myslimy
| 14 października 2013 ]

Rzecz o umiarkowanym realizmie

Jak poznaje Kościół (3)

„Poznanie w Kościele”, wbrew temu, co zdawał się obiecywać pospiesznie przeczytany tytuł, to nie była romantyczna historia o przypadkowym spotkaniu przyszłych małżonków w świetle kościelnych świec. Nie było w „Poznaniu w Kościele” modlitwy o przyszłego męża szeptanej z przejęciem w bocznej kaplicy, nie było tam nagle podniesionego wzroku i – wtenczas! – widoku modlącego się dwa klęczniki dalej przystojnego bruneta z tasiemką szkaplerza wystającą zza kołnierzyka. Herbata malinowa z miodem była już gotowa, nastrój spodziewanej historii napełniał mój pokój do spółki z ciepłym światłem zachodzącego słońca, gdy okazało się, że „Poznanie w Kościele” to regularna krytyka katolicyzmu, a dokładnie poznawczej praktyki wiernych, którzy „przepasawszy biodra swego umysłu” (por. 1 P 1,13) przyjmują z pokorą kościelne nauczanie.

* * *

Jarosławowi Dudyczowi należy się jednak uznanie za szczerość, z jaką opisał to, co twierdzi wielu, i za pasję, z jaką zdaje się poszukiwać prawdy. Tak naprawdę jego tekst stanowił ciekawą lekturę – świeżą, błyskotliwą, prowokującą. Słowa, które kieruje pod adresem katolików, to twarda mowa („rezygnacja z przeżywania […] osobiście”, „arbitralne postanowienia innych ludzi”, „życie nieautentyczne”, „bezrefleksyjnie”, „niezwykle naiwny”, „pobożnościowe wypowiedzi”), nie kryje się za nią jednak, jestem pewien, zła wola.

Jarosław Dudycz zauważa, że nauczanie Kościoła się zmienia. Nie jest to nic nowego. Bł. John Henry Newman pisał: „W świecie wyższym jest inaczej, ale żyć tu, na ziemi, to znaczy zmieniać się, a być doskonałym to znaczy zmieniać się często” (i jest to chyba zgodne z naszymi intuicjami). Co więcej, właśnie w zdolności do ciągłej zmiany autor „O rozwoju doktryny chrześcijańskiej” widział atut Kościoła katolickiego, znak jego Boskiego pochodzenia. Ale prawdą jest, że Newman podkreślał też – jak przystało na katolika – że ewangeliczne przesłanie, którego powiernikiem jest Kościół, więcej – nauczanie Kościoła w kwestiach wiary i moralności w zwyczajowym rozumieniu tego słowa – jest w swej istocie niezmienne, a to z tej prostej przyczyny, że jest prawdą.

Pogodzić zmienność i niezmienność nie jest rzeczą łatwą i nie trzeba się dziwić Dudyczowi, że doszukuje się tu sprzeczności. Z perspektywy katolickiej rzeczywistej sprzeczności jednak być nie może. Postaram się przedstawić pokrótce moje rozumienie tego zagadnienia.

* * *

Autor „Poznania w Kościele” narzeka pod koniec swojego tekstu, że Kościół sprzeciwia się „uznanym [przez kogo? – przyp. M. S.] standardom poznawczym” i „elementarnej logice”. Myślę, że tutaj leży rdzeń problemu: w przekonaniu Jarosława Dudycza o istnieniu jakichś jednych, obiektywnych „standardów poznawczych”, polegających na tym, co nazywa on realizmem indywidualnego doświadczenia.

