widzimy
| 14 lutego 2014 ]

Singiel w Kościele

Słowo „singiel” jest owiane złą sławą. Stało się synonimem osoby, która nie chce być w stałym związku i nie myśli o małżeństwie z powodów egoistycznych. Zastanawiam się, jak wobec tego określić moje znajome, a pewnie i samą siebie. Wokół mnie jest tak wiele młodych kobiet, które twórczo i z zapałem podchodzą do swojej pracy zawodowej, udzielają się społecznie i aktywnie uczestniczą w życiu Kościoła. Rozwijają swoje zainteresowania, a w to, co robią, wkładają wiele serca i trudno byłoby je posądzić o niedojrzałość czy gnuśność. Wiele z nich myśli o założeniu rodziny, modli się o spotkanie swojej drugiej połówki i dobre małżeństwo uważa za fundamentalną część życia. Jednak z różnych powodów na razie to się w ich życiu nie wydarzyło, a narzeczonego na horyzoncie brak.

Fot. Sebastian Romik

Niektóre z nas z tego kręgu nie są pewne, czy małżeństwo i rodzina jest dla nich, ale jest w nas otwartość i często pytamy Boga, co dla nas przygotował. Nie pasujemy więc, moim zdaniem, do stereotypowego wizerunku singla, a jednocześnie z wahaniem w sercu pytamy siebie, jak będzie patrzeć na nas wspólnota Kościoła, jeśli okaże się, że ani nie wyjdziemy za mąż, ani nie zostaniemy konsekrowanymi dziewicami, ani nie wstąpimy do zakonu. Będziemy żyć w stanie… no właśnie jakim? Wolnym, samotnym? Żadne określenie do końca mi nie pasuje.

Bardzo bliska jest mi refleksja ojca Adama Szustaka: „Ktoś, kto nie żyje w małżeństwie ani w zakonie, jest tak samo powołany do miłości jak każdy inny. (…) Nie ma czegoś takiego jak powołanie do życia w samotności”*. Życie „singla” także może być wypełnione miłością. Miłością do ludzi, którym służy w pracy, do spraw, o które walczy, do swoich bliskich, do swoich przyjaciół, do swojej wspólnoty duchowej…

Nie chcę tutaj rysować sentymentalnego obrazu zakłamującego rzeczywistość, w której tęsknota za mężem czy żoną boli i uwiera. Co więcej, jestem przekonana, że Bóg widzi tę tęsknotę i jest blisko w trudnych chwilach.

A jednak wydaje mi się, że nie powinniśmy postrzegać stanu wolnego jako czegoś przejściowego, jako wyrazu niezdecydowania, czy też porażki. Każdy etap życia jest ważny, w każdym jest rzeczywistość tu i teraz, każdy może być odkrywaniem miłości i samotności zarazem.

Być może jeszcze nie umiemy sobie dokładnie odpowiedzieć, jak zdefiniować powołanie singla. Nie każda osoba stanu wolnego będzie „zaślubiona” swojej pracy, nie każda wyjedzie na misje. Być może jej życie z pozoru będzie zwyczajne, a powołanie będzie się urzeczywistniać w rzeczach małych. Wiem natomiast, że nie chciałabym, aby nasze życie było definiowane przez pryzmat braku – czy to małżeństwa, czy to wspólnoty zakonnej lub kapłańskiej. Jak życie bez powołania.

Na Walentynki chciałabym życzyć wszystkim tym, którzy choć trochę zmagają się z byciem „singlem” (i kobietom i mężczyznom) tego, żeby mogli w pełni przeżywać swoje życie, żeby spotykali się ze zrozumieniem i otwartością ze strony tych, którzy są małżonkami czy zakonnikami, zakonnicami czy księżmi. A mojemu Kościołowi życzę, żeby szukał dla nas miejsca i spojrzał życzliwie i z troską na swoich singli.

* O. Adam Szustak OP, „Upojeni Bogiem”, Wydawnictwo Fides, Kraków 2011, s. 40.