widzimy
| 11 grudnia 2012 ]

Smak mrozu i szczęścia

Jeszcze parę dni temu była odwilż. Słońce schowało się do nory, powietrze było szare i wilgotne. Gdy wyszedłem rano z domu, deszcz właśnie ustał, a odbijające się w kałużach chmury meldowały wykonanie zadania. W parku zgniłozielono. Wrony obsiadły najniższe gałęzie i wgapiały się głodnym wzrokiem w ziemię, najwyraźniej wypatrując dżdżownic. Dżdżownice, dziwne stworzenia, właśnie w takie dni jak tamten wychodzą na powierzchnię, by zaczerpnąć powietrza.

Fot. Sebastian Romik

 

Wieczorem tamtego dnia wiało niemiłosiernie, palce i nos cierpły, zimno było i źle. A niechby się wiatr udławił tą resztką liści! Po pracy przywiało mnie do kościoła. Mozaika w prezbiterium zakryta na Adwent płótnem ze sceną Zwiastowania, na ołtarzu zziębnięta Hostia jednooka („Szepcie niziutki/ Różo Tereski/ Barwo głęboka!”). Po wyjściu spotkałem kochaną siostrę K., która odprowadzała do domu tę panią z Parkinsonem. Szły zgarbione, wtulone w siebie, dygocące solidarnie w jednym rytmie. Z Parkinsonem i Duchem Świętym pod ramię. Z dachów kapały krople Łaski.

Teraz dżdżownice ukryły się głęboko pod ziemią, a wrony przesiadły na wyższe gałęzie i druty elektryczne. Wokół jakby kto worek mąki rozerwał, mąki grubo zmielonej, puszystej. Wiele tego nie było, starczyło na cienką warstwę, ale chodniki i tak całe białe, aż kamienice poszarzały z zazdrości. Powietrze ma smak mrozu i szczęścia. Pierwszy raz zwróciłem uwagę, że w niektórych oknach są adwentowe dekoracje, gwiazdy, światła i świece. Jutro wypadałoby wstać na roraty.