Podejście takie przypomina mi „tradycję encyklopedyczną”, opisaną przez Alasdaira MacIntyre’a w „Trzech antagonistycznych wersjach dociekań moralnych”, a bliską ogólnie mentalności oświeceniowej i pozytywistycznej. Reprezentanci tej tradycji – szkoccy autorzy IX edycji „Encyclopaedia Britannica” – wierzyli, że prawdziwe poznanie, także w kwestiach moralnych, jest możliwe tylko w oderwaniu od wszelkich tradycji, będącymi jedynie zbiorami przesądów ograniczającymi indywidualne poznanie, i systemu autorytetów. Wystarczyło według nich indywidualne, „obiektywne” spojrzenie na świat. Wydaje mi się jednak, że MacIntyre przekonująco wykazał, że intelektualny projekt „encyklopedystów” spalił na panewce, chociażby dlatego, że różni myśliciele kontynuujący ów nurt – z których każdy twierdził, że odkrywana przez niego prawda jest łatwo dostępna dla wszystkich umysłów pozbawionych uprzedzeń – doszli do innych wniosków. Historyczną kulminacją tej tradycji była więc sprzeczność, ta sama, która według Jarosława Dudycza jest problemem tradycji kościelnej. Można by jeszcze dodać, że sprzeczność była tu obecna od samego początku, bo „encyklopedyści” byli – wbrew deklaracjom – tylko pozornie wolni od tradycji i systemu autorytetów. Tworzony przez nich nurt miał tak naprawdę – gdy spojrzeć nań krytycznie – wszystkie cechy właśnie tradycji, szkoły myślenia, wreszcie – systemu autorytetów. Różnica polegała na tym, że „encyklopedyści” nie byli tego świadomi. Można by więc chyba powiedzieć, używając słów Dudycza, o „bezrefleksyjnym” i „naiwnym” podejściu do poznania w tradycji „encyklopedycznej”.

Alternatywy według MacIntyre’a są dwie. Pierwsza to podważenie możliwości poznania „obiektywnej” prawdy. Amerykański filozof zauważa, że w historii idei mamy do czynienia z całą tradycją – nazywa ją „genealogiczną”, od tytułu książki „Z genealogii moralności” Fryderyka Nietzschego – która tak właśnie postępuje. Za jej ojca-założyciela uważa właśnie Nietzschego, za kontynuatorów – np. postmodernistów takich jak Michel Foucault. W wywodzie MacIntyre’a widać pewną sympatię dla tej tradycji, nie może ona być jednak według niego ostateczną odpowiedzią dla kogoś pragnącego programu pozytywnego i konsekwencji (bo jeśli twierdzenie „nie ma obiektywnej prawdy” uważa się za prawdę, to jest to przykład niekonsekwencji). Potrzebna jest więc trzecia droga – i tę widzi autor „Trzech antagonistycznych wersji dociekań moralnych” w tradycji klasycznej, której kontynuacją jest filozofia katolicka, zwłaszcza ta spod znaku św. Tomasza i jego kontynuatorów. Podstawą tej szkoły myślenia jest świadome – i choćby przez to już w jakimś sensie refleksyjne – przylgnięcie do pewnej tradycji myślenia i pewnego systemu autorytetów (Kościoła). Według tradycji katolickiej, by poznać prawdę – zwłaszcza w kwestii moralności – nie wystarczy „obiektywizm”. Trzeba jeszcze umieć poznawać, trzeba się poznawania nauczyć. Katolika nie dziwi, że każdy z późnych „encyklopedystów” doszedł do innych wniosków, nie dziwi go też, że różne kultury, narody, plemiona, miały w toku historii różne przekonania moralne.

Według MacIntyre’a historia pokazała, że tradycja kościelna posiada odpowiednie zasoby, by radzić sobie z coraz to nowymi wyzwaniami poznawczymi, unikając nieciągłości – owego lawirowania od Sasa do Lasa, o którym Jarosław Dudycz pisze bez podania wystarczająco mocnych dowodów (bo przywoływane przez niego przykłady wskazują według mnie jedynie na pewne, nie aż tak duże, zmiany wrażliwości). Już choćby dlatego można jej ufać. Oczywiście katolik będzie posiadał także inne powody, by wierzyć – na czele z faktem, że Kościół założył Chrystus, Syn Boży posłany do nas przez Boga-Stworzyciela, aby „dać świadectwo prawdzie” (por. J 18,37).

* * *

Nie istnieją więc według mnie jakieś jedne „standardy poznawcze”. Kościół ma swoje, owszem – polegające oprócz osobistego doświadczenia (które nadal pozostaje niezwykle ważne!) także na zaufaniu, tradycji i autorytecie. Ale tak naprawdę trudno sobie wyobrazić jakiekolwiek ludzkie poznanie bez zaufania pewnym ludziom (bo sami jesteśmy w stanie dokonać jedynie bardzo ograniczonej liczby obserwacji), bez polegania na pewnej tradycji (ona dostarcza nam słów, którymi opisujemy rzeczywistość, kryteriów, według których uznajemy coś za racjonalne lub sprawiedliwe itd.), wreszcie bez autorytetu (bo świadectwa i rady innych, często sprzeczne ze sobą, musimy jakoś hierarchizować). Różnica polega na tym, że poleganie na autorytecie nie jest dla katolika, tradycji itd. czymś – używając słowa Dudycza – „arbitralnym”, wynika bowiem z samej istoty katolicyzmu. Mamy tu więc do czynienia ze spójnością praktyki poznawczej i wyznawanej doktryny – spójnością, której nie ma u „encyklopedysty”.

To przystosowanie katolicyzmu do tego, czego człowiek zdaje się potrzebować, aby mógł poznawać otaczający go świat w spójny sposób, może być uznane za argument przeciw Kościołowi; za dowód, że został on wymyślony właśnie po to, by zaspokoić ludzkie potrzeby, i że na tym tylko zasadza się jego historyczny sukces. Stanisław Brzozowski w przypisach do sławnej „Legendy Młodej Polski” przytacza taką właśnie opinię: że katolicyzm jest „formą myśli, odbijającą doskonale biologiczne przystosowanie gatunku do warunków, w jakich on żyje i rozwija się”. Ale w pewnym momencie argument przeciw staje się dla Brzozowskiego argumentem za: „Nietrudno zrozumieć, że jest to myśl mająca wszystkie cechy Pascalowskiego sceptycyzmu: krańcowe zwątpienie staje się, nie wiedząc o tym, organem wiary. Przystosowanie się wtedy tylko uwłacza prawdzie, gdy świat jest pojmowany jako niezależny od prawdy, obojętny. Jeżeli zaś jest on właśnie dziełem Boga, jest słowem? Można by myśleć, że trzeba mieć odwagę tylko iść za wszystkimi swymi wątpliwościami, a doprowadzą one nas do punktu, w którym zwątpienie staje się jakby odnajdującym drogę poszukiwaniem”.

* * *

Zauważmy jednak jeszcze na koniec, że sposób, w jaki dokonuje się popularna recepcja kościelnego nauczania, nie jest wcale aż tak różny od tego, co dla wielu jest wzorcem racjonalności – współczesnych nauk przyrodniczych.

Z mojego doświadczenia wśród naukowców przeważa obecnie sposób myślenia o poznaniu, który można określić jako „umiarkowany realizm”. Zgodnie z tym podejściem teorie naukowe zasadniczo odzwierciadlają, o ile są dobrze potwierdzone, prawdę o rzeczywistości. Gdyby zapytać naukowca o to, jak ma się rzecz np. z kwarkami lub genami, byłby w stanie to pokrótce wyjaśnić i zakładałby, że raczej powiedział prawdę. Niemniej jednak cały czas zdawałby on sobie sprawę, że całkowitą pewność może mieć jedynie (abstrahując od, częstych niestety, sytuacji, gdy są one celowo zakłamywane) co do poszczególnych obserwacji, wyników poszczególnych eksperymentów, nie zaś całych teorii naukowych, które są na nich nadbudowane. To, że dany zestaw eksperymentalny w takich a takich warunkach pokazał taką a taką wartość jest faktem, ponadczasową prawdą. To, że istnieje niewidzialna cząsteczka zwana kwarkiem posiadająca takie, a nie inne wartości jest tymczasową interpretacją sumy poczynionych do tej pory obserwacji. Jeśli kiedyś dokonamy obserwacji, która będzie sprzeczna z dotychczasową teorią, naukowiec nie stwierdzi, że poprzednie obserwacje były błędne, ani że świat jest sprzeczny, nieregularny bądź zmienny, lecz sformułuje nową teorię, która będzie potrafiła wytłumaczyć zarówno stare, jak i nowe obserwacje.

Podobnie ma się rzecz, jak sądzę, z kościelnym nauczaniem. Odpowiednikiem poszczególnych (pewnych) obserwacji są tu poszczególne wypowiedzi Magisterium (czytane w odpowiedni sposób i ze świadomością, co jest w nich wiążące, a co nie, co stanowi adaptację niezmiennej prawdy do pewnych okoliczności historycznych, a co jest samą tą prawdą itd.). Odpowiednikiem tymczasowych, choć też przecież względnie pewnych, teorii naukowych – skrótowa wykładnia kościelnego nauczania w jakiejś kwestii, sformułowana na podstawie tychże dokumentów dla celów praktycznych, albo rozumienie tychże dokumentów przez wiernych. Jeśli pojawia się jakiś nowy dokument, który zaprzecza mojemu wyobrażeniu na temat kościelnego nauczania, nie zakładam, że to nauczanie jest sprzeczne, nieregularne bądź zmienne. Raczej będę się starał na nowo sformułować taką jego wykładnię, która wszystkie dokumenty, zarówno te stare, jak i te nowe – czytane zgodnie z zasadami właściwymi dla danego dokumentu – pogodzi w nową spójną formułę.

Odwołując się do przykładu przywołanego przez Dudycza, możemy powiedzieć, że dekret „Cum ad aures” jest czymś pewnym – tak jak pewnym jest, że Newtonowi spadło jabłko na głowę. Jednak interpretacja, że dokument ten zaleca wstrzemięźliwość przed Komunią Świętą z powodu grzeszności stosunku płciowego (co z kolei ma stać w sprzeczności z nowszym nauczaniem, że stosunek płciowy grzeszny nie jest) jest jedynie jedną z wielu możliwych interpretacji – tak jak jedną z wielu możliwych interpretacji zaobserwowanych przez Newtona faktów była jego teoria grawitacji. W świetle innych dokumentów, także tych nowszych, w ogóle w świetle tradycji katolickiej jako takiej, wydaje się, że dekret z 1679 r. zalecał wstrzemięźliwość z innych powodów – by wierni lepiej przygotowali się, poprzez wyrzeczenie się czegoś dobrego oraz unikanie okazji do grzechu, do bardzo rzadko wówczas przyjmowanej Komunii Świętej. Chodzi tu więc – jak się wydaje – o pewne praktyczne zalecenie, za którym kryją się takie prawdy, jak to, że Komunia Święta jest czymś niezwykle doniosłym, do czego trzeba się wewnętrznie przygotować (także przez wyrzeczenie), oraz że seksualność, nawet jeśli jest sferą dobrą i piękną (co z kolei często podkreślają nowsze dokumenty), jest równocześnie przestrzenią naznaczoną ryzykiem grzechu, pogubienia się (co chyba każdy wie z własnego doświadczenia). Swoją drogą, warto dziś chyba te prawdy, dla równowagi, przypominać.

* * *

„Umiarkowany realizm” – właściwy, jak sądzę, zarówno dla nauki, jak i dla katolicyzmu – jest w pewnym sensie stanowiskiem niespójnym: zakładam, że mówię prawdę, a jednocześnie dopuszczam, że może ona ulec pewnej zmianie (jeszcze raz zaznaczam: w katolicyzmie zmienia się nie nauczanie, tzn. pewna suma wypowiedzi Magisterium, ale ludzka skrótowa wykładnia tego nauczania w postaci jednej, spójnej interpretacji dostosowanej do aktualnej sytuacji). Przypomina to problem, który zauważył przed laty logik, informatyk i filozof David Makinson, a który przeszedł do historii jako „paradoks przemowy” (por. jego artykuł „The Paradox of the Preface” z 1965 r.). Autorzy książek naukowych, zauważa Makinson, często piszą w przedmowie najpierw: „Dołożyłem wszelkich starań, by książka zawierała tylko prawdę i dziękuję osobom, który mi w tym pomagały.”, by parę zdań dalej napisać: „Za wszelkie błędy, a takie niewątpliwie się tu znajdą, ponoszę odpowiedzialność tylko ja”. Makinson pokazuje, że choć te dwie wypowiedzi świadczą o dwóch sprzecznych przekonaniach, obydwie są racjonalne (mam prawo zakładać, że piszę samą prawdę, jeśli wszystko sprawdziłem; z drugiej strony jednak poprzednie doświadczenia pokazują mi, że zawsze znalazł się jakiś błąd), a w związku z tym postawa autora, który je posiada, jest również racjonalna.

Podobnie ma się rzecz z rozumieniem kościelnego nauczania przez katolików – mamy prawo twierdzić, że mniej więcej wiemy, jaka jest prawda w kwestiach wiary i moralności, a jednocześnie mamy świadomość, że nasza interpretacja nie musi być całkiem prawdziwa. Samo nauczanie jednak – ta niezmienna prawda, która przebija z poszczególnych wypowiedzi Magisterium i która dla katolików jest wsparciem w ich własnym mierzeniu się z rzeczywistością – jest oczywiście prawdziwa i niezmienna w mocniejszym sensie.

W cyklu „Jak poznaje Kościół” ukazały się teksty: