż­na by stre­ścić nastę­pu­ją­co. W przy­pad­ku obra­nej przez o. Ada­ma Szu­sta­ka „meto­dy dusz­pa­ster­skiej” mamy do czy­nie­nia z psy­cho­ana­li­tycz­nym wykła­dem reli­gii. „Bóg przy­cho­dzi do czło­wie­ka jako nauczy­ciel ludz­kie­go pokom­pli­ko­wa­nia, jako mistrz warstw oso­bo­wo­ści, jako ktoś, kto pozwa­la nam żyć na nowo… Przy­cho­dzi jako tera­peu­ta, na któ­re­go pro­jek­tu­je­my nasze zra­nie­nia i bóle, a On jest wypro­sto­wu­je, pozwa­la doko­nać nowych wybo­rów” – pisze autor.

Dalej roz­ja­śnia: „Co to zna­czy, że inter­pre­tu­je je psy­cho­ana­li­tycz­nie? To zna­czy, że przed­sta­wio­nych zda­rzeń i atry­bu­tów nie przyj­mu­je wprost, ale sym­bo­licz­nie, jako odnie­sie­nie do cze­goś, co tkwi pod spodem”. Pada­ją przy­kła­dy Moj­że­sza, któ­ry w spo­tka­nym przez sie­bie krze­wie gore­ją­cym dostrze­ga de fac­to wła­sną mar­ność i wewnętrz­ne pokom­pli­ko­wa­nie, na któ­re­go dnie jawi się wszech­moc­ny Bóg, i Szaw­ła z Tar­su, któ­ry pod­czas dama­sceń­skiej epi­fa­nii miał doko­nać istot­ne­go wewnętrz­ne­go prze­war­to­ścio­wa­nia, spoj­rze­nia na świat w spo­sób zupeł­nie inny niż dotych­czas, co zaowo­co­wa­ło total­ną prze­mia­ną z zaja­dłe­go wro­ga Kościo­ła na Apo­sto­ła Naro­dów.

Dudycz pyta: „(…) czy dla o. Szu­sta­ka to drze­wo z histo­rii Moj­że­sza tyl­ko coś zna­ku­je, jest psy­cho­ana­li­tycz­ną meta­fo­rą, czy może rze­czy­wi­ście Moj­żesz przed takim drze­wem stał?”. I dalej: „(…) czy Sza­weł pod Damasz­kiem rze­czy­wi­ście spo­tkał Jezu­sa, czy to tyl­ko sym­bo­licz­na histo­ria o prze­bu­dze­niu ducho­wym?”.

W koń­cu osta­tecz­nie przed­sta­wia swój zarzut: „(…) moim zda­niem (o. Szu­stak – M.L.), zacie­ra gra­ni­ce pomię­dzy zupeł­nie zewnętrz­ny­mi, wymier­ny­mi sce­na­mi biblij­ny­mi, ich dosłow­nym zna­cze­niem, a meto­da­mi psy­cho­ana­li­zy, któ­ra nie gło­si wyda­rzeń biblij­nych jako takich, ale szu­ka w nich zawsze uni­wer­sal­nych zna­czeń ode­rwa­nych od kon­kret­nej fak­to­gra­fii. (…) U domi­ni­ka­ni­na nie wystę­pu­je w ogó­le pro­blem real­no­ści i histo­rycz­no­ści wyda­rzeń biblij­nych”.

Zatem meto­da psy­cho­ana­li­zy i brak pro­ble­mu real­no­ści kon­kret­nych wyda­rzeń biblij­nych. Co do tego ostat­nie­go, to jest to szcze­gól­nie moc­ny zarzut. Czy autor ma jakąś wie­dzę na temat kon­te­sto­wa­nia przez o. Szu­sta­ka real­no­ści wyda­rzeń histo­rycz­nych (bo taką tezę moż­na wysnuć w cyto­wa­nych wyżej słów)? Czy może wska­zać frag­ment książ­ki, reko­lek­cji, homi­lii, gdzie w kon­kret­nych opi­sa­nych w Biblii wyda­rze­niach widzi on tyl­ko i wyłącz­nie war­stwę meta­fo­rycz­ną i psy­cho­lo­gicz­ną (odrzu­ca­jąc przy tym w peł­ni kon­tekst reali­stycz­ny i histo­rycz­ny)? Tego nie wie­my. Sło­wo jed­nak wypo­wie­dzia­ne poszło w świat i budzi uza­sad­nio­ny nie­po­kój.

Nawią­zu­jąc jed­nak do wyczu­le­nia, z jakim autor trak­tu­je reali­stycz­ną inter­pre­ta­cję Pisma (myślę, że moż­na tak rozu­mieć to, co on sam nazy­wa „wykła­dem reli­gii”; gros bowiem tego, co o. Szu­stak gło­si, to odkry­wa­nie takich, a nie innych sen­sów biblij­nych), chcia­ło­by się zapy­tać, jak według tego same­go klu­cza (nie tyle biblij­nych meta­for, nie tyle dru­gie­go dna, ile real­nych wyda­rzeń) odczy­ta on na przy­kład opo­wie­ści o Jona­szu prze­by­wa­ją­cym przez trzy dni w brzu­chu wiel­kiej ryby bądź kon­stru­owa­ny przez wie­le­set lat opis (wystę­pu­ją­cy w dwóch wer­sjach) stwo­rze­nia świa­ta. Czy w ich kon­tek­ście na pierw­szy plan tak­że win­ny wysu­wać się real­ne wyda­rze­nia czy może bar­dziej ukry­ta i meta­fo­rycz­na treść, któ­rą chciał zawrzeć żyją­cy w kon­kret­nych warun­kach kul­tu­ro­wych i histo­rycz­nych autor natchnio­ny?

Dudycz zda­je się pomi­jać tak­że dość istot­ny pro­blem rodza­jów i gatun­ków lite­rac­kich zawar­tych na kar­tach Sta­re­go i Nowe­go Testa­men­tu. Tak­że kwe­stię metod, za pomo­cą któ­rych win­ni­śmy badać Pismo, by móc pró­bo­wać zro­zu­mieć prze­sła­nie zawar­te w sta­ro­żyt­nych tek­stach. Nie może­my cało­ści Pisma (tak­że wspo­mnia­ne­go przez auto­ra przy­pad­ku Zmar­twych­wsta­nia) odczy­ty­wać w jed­nym meto­do­lo­gicz­nym klu­czu ode­rwa­nym od dzi­siej­szych osią­gnięć egze­ge­zy biblij­nej (w tym meto­dy histo­rii form). Brak tak­że wzmian­ki o doku­men­cie Papie­skiej Komi­sji Biblij­nej z 1993 roku. Stwier­dza on owszem, że poszu­ki­wa­nie sen­su dosłow­ne­go Pisma jest spra­wą pierw­szo­rzęd­ną, powo­łu­jąc się przy tym na ency­kli­kę Piu­sa XII „Divi­no afflan­te Spi­ri­tu”, ale pre­zen­tu­je też całe spek­trum innych metod i zagad­nień, któ­re sta­no­wią nie­oce­nio­ną i koniecz­ną pomoc w zro­zu­mie­niu Biblii.

I tak wśród wie­lu moż­na by zna­leźć kwe­stię trak­tu­ją­cą o podej­ściu psy­cho­lo­gicz­nym i psy­cho­ana­li­tycz­nym. Każ­dy może swo­bod­nie zaj­rzeć do doku­men­tu wyda­ne­go przez bibli­stów, ale jed­no jego miej­sce jest dla nas szcze­gól­nie inte­re­su­ją­ce: „Moż­na zacy­to­wać wie­le przy­kła­dów, wska­zu­ją­cych na koniecz­ność podej­mo­wa­nia wspól­nie pew­nych wysił­ków przez egze­ge­tów i psy­cho­lo­gów: bada­nie zna­cze­nia obrzę­dów kul­tycz­nych, ofiar, zaka­zów, pro­ble­mu języ­ka obra­zów w Biblii, prze­sła­nie meta­fo­rycz­ne rela­cji o cudach, aspek­ty dra­ma­tycz­ne widzeń i zasły­szeń apo­ka­lip­tycz­nych. Nie cho­dzi przy tym o to tyl­ko, żeby wska­zać na ist­nie­nie języ­ka sym­bo­li w Biblii; cho­dzi o poka­za­nie, jaką funk­cję speł­nia ten język w samym obja­wie­niu i w tym, że oto rze­czy­wi­stość Boskie­go numi­no­sum wcho­dzi w bez­po­śred­ni kon­takt z czło­wie­kiem”.

Trud­no oczy­wi­ście nie zauwa­żyć poja­wia­ją­ce­go się nie­ustan­nie w dzie­jach napię­cia pomię­dzy sen­sem dosłow­nym a ducho­wym egze­ge­zy biblij­nej. Jed­nak na tym wła­śnie pole­ga mądrość Kościo­ła umie­ją­ce­go doko­nać sto­sow­ne­go wybo­ru. Choć­by w pięk­nym cyta­cie pocho­dzą­cym od Augu­sty­na z Danii: „Lit­te­ra gesta docet, quid cre­das alle­go­ria, mora­lis quid agas, quo ten­das ana­go­gia” (Sło­wa uczą o wyda­rze­niach, ale­go­ria o tym, w co wie­rzysz; [sens] moral­ny, jak nale­ży postę­po­wać, ana­go­gia − do cze­go trze­ba zdą­żać).

Nale­ża­ło­by zatem zapy­tać, czy w świe­tle takie­go podej­ścia Kościo­ła zarzut posta­wio­ny o. Szu­sta­ko­wi utrzy­mu­je się nadal w mocy? Czy zarzu­co­ne mu przez Dudy­cza zacie­ra­nie gra­nic pomię­dzy dosłow­nym zna­cze­niem scen biblij­nych a meto­da­mi psy­cho­ana­li­zy nie jest de fac­to pró­bą prze­ło­że­nia języ­ka Pisma na życie kon­kret­nych ludzi w kon­kret­nych sytu­acjach? Dla­cze­go musi­my prze­ciw­sta­wiać dosłow­ne zna­cze­nie tek­stu jego głęb­szym i mniej dosłow­nym zna­cze­niom? Czy Pismo nie zawie­ra tak­że takich nie­od­kry­tych jesz­cze przez nas zna­czeń, któ­re uka­zu­ją się dopie­ro w kon­kret­nym miej­scu i cza­sie? Pyta­nia moż­na mno­żyć bar­dzo dłu­go.

Wspo­mnia­ny prze­ze mnie doku­ment zda­je się odpo­wia­dać: „Pod­sta­wą dla zaist­nie­nia takie­go sen­su jest fakt, że Duch Świę­ty, Autor głów­ny Pisma św., może tak kie­ro­wać pisa­rzem natchnio­nym przy wybo­rze poszcze­gól­nych wyra­żeń, że sam ów autor, przed­sta­wia­jąc pew­ne praw­dy, nie poj­mu­je całej ich głę­bi. Głę­bia ta uka­zu­je się w peł­ni dopie­ro z upły­wem cza­su dzię­ki, z jed­nej stro­ny, wcze­śniej­szym zrzą­dze­niom Bożym, lepiej uka­zu­ją­cym prze­sła­nie tek­stu oraz, z dru­giej stro­ny, wsku­tek tego tak­że, iż dane tek­sty zna­la­zły się w kano­nie Pisma św”.

Ale jest jesz­cze jed­na kwe­stia, wypły­wa­ją­ca z pierw­szej i rów­nie istot­na. Dudycz twier­dzi, że indy­wi­du­al­ne prze­ży­cia kon­kret­nych boha­te­rów biblij­nych opo­wie­ści są zupeł­nie róż­ne od codzien­nych prze­żyć kato­li­ka Kowal­skie­go pro­wa­dzą­ce­go – daj­my na to – śred­nio zaan­ga­żo­wa­ne życie reli­gij­ne. Że nie każ­dy prze­ży­wa taką rela­cję z Bogiem jak choć­by wspo­mnia­ni Moj­żesz czy Sza­weł pod Damasz­kiem. I tutaj nale­ży auto­ro­wi przy­znać rację. Trud­no ocze­ki­wać, że w życiu każ­de­go wie­rzą­ce­go doko­na się jakaś spek­ta­ku­lar­na ilu­mi­na­cja czy epi­fa­nia. Spoj­rze­nie Bogu pro­sto w Twarz. Żyje­my w takiej, a nie innej codzien­no­ści i w niej wła­śnie trze­ba szu­kać śla­dów Nie­skoń­czo­ne­go.

Jeże­li zatem o. Szu­stak fak­tycz­nie przed­sta­wiał­by taki punkt widze­nia, w któ­rym każ­dy z nas może być Moj­że­szem lub Paw­łem z Tar­su, mie­li­by­śmy istot­ny pro­blem. Wyda­je się jed­nak, że odczy­ta­nie w takim klu­czu tych słów to nad­in­ter­pre­ta­cja. Domi­ni­ka­nin zda­je się widzieć w biblij­nych posta­ciach pew­ne wzor­ce, punk­ty zacze­pie­nia, uni­wer­sal­ne moty­wy wypły­wa­ją­ce z real­nych histo­rycz­nych wyda­rzeń, klu­cze otwie­ra­ją­ce furt­ki rozu­mie­nia kon­kret­nych realiów nasze­go życia.

Przy­wo­łu­jąc św. Paw­ła, bar­dzo wyraź­nie suge­ru­je, że wyda­rze­nie z jego życia było bar­dzo wyjąt­ko­we i nie­zmier­nie rzad­kie (choć jed­no­cze­śnie nie nie­moż­li­we dla Wszech­moc­ne­go Boga): „To co masz w sobie i co jest w tobie mecha­ni­zmem zabój­czym, to nagle się nie zmie­ni. Two­je oto­cze­nie się nagle nie zmie­ni. Owszem, raz na sto tysię­cy razy się zmie­ni. Fak­tycz­nie, cza­sem Bóg tak robi – nie mam poję­cia dla­cze­go. Zwy­kli­śmy cza­sem przy­wo­ły­wać postać św. Paw­ła, wzdy­cha­jąc, że ten to miał dobrze. Potwor­nie nagrze­szył, a póź­niej jechał tak nam tym koniu, coś go pod Damasz­kiem wal­nę­ło – i nawró­cił się w dwie sekun­dy” (A. Szu­stak, Ewan­ge­lia dla nie­nor­mal­nych, Kra­ków 2011, s. 33).

Podob­nych przy­kła­dów jest wię­cej. Głów­nie zawar­te są w nie­spi­sa­nych homi­liach i reko­lek­cjach gło­szo­nych przez o. Szu­sta­ka. Ale jest jesz­cze coś. W każ­dych adwen­to­wych czy wiel­ko­post­nych roz­wa­ża­niach wiel­ką wagę przy­wią­zu­je on do sakra­men­tal­ne­go spo­tka­nia z Bogiem. Zastrze­ga, że każ­de reko­lek­cje są dobre, o ile pro­wa­dzą do kon­fe­sjo­na­łu.

Wspo­mnia­łem na począt­ku o pew­nej spra­wie. Mia­no­wi­cie, że Dudycz, kry­ty­ku­jąc jed­ną meto­dę, sta­je się ofia­rą kolej­nej. Że rewo­lu­cja pożar­ła jed­nak tro­chę wła­sne dziec­ko. Zda­je się, że autor, kry­ty­ku­jąc psy­cho­ana­li­tycz­ną meto­dę o. Szu­sta­ka, walo­ry­zu­je jed­no­cze­śnie swo­ją wła­sną, dla któ­rej wszel­ki sens poza sen­sem dosłow­nym jest od razu podej­rza­ny i nie­peł­ny. A to nie­praw­da. Bo Pismo jako Sło­wo kie­ro­wa­ne przez Boga do czło­wie­ka jest dla nas cią­gle nie­od­kry­tym i inspi­ru­ją­cym źró­dłem. Zbyt cen­nym tek­stem (to uwa­ga zarów­no dla auto­ra, jak i o. Szu­sta­ka), by przy­kła­dać doń bez­re­flek­syj­nie jed­ną jedy­nie słusz­ną meto­dę.

Artykuł stanowi odpowiedź na tekst Jarosława Dudycza „Między teologią a psychologią − manowce ojca Szustaka”. Pozostałe teksty w dyskusji: