dzialamy
| 21 czerwca 2012 ]

Rytm to nieśmiertelność

„Ale właściwie to dlaczego biegasz?”. Nie jestem biegaczem ani też za takiego siebie nie uważam, lecz dość często słyszę tego typu pytanie. Zazwyczaj wtedy nieśmiało wyjaśniam, że bieganie jest dla mnie nie tylko sposobem doświadczania siebie i zmagania z własnymi słabościami, ale też formą odpoczynku.

Bieganie staje się coraz modniejsze. Jak grzyby po deszczu powstają portale biegowe, specjalistyczne sklepy, producenci sprzętu sportowego ogłaszają coraz bardziej designerskie kolekcje odzieży biegowej, a ogólnopolskie media odważnie promują tę formą spędzania wolnego czasu. Wciąż jednak dominuje pogląd, że bieganie to czynność niezwykle pochłaniająca, wyciskająca siódme poty, prowadząca na skraj wyczerpania i ulubione zajęcie domorosłych masochistów tudzież nadambitnych lanserów. Być może to pokłosie szkolnych lekcji wychowania fizycznego, podczas których każdy z nas musiał pewnego dnia – będąc do tego zupełnie nieprzygotowanym – przebiec kilka kilometrów w określonym czasie; większość pewnie do tej pory pamięta smak zwycięstwa − szczęśliwego zakończenia tych zmagań (nie tyle z rywalami, co raczej z dojmującym pragnieniem zejścia z trasy i obietnicą, że już nigdy więcej). Polska szkoła wmówiła więc nam, że bieganie to wysiłek absurdalny, pozbawiony przyczyny i celu, raczej wyniszczający niż formujący. Gdy mówię o bieganiu, przed oczami słuchacza pojawiają się zapewne poniższe obrazy.

 

Po co więc biegać? Odpowiem tylko za siebie: bo to doskonały sposób doświadczania siebie samego, spotkania z samym sobą, poznawania własnych ograniczeń i rozumnego zmagania z nimi. Bieganie jest bowiem zarówno pracą ciała, jak i pracą umysłu. A raczej: bieganie jest przede wszystkim pracą umysłu.
W to, że bieganie jest odpoczynkiem, nie uwierzy nikt, kto nie posmakuje nieporównywalnego z niczym uczucia rytmu – synergii oddechu, myśli i pracy mięśni. Biegnąc, „odnajdujemy miarę naszego bycia”, jak pisze Tadeusz Sławek (tekst „Duch lekkości” w „Tygodniku Powszechnym”), odkrywamy właściwe sobie możliwości, nie oszczędzając się, ale i nie forsując. Właśnie w tym sensie bieg jest pracą umysłu, prowadzącą poprzez rytm do doświadczenia głębszego – odkrycia równowagi lub, inaczej mówiąc, proporcji pomiędzy zmaganiem, a odpoczynkiem. Wszystko jest tu na swoim miejscu, wszystko odnajduje właściwy sobie sens, przyczynę i celowość. Biegacz nie działa przeciw sobie, nie dąży do forsownego wysiłku, po którym padnie bez tchu i świadomości; szuka natomiast „miary swojego bycia”, swojego rytmu. Odnaleziony rytm staje się uspokojeniem, które paradoksalnie trwa nie tylko podczas wysiłku, lecz którego smak pozostaje jeszcze długo po skończonym zmaganiu. Szukanie tego rytmu jest jedną z większych przyjemności i lekcją, którą warto regularnie odrabiać. Bieganie staje się wtedy nie tylko aktywnością fizyczną, ale i aktywnością ducha.

„Myśl, rozkołysana rytmem, nabiera tych żywiołowych falowań i tej zmienności, która ją z samym życiem wiąże, odbijając w niej, jak w czujnym na wszelki ruch i błysk zwierciadle nie znaną nam nigdy i tajemniejszą od własnej duszy naszej «zewnętrzność»” (B. Leśmian, Szkice literackie, oprac. J. Trznadel, Warszawa 1959, s. 66-91).

To wszystko nie znaczy, że nie warto czasami po prostu paść na twarz ze zdrowego zmęczenia